Przez świat
podroznik@gmail.com

Kraj : Indie III

15 Grudnia 2006 - 5 Stycznia 2007

To kolejny post „z pamięci”. Skrótowy i chaotyczny, bo pisany 2 miesiące później.

Andamany to archipelag w Zatoce Bengalskiej znajdujący się 950 km na wschód od Indii, a tylko około 200 km od wybrzeży Myanmaru. W jego skład wchodzi 576 wysp, z których zamieszkałych jest około 26. Dotrzeć tam można statkiem z Chennai lub Kalkuty, albo samolotem. Ostatnimi czasy ta druga opcja stała się dużo tańsza i przez to coraz więcej ludzi, zarówno turystów zagranicznych, jak i Hindusów, wybiera to miejsce na wypoczynek. Oby wyspy te nie podzieliły losu Goa. My zdecydowaliśmy się płynąć statkiem, bo to i przygoda większa, i dla portfela to przyjaźniejsza opcja. Koszt trzydniowego rejsu to około 35 USD. Za takie pieniądze otrzymać można koję w sali zbiorowej, w której mieści się ponad 100 osób. Przy pewnej dozie szczęścia będzie to sala klimatyzowana. Zależy to od statku, na który trafimy. My w drodze na Andamany mieliśmy szczęście płynąc jednym z lepszych. Nasza łajba nazywała się Swaraj Dweep i miała tylko 10 lat. Podobno zbudowano ją w którejś polskiej stoczni. Oprócz zbiorowych sal jest jeszcze wybór kabin. Ceny uzależnione są od tego ile osób jest w kabinie. Te najdroższe, dwuosobowe kosztują ponad 100USD.




Agnieszka na chwilę przed wejściem na pokład.

Rejs miał trwać 3 dni. Oczywiście już na wstępie mieliśmy kilkugodzinne opóźnienie, a potem jeszcze po drodze zaczął psuć się jeden z silników. W rezultacie cała podróż zajęła dni cztery. Ale było bardzo przyjemnie i czas bynajmniej nam się nie dłużył. Na pokładzie spotkaliśmy sporo białych turystów z całego świata. Byli Izraelici, Niemcy, Irańczyk, Holendrzy i kilka jeszcze innych nacji. Cała na grupa już pierwszego dnia się zintegrowała. Dzień przebiegał w rytmie posiłków. Nie są one wliczone w cenę biletu, przynajmniej nie tej klasy. Na śniadanie nigdy nie udało mi się wstać, bo co wieczór siedzieliśmy długo na pokładzie spijając whisky i popalając jointy. Lunch i kolację zjadaliśmy w kantynie. Zawsze było to thali, czyli zestaw składający się ryżu i kilku warzywnych sosików w wersji wegetariańskiej. W wersji nie wegetariańskiej czasem była ryba, czasem kurczak, a czasem jajko w masali. Wszystko średnio smaczne, ale jadałem w Indiach gorsze. No, ale dużo lepsze też. Po trzech dniach takiej diety człowiek ma dość ryżu. Na szczęście mieliśmy jakieś słodycze zabrane z lądu. Resztę czasu przesiadywaliśmy w kawiarni na górnym pokładzie, obok której był basen, ale bez wody. Głównym moim zajęciem było czytanie. Po drodze skończyłem „Shantaram”, którą to książkę bardzo polecam. Daje pewne pojęcie o Indiach, a przy tym opowiada niesamowitą i prawdziwą, pewnie przynajmniej w większości, historię człowieka, który jako uciekinier z australijskiego więzienia znalazł się w Bombaju, gdzie szybko wkręcił się w przestępczy światek tego miasta. Naprawdę fascynująca opowieść.




Nasze koje – bardzo kulturalnie, nieprawdaż?




A to inna uskuteczniana przez mnie opcja sypialna.

Koniec końców z opóźnieniem, ale bez rzygania po drodze, bo morze było nam przychylne dotarliśmy do Port Blair. Po formalnościach paszportowych, które wymagają, aby każdy obcokrajowiec zarejestrował swoje przybycie i otrzymał 30 dniowe pozwolenie na pobyt tutaj, udaliśmy się rikszą do naszego gospodarza z HospitalityClub. Po raz pierwszy trafiliśmy na rodzinę hinduską. Do tej pory trafiali nam się tylko dżaniści i chrześcijanie.

Port Blair to miasto założone przez kapitana brytyjskiej marynarki wojennej Blaira, jako kolonia karna dla indyjskich bojowników o niepodległość, w 1789. Na początku nazywało się on Port Cornwallis. Smutnym memento tamtej epoki jest okrągłe więzienie wybudowane przez Brytyjczyków i używane aż do 1940 roku. Warunki w nim panujące miały być ponoć wyjątkowo nieludzkie. Odpuściliśmy sobie jednak tą atrakcję. Port Blair w zasadzie nie jest wart poświęcenia mu większej ilości czasu. Jako największe miasto archipelagu jest siłą rzeczy węzłem komunikacyjnym. Port, kilka przystani, dwie centralne ulice i sporo osiedli dookoła. Nic ciekawego. Zaskakująco drogie okazały się być hotele – z tego powodu jedną noc przespaliśmy w namiocie w parku podczas naszej drugiej, jednodniowej tylko bytności w tym mieście, kiedy to kupowaliśmy bilety na powrotny statek do Kalkuty.




Rajska wysepka.

Z Port Blair popłynęliśmy na mała wyspę Neil oddaloną o około 2 godziny drogi. Neil to taki mały raj na ziemi. Znajdują się tam tylko trzy niewielkie „ośrodki” turystyczne, czyli kolekcje chatek z bambusa w zagajniku na plaży. Na całej wyspie żyje morze z 5000 ludzi. Utrzymują się głównie z rolnictwa i rybołówstwa. Teraz także trochę z turystyki, ale to wciąż marginalne źródło dochodów. Niespodziewanie spotkaliśmy na Neil troje Polaków. Asię, Jacka i Rutę (pzdr:), z którymi spędziliśmy prawie cały nasz czas na Andamanach. Początkowo mieliśmy ambitne plany podróżowania po wielu wyspach, ale potem lenistwo i piękno Neil nas pokonało i w sumie pozostaliśmy tam przez 3 tygodnie z jedną mała wycieczką do Port Blair po bilety powrotne.




Wyspa Neil




Wyspa Neil

Robiliśmy to, co się najczęściej robi na egzotycznych tropikalnych wyspach. Kupowaliśmy ryby u rybaków i grillowali je przy ognisku, łaziliśmy po plażach odkrywając piękne zakątki, czytaliśmy książki huśtając się w hamaku, robiliśmy wycieczki łodzią na pobliskie bezludne wysepki, piliśmy i jedliśmy kokosy. Poza tym sporo snorklowałem. Rady wokół Neil może nie są za ciekawe, przynajmniej w porównaniu do tych, które widziałem w Egipcie. Sporo jest za to rybek, małych i większych, a także całkiem ogromnych, które się w ogóle nie boją. Miałem nawet spotkanie przyjemne spotkanie z krową morską. W pierwszej chwili myślałem, że to delfin, ale po bliższych oględzinach, stwierdziłem, że jednak nie. Zwierzak był nieco większy ode mnie. Na początku trochę się go wystraszyłem, ale nie wyglądał na agresywnego. Zachowywał się podobnie jak ja, czyli był nieco przestraszony, a nieco zainteresowany. Pozwalał do siebie podpływać na wyciągnięcie ręki. Czasem znikał w mętnawej tego dnia wodzie, aby pojawić się za chwilę z drugiej strony. Wyglądał na tak samo zainteresowanego mną, jak ja byłem nim. Trwało to dobre 20 minut. Niesamowite przeżycie obcowania z niewątpliwie inteligentną istotą, bardzo do mnie podobną, a równocześnie mogącą być z innej planety.

Poznany już wcześniej przez naszych polskich przyjaciół tubylec, Kamal, często nam towarzyszył opowiadając o zwyczajach ludzi tam mieszkających. Nie jest to bynajmniej rdzenna ludność Andamanów. Po uzyskaniu niepodległości Indie otrzymały Andamany niejako przez przypadek, jako część terytorium Imperium Brytyjskiego. Wyspy zamieszkane były wówczas przez nieliczne aboryginalne plamiona, żyjące jeszcze w erze prehistorycznej prawie. Hindusi rozpoczęli intensywny proces kolonizacji Andamanów przesiedlając tam wiele ludzi głównie z Bengalu. Każdy nowy mieszkaniec otrzymywał znaczącą pomoc od rządu i kawałek ziemi do dyspozycji. Na Neil praktycznie wszyscy mieszkańcy to hindusi. Żyją tutaj trzy pokolenia przesiedleńców. Kamal urodziła się już na Andamanach, ale jego dziadek mieszkał kiedyś na kontynencie. Parę razy odwiedzaliśmy jego rodzinę, która witała nas bardzo ciepło. Zawsze był jakiś poczęstunek i koksy. Kamal się chwalił, że na jego terenie rośnie ponad 600 pal kokosowych. Dziewczyny miały ubaw ubierając się w sarii. Miło było.




Ojciec Kamala zainteresował się fotografią. Po pokonaniu bariery technologicznej zaczął robić niezłe foty.




Kamal z żoną i synem.




Siostra Kamala




„Hinduski”

Na Neil spędziliśmy święta i sylwestra. Zorganizowaliśmy sobie Wigilię w pobliskiej knajpce. Jedynym daniem przypominającym polskie tradycje była ryba, aczkolwiek sposób przyrządzenia – barakuda w sosie kokosowym – nieco się różnił. Choinki nie było, ale zamiast niej mieliśmy gałąź jakiegoś tropikalnego drzewka obwieszoną cukierkami. Nawet kolędy śpiewaliśmy.

Sylwester udał się też wyśmienicie, bo w jedno miejsce zeszła się cała międzynarodowa ekipa będąca akurat na Neil. Zebrało się może ze 40 osób. Byłą muza, alkohole i inne używki. Zabawę zakończyliśmy o poranku przywitaniem słońca na plaży.




Scenka z wyspiarskiego życia.

W drodze powrotnej na kontynent nie mieliśmy już takiego szczęścia. Nasz statek okazał się być 36 gratem. Był również polski akcent – silnik wybudowały Zakłady Cegielskiego. Jak zapewniał mnie pierwszy mechanik był on doskonały i nie nastręczał żadnych problemów. Rozpadało się za to prawie wszystko inne. W naszym zbiorowym pomieszczeniu na najniższym pokładzie było gorąco jak w piekle. Łaziły sobie karaluchy i inne robactwo. Żarcie było również paskudne. Poza tym brak nam było tej ekscytacji, która towarzyszyła nam w drodze na Andamany. Teraz wracaliśmy na „stare śmieci”, czyli do Indii. Płynęliśmy wprawdzie do Kalkuty, której nie znaliśmy, ale nie spodziewaliśmy się większych zaskoczeń. Nasz czas w Indiach dobiegał powoli końca i prawdę mówiąc myślami byliśmy już trochę w Birmie.

6 - 12 Stycznia 2007

Znowu z pamięci i skrótowo.

Kalkuta przypadał nam do gustu. Jej mieszkańcy, Bengalczycy, okazali się być bardzo miłymi i kontaktowymi ludźmi, w większości pozbawionymi wrodzonej hindusom wścibskości. Samo miasto do pięknych ani ciekawych nie należy, ale ma atmosferę, którą odebrałem jako zrelaksowaną. Bieda, która często utożsamiana jest z Kalkutą, nie jest moim zdaniem bardziej widoczna na jej ulicach, niż np. w New Delhi. A bynajmniej nie ograniczaliśmy się do przebywania tylko na Sudder St, która wraz z kilkoma otaczającymi ją uliczkami stanowi turystyczne getto, pełne małych hoteli, knajpek, kafejek i internetowych i zwykłych w takich miejscach sklepików z tandetnymi pamiątkami.




Golenie za 5 rupii. (fot. Agnieszka)




Mała świątynia uliczna z braminem w środku.




Pielgrzymi w kolejce do świątyni Kali.

W Kalkucie poszliśmy po raz drugi w Indiach do teatru. Tym razem na spektakl... polski. Akurat z jednym występem pojawił się tam teatry z Gdańska (nazwy nie pomnę), który wystawiał sztukę opartą na motywach dzienników Gombrowicza. Przedstawienie zaczęło się od małego happeningu przed teatrem. Ciekawie się obserwowało reakcje hindusów na awangardowy teatr. Przyszła oczywiście śmietanka intelektualna, w większości artyści, czyli sporo panów w grubych okularach i rozciągniętych swetrach podkreślających ich niedbałość doczesność. Przedstawienie bardzo ciekawe pod względem formy. Balet nowoczesny, częściowo improwizowany. Hindusom się chyba podobało, nam też.

Bardzo ciekawie wygląda cmentarz angielski w Kalkucie. Coś jak Père Lachaise w Paryżu, tylko w innym stylu. No i sporo mniejszy. Mieści się w centrum miasta za wysokimi murami. Enklawa spokoju, bo nikt tam prawie nie zagląda. A warto. Na nagrobkach zapisana jest wczesna historia kolonialnych Indii. Większość pochowanych tam ludzi było pracownikami Wschodnioindyjskiej Kompanii.




Cmentarz angielski w Kalkucie

W Kalkucie załatwiliśmy też wizy do Myanmaru i do Tajlandii. Resztę czasu poświęciliśmy na ostatnie zakupy głównie medyczne (tabletki na malarię), picie taniej, acz niezłej indyjskiej whisky i rozkoszowanie pysznym się jedzeniem.

<< Previous Page ::

pt src="http://www.google-analytics.com/urchin.js" type="text/javascript">