Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
3 Marca 2007Do ośrodka szkolenia słoni zdążyliśmy dosłownie na ostatni moment, tuż przed godziną 10 rano. Codziennie o tej porze odbywa się tam pokaz umiejętności tych przemiłych zwierzaków. Mieliśmy niby zarezerwowany skuter na ten dzień w pobliskiej knajpce prowadzonej przez Francuza, który ożenił się z Tajką. Takie międzynarodowe małżeństwa to popularna sprawa w Tajlandii. W wielu małych miasteczkach napotykaliśmy na biznesy prowadzone przez przesiedleńców najczęściej z Europy. Niestety pan Francuz wystawił nas rufą do wiatru i obiecanego motorka rano nie było. Pozostawał nam autostop. Przez dłuższy czas nikt nas nie zabierał i pokonanie 15 km dzielących Chang Dao od „ośrodka słoniowego” zajęło nam prawie godzinę. Przy wejściu uiściliśmy opłatę w wysokości 60 bahtów. Akurat trafiła się też jakaś duża wycieczka emerytów chyba z Anglii. Przyjechali wielkim wypasionym autokarem z przewodnikami. Pierwszym punktem programu było karmienie słoni. Oddzieleni od zwierzaków solidną drewnianą barierką mogliśmy im podawać banany, które kobiety pracujące w ośrodku sprzedawały tuż obok po normalnych, niezawyżonych cenach. My na początku zaoferowaliśmy słoniom kupione parę dni wcześniej fistaszki, które za bardzo nam nie smakowały. Słoniom za bardzo też nie, albo za bardzo były przyzwyczajone do bananów. Obok stała zabawna tablica, na której napisane było, aby dawać po pół kiści owoców od razu, a nie po jednym, bo wtedy słonie się denerwują. Zwierzaków było całkiem sporo i różnych rozmiarów. Największy samiec miał imponujących rozmiarów kły, a najmniejszy młody słonik wciąż uczył się używać swojej trąby. Był komicznie niezdarny. Słonie uczą się tej umiejętności przez dłuższy czas po narodzeniu, co jest zrozumiałe zważywszy, że organ ten ma ponad 150 000 mięśni. Po odpowiednio długiej praktyce trąba staję się bardzo sprawna. Słonie używają jej do zbierania pożywienia, podawania nią sobie wody do pyska, oddychania, kiedy zanurzają się całkowicie w wodzie i wielu innych czynności. Także do brania bananów od turystów, a także łapania ich za ręce. A uchwyt mają dosyć mocny – wiem z autopsji. Na grzbiecie każdego zwierzaka, nawet tych najmniejszych, siedział kornak, czyli trener, jeździec i opiekun równocześnie. Zazwyczaj jednym słoniem opiekuje się od dwóch do trzech osób. Pomiędzy człowiekiem a słoniem tworzy się więź oparta na wzajemnym zrozumieniu, ale oczywiście w układzie, w którym zwierzak podporządkowuje się woli ludzkiej. Mniam, mniam – ale wolę pół kiści od razu! Po karmieniu przyszła czas na kąpiel. Równiutki rzędem, ustawione od największego na najmniejszego, słonie wmaszerowały do rzeki. Wiać było, że to jest chyba najbardziej ich ulubiona część przedstawienia, chociaż banany to przecież niezły przysmak. Kornacy, zwani także mahautami, polewami je wodą i szorowali, a słonie po prostu baraszkowały rozkosznie przewracając się na grzbiety i zanurzając się często z głowami pod wodę wystawiając tylko nad jej powierzchnię trąby. Szerokie uśmiechy na pyskach. Kąpiele uwielbiamy! (fot.Agnieszka) Po gruntownym myciu nadszedł czas na właściwe przedstawienie. Polegało one na prezentacji przeróżnych umiejętności słoni, ale nie takich wyuczonych do cyrku, tylko tych użytecznych dla ludzi. Kornacy pokazywali po prostu jak używa się tych zwierząt przy wyrębie lasu i na roli, czyli w ich tradycyjnych rolach w Tajlandii. Słonie ciągały więc pnie drzew, przesuwały je z miejsca na miejsce, często robiąc to grupowo, kiedy drzewo było bardzo ciężkie. Wykazywały się przy tym niesamowitą jak na tak wielkie i na pierwszy rzut oka lekko niezdarne zwierzaki, precyzją. W pracy (fot.Agnieszka) Kornacy demonstrowali też również kilka sposobów wsiadania i schodzenia ze słonia, w której to czynności zwierzak pomaga człowiekowi podnosząc jedną z nóg, lub kładąc się na ziemi. Trochę było też cyrkowych popisów, czyli zakładaniu swojemu panu kapelusza na głowę i efektownym dyganiu. Na koniec przedstawienia jeden z młodszych słoni wykazał się talentem malarskim i szybko machną abstrakcyjny obrazek, który oczywiście można było potem nabyć za niewygórowaną cenę 500 bahtów. Sztuka nowoczesna (fot.Agnieszka) Po zakończeniu przedstawienia można było jeszcze przejechać się po okolicznej dżungli na grzbiecie słonia, ale nie planowaliśmy tego robić. Poza tym okazało się to być niemożliwe, bo wycieczka zarezerwowała wszystkie dostępne „pojazdy” na następne 2 godziny. Muszę przyznać, że z pewną dozą sceptyzmu wybierałem się do tego miejsca, bo jakoś takie przedstawienia mnie nie bawią, a nawet uważam je za często żenujące. Zwłaszcza, kiedy zwierzęta do nich wykorzystywane są niewłaściwie traktowane. Jednak tutaj widać było, że ich dobro stawiane jest na pierwszym miejscu. Wszystkie zwierzaki wyglądały na bardzo zadbane i wesołe. Może to dlatego, że Budda rzekomo wybrał białego słonia jako jedno ze swoich ziemskich wcieleń i dzięki temu traktowane są one z dużą dozą respektu. Poza tym nie był to cyrk, ale po prostu prezentacja ich umiejętności i znaczenia w kulturze tajskiej. Tym razem błyskawicznie złapaliśmy stopa spowrotem do Chang Dao, gdzie po małej przekąsce, wyszliśmy na drogę prowadzącą do pobliskich jaskiń. I znowu nie czekaliśmy dłużej, niż na pierwszy przejeżdżający samochód. Czyżby autostopowa passa wracała? Liczymy na to, bo jutro mamy do przejechania ponad 700km do Bangkoku. Kompleks jaskiń, do którego udaliśmy się jakieś 5 km od Chang Dao. Podobno ciągnie się na przestrzeni ponad 10km. Trzy z nich są oświetlone. Są miejscem kultu Buddystów. Znajdują się tam posągi Buddy i liczne ołtarze. Wejście do całego połączonego ze sobą kompleksu jest przez jaskinię Phra Non. Od niej odchodzą w bok inne. Do tych oświetlonych można wchodzić samemu, ale do innych tylko z przewodnikiem, który wyposażony jest w latarnię gazową. My mieliśmy swoją latarkę i nie chcieliśmy towarzystwa obcej osoby. Przy wejściu do najdłuższej liczącej ponad 700 metrów jaskini nieoświetlonej Mah czuwał jakiś pan z obsługi i nie pozwolił nam wejść. Dowiedzieliśmy się jednak, że wyjście z niej znajduje się kilkadziesiąt metrów dalej. Okazało się, że nie jest obstawione, więc dla nas stało się wejściem. Przy mizernym świetle mojej czołówki zagłębiliśmy się w z początku tylko mroczne, a potem całkowicie już ciemne korytarze. Poza jedną wizytą w jaskini Lot także w Tajlandii nigdy wcześniej nie chodziłem po podziemnych korytarzach. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Dokoła nas otworzyły się ogromne komnaty z fantasmagorycznie powykręcanymi stalaktytami zwisającymi nad głowami. Miejscami przeciskaliśmy się przez wąskie przejścia na czworaka, aby z chwilę znowu stanąć w pomieszczeniu tak wielkim, że przy świetle latarki nie widać było jego ścian, a sufit majaczył tylko gdzieś bardzo wysoko. Unosząca się wewnątrz mgiełka spowodowana duża wilgotnością powietrza dodawało temu miejscu grozy, ale i uroku równocześnie. Po jakimś czasie błąkania się po tym podziemnym labiryncie natknęliśmy się na kilka osób z przewodnikiem. Przez kilkanaście minut podążaliśmy ich śladem, aby potem znowu pozostać sami we wnętrzu ziemi. Kiedy byliśmy już niedaleko wyjścia nagle zgasła nam latarka. Poczułem się jak Bilbo Baggins w mrokach Morri. Ciemność absolutna i uczucie całkowitej dezorientacji. Na szczęście awaria była tymczasowa, bo inaczej musielibyśmy czekać na kolejną przechodzącą wycieczkę, albo ryzykować poważne obrażenia cielesne usiłując dotrzeć do wyjścia po omacku. Potem spenetrowaliśmy jeszcze jedną bardzo długą nieoświetloną jaskinię, która zakończyła się jeziorem. Brodziliśmy w nim przez kilka metrów chcąc iść dalej, ale zaczęło robić się zbyt głębokie, więc zrezygnowaliśmy. Wychodząc musieliśmy jeszcze minąć owego kolesia, który nie wpuścił nas do Tham Mah wcześniej. Ktoś mu doniósł, że chodziliśmy tam sami, bo miał do nas pretensje, ale nie wdawaliśmy się w dyskusję, tylko uśmiechnięci rozłożyliśmy bezradnie ręce w geście udawanego niezrozumienia, a on się nie mógł zdenerwować, bo straciłby twarz :) Złapanie stopa znowu zajęło nam dosłownie dwie minuty. Przemiły kierowca nie jechał aż do Chang Dao, ale nadłożył 2km drogi i podrzucił nas na miejsce, chociaż go w ogóle o to nie prosiliśmy. To już nie pierwszy raz zresztą w tym kraju. Oby tak dalej... 2 Marca 2007Wyszliśmy rano jeszcze przed świtem na ulicę prowadzącą w kierunku Chiang Mai. Stojąc na poboczu drogi z ulgą patrzyliśmy na krwisto pomarańczowe słońce powoli wynurzające się zza gór. Było zimno i nic nie jechało. Odległość do pokonania mieliśmy w sumie niewielką. Do Chang Dało było jakieś 140km. Minęło nas kilkanaście samochodów i żaden nas nie zabrał. Rozwydrzyliśmy się w Tajlandii – ostatnio nie czekaliśmy na stopa dłużej niż 15 minut. Po niespełna godzinie zatrzymał się leciwy pickup. Kierowca pochodził z plemienia Lahu i ubrany był w tradycyjny strój tego ludu. W workowatych sięgających do pół łydki i haftowanych u dołu spodniach wyglądał bardzo malowniczo. Na pace samochodu siedziała już młoda kobieta, także w regionalnym ubiorze wraz z dwójką małych chłopców. Miejsca było więc sporo, ale kilkaset metrów dalej samochód zatrzymał się po raz wtóry i zabraliśmy 6 młodych żołnierzy. Zrobiło się nieco ciaśniej. Zawinięci w śpiwór chroniący nas jako tako przed przenikliwym wiatrem przejechaliśmy tak następne 100 km, co zajęło ponad 2 godziny. Kobieta z dziećmi spała jak zabita przykryta derką, spod której wystawały tylko jej gołe stopy. Niesamowicie poczochrane dzieciaki, co jakiś czas się budziły i robiły mały rejwach, po czym znowu zasypiały. Wyglądały na dobrze odżywione i zadowolone z życia i podróży odkrytym samochodem. Dopiero pod koniec drogi ten młodszy zaczął płakać, ale mamusia go szybko spacyfikowała karmiąc piersią. Droga była kręta jak noworoczna serpentyna. Zaszkodziło to żołnierzom. Co kilkanaście minut któryś zaczynał wymiotować. Taktownie przesuwał się wtedy na koniec samochodu i zwisając z tyłu paki znaczył nasz szlak. Inni go wtedy czule głaskali po plecach i poklepywali opiekuńczo, aby się nie zakrztusił. Tak bliski kontakt fizyczny w Polsce uznany by został za graniczący z intymnością wręcz seksualną. Tutaj to normalne. W ogóle to ci młodzi rekruci bardzo o siebie dbali i widać było silną więź przyjaźni pomiędzy nimi. Kierowca wysadził nas w miejscowości Mae Taeng, skąd mieliśmy jeszcze tylko jakieś 40 kilometrów do pokonania w kierunku północnym. Oprócz nas wysiedli też żołnierze. Dało nam to okazję do zaobserwowania, czy płacą za przejazd. Dotychczas podróżowaliśmy stopem bez lokalnych współpasażerów, i zastanawialiśmy się czy jest tutaj w zwyczaju płacenie za podwożenie. Nas nikt nigdy o pieniądze się nie pytał, ale Tajowie są raczej z natury nieśmiali i myśleliśmy, że to po części może dlatego. Ale nie. Żołnierze podziękowali tylko i poszli w swoją stronę, a kierowca nie był tym wcale zdziwiony. My zrobiliśmy podobnie, tylko może nieco bardzo wylewnie. W Mae Taeng spędziliśmy tylko tyle czasu ile zabrało nam dojście na drogę wylotową i zjedzenie naszej nieśmiertelnej potrawy śniadaniowej, czyli omleta z ryżem polanego sosem chilli. Jeszcze w Bangkoku Noi zapisała nam to danie w notesie po tajsku, obok kilku innych naszych ulubionych potraw. Ja dopisałem sobie do tego jeszcze fonetycznie wymowę, ale jak do tej pory jeszcze nikt mnie nie zrozumiał, kiedy usiłowałem coś zamówić. Brzmi to mniej więcej tak: „kaj cziao hom jaj”. Tajski to bardzo trudny w wymowie tonalny język, przynajmniej dla nas. Pokazywanie napisu w notesie skutkuje jednak zawsze. Oprócz potraw mamy też zanotowane kilka niezbędnych zwrotów. Agnieszka często informuje w ten sposób ludzi, że jest wegetarianką i „nie je zwierząt”. A wszystko to dlatego, że stołujemy się w miejscach nieturystycznych, gdzie nikt nie mówi po angielsku, o menu w tym języku nie wspominając. To zdecydowanie nie był dobry dzień na stopa – te nieszczęsne 40 km do Chang Dao zajęło nam prawie dwie godziny. Ponad godzinę staliśmy na poboczu niezwykle ruchliwej drogi i nic. Samej jazdy był raptem 40 minut – zabrała nas ciężarówka w końcu. Chang Dao rozciągnięte jest wzdłuż trasy szybkiego ruchu, co widać, słychać i czuć. Trudno jest tutaj przejść przez ulicę, hałas non-stop i spalin sporo. Dla nas ma to być baza wypadowa do odwiedzenia pobliskich jaskiń i ośrodka szkolenia słoni. 26 Lutego – 1 Marca 2007Pai to niewielka miejscowość na trasie z Soppong do Chiang Mai. Właściwie nie wiadomo dlaczego, rozwinęła się ona jako popularne miejsce turystyczne. Kiedyś przyjeżdżali tutaj hippisi zwabieni urokami okolicy, oddaleniem od cywilizacji, tanią trawą i spokojem. Teraz mnóstwo jest tutaj hotelików i knajpek nastawionych na obsługiwanie „farangów”. Sporo z tych interesów prowadzonych jest przez emigrantów z Europy, głownie Anglików i Niemców, którzy mieszkają tutaj wraz ze swoimi tajskimi żonami lub mężami. Pomimo tego natłoku turystycznego jakoś nie odbiera to uroku Pai. Okolice są naprawdę piękne i sporo ciekawych rzeczy jest dokoła. Można pojechać do okolicznych „stadnin” słoni, gorących źródeł, piaskowego kanionu, nad liczne wodospady, czy też po prostu szaleć na skuterze po krętych górskich drogach wokół Pai. Mniej więcej tak spędziliśmy dwa z czterech dni tutaj. Dwa pozostałe poświęciłem na przerabianie bloga, w czym pomógł mi miły Anglik, udostępniając w zasadzie nieodpłatnie bezprzewodowe łącze internetowe w swojej knajpce. Piszę w zasadzie, bo umówiliśmy się z nim, że będziemy się tam po prostu stołować. Jako jedno z nielicznych turystycznych miejsc miał ceny takie jak na sprzedawcy uliczni. Jego żona gotowała doskonale, a z nim samym przyjemnie się rozmawiało w przerwach od programowania. Agnieszka w piaskowym „kanionie” na tle gór Kanion Wodospad (fot.Agnieszka) Niemądre zabawy motocyklowe... ...i ich niegroźne na szczęście skutki (fot.Agnieszka) W wiosce animistów (fot.Agnieszka) I jeszcze kilka fotek z środowego bazaru w Pai, na który zjeżdżają się mieszkańcy okolicznych wiosek. Niektórzy wciąż jeszcze ubierają się w tradycyjne stroje. Fotografowała Agnieszka 22 - 26 Lutego 2007Z Mae Sariang pojechaliśmy do Soppong, czyli bardzo małej miejscowości w górach, jeszcze bardziej na północy Tajlandii. Dojechaliśmy tam stopem oczywiście i jak zwykle z wielką łatwością. Na miejscu znaleźliśmy przepięknie położony nieco na uboczu drewniany domek z łazienką (200 bahtów). Okolica cudowna, bo na zalesionym wzgórzu tuż nad rzeką. Cisza i spokój, słychać było tylko śpiew ptaków. Zwłaszcza w nocy, kiedy odzywały się te mniej nam znane o przedziwnie brzmiących głosach, było to bardzo ciekawie. Co wieczór na okolicznych wzgórzach widzieliśmy też demonicznie wyglądające łuny płonących traw. Nasz domek w Soppong Spędziliśmy tam aż 4 dni. Chodziliśmy po okolicznych wioskach w poszukiwaniu zapomnianych ludów tego regionu, czyli Lahu i Lisu. Przedzieraliśmy się przez dzikie lasy urządzając sobie treki na azymut po okolicznych wzgórzach. Wioska Lisu (fot.Agnieszka) Wybraliśmy się też do olbrzymiej jaskini Lot znajdującej się w pobliżu. Dotarliśmy tam stopem, a potem w towarzystwie miejscowego przewodnika uzbrojonego w latarnię gazową penetrowaliśmy jej wnętrze przez ponad 2 godziny. Przez największą komorę Lot przepływa rzeka, którą spłynęliśmy na bambusowej tratwie. Inne komory są równie wielkie, często wyższe niż 30 metrów, a w każdej mnóstwo pięknych stalaktytów i innych dzikich formacji krystalicznych. W jednym miejscu znajdują się bardzo niestety już zatarte prehistoryczne malunki. Miejsce bardzo warte odwiedzenia. Jaskiniowiec-latarnik (fot.Agnieszka) Stołowaliśmy się na bazarku w Soppong. Ryż powszedni i dodatki, czyli mięsko z grilla i warzywa z woka, a także arbuzy, których w okolicy rośnie chyba całe mnóstwo sądząc po cenach. Ogólnie bardzo nam się tam podobało, bo w ogóle nie ma turystów, a okolica jest przepiękna. Jaskinia Lot (fot.Agnieszka) 21 Lutego 2007Po raz kolejny wypożyczyliśmy skuter, aby pojeździć nim po okolicy. Polubiliśmy taki sposób oglądania Tajlandii. Skutery to podstawowy środek komunikacji w tym kraju. Są niedrogie, palą mało benzyny i prawie wszędzie można nimi wjechać. Na bazar, do wioski, gdzie nie ma drogi, a tylko wąskie ścieżki, do klasztoru, nawet do knajpy. Jeżdżą nimi wszyscy, nawet dzieci, których nóżki są jeszcze zbyt krótkie, aby siedząc na siedzeniu dosięgać ziemi. Z Mae Sariang wyruszyliśmy na północ, w kierunku Mae Hong Son, wiedząc, że gdzieś po drodze znajduje się jaskinia, którą nasi niemieccy znajomi opisywali jako bardzo ciekawą. Plan nie był jednak sztywny i pierwsza ciekawiej wyglądająca boczna droga, czyli taka, na której nie było asfaltu, skusiła nas. Skręciliśmy. Przez ponad 19 kilometrów jechaliśmy wertepami przez pola, na których teraz, czyli w porze suchej, rośnie soja. Rolnicy zbierają w tym regionie plony dwa razy do roku. Najpierw ryż – w porze deszczowej, a potem soję. Droga skończyła się w jakieś nieznanej nam z nazwy wiosce, w której otrzymaliśmy zaproszenie do odwiedzenia szkoły. Uczy się tam 21 dzieci. W ogóle żyją w wiosce 23 rodziny. Szkoła zbudowana była jak wszystko wokół z bambusa, jednak nauki odbywały się na rozpostartej na jej dziedzińcu macie utkanej z liści palmowych. Długo tam nie zabawiliśmy, bo w planie mieliśmy wizytę w oddalonej o spory kawałek drogi jaskini. Dotarliśmy tam po około godzinie szaleńczej jazdy po niezwykle górzystej, krętej i malowniczej drodze. Wejście do jaskini kosztowało 80 bahtów, ale było warte swojej ceny. Z centrum gdzie znajduje się parking dowieziono nas pickupem na górę, gdzie ku naszemu zdziwieniu otrzymaliśmy przewodnika mówiącego po angielsku. Młoda dziewczyna najpierw opowiedziała nam trochę o historii odkrycia owej jaskini, a następnie poszliśmy ją oglądać. Zwiedza się chodząc po betonowych schodach i drewnianych podestach. Wewnątrz jest również światło elektryczne. Wszystko to razem nastawiło nas początkowo trochę sceptycznie, ale kiedy weszliśmy do pierwszej komory szczęki nam opadły z wrażenia. Ściany jaskini prawie w całości porośnięte były śnieżnobiałymi kryształami. Miejscami wyglądały jak olbrzymie płatki śniegu. Wciąż po schodach schodziliśmy głębiej w dół napotykając na swojej drodze coraz to bardziej fantazyjnie wyglądające krystaliczne formacje. Ponieważ na dnie bije gorące źródło, im głębiej schodziliśmy tym cieplej się robiło. Z tego, co wiem, jest to dosyć nietypowe, bo najczęściej wraz ze wzrostem głębokości spada temperatura. Komór było w sumie pięć, i każda ładniejsza od poprzedniej. Niestety w środku nie wolno robić zdjęć, gdyż ponoć wpływa to negatywnie na kryształy. Uszanowaliśmy ten przepis, chociaż bardzo mieliśmy ochotę sfotografować niektóre z fantasmagorycznych obrazów, jakie dane nam tam było zobaczyć. Na zakończenie wizyty nasza przewodniczka zapraszała do ponownych odwiedzin w przyszłości, kiedy to, jak się wyraziła, być może przyjedziemy tam z naszymi dziećmi, a i ona wtedy będzie już matką. Ciekawe zaproszenie skądinąd. Ćma (fot.Agnieszka) Wracając do Mae Sariang spostrzegliśmy w pewnym momencie dwa słonie stojące na skraju drogi w lesie. Wraz z nimi znajdowało się tam jeszcze dwóch kornaków. Przyglądając się tym zwierzakom spostrzegliśmy, że jest to para – słoń i słonica, i że samiec ma wzwód. Wyglądało to naprawdę imponująco. Pomyśleliśmy, że owa para zaraz zacznie kopulować. Słoń głaskał samicę czule trąbą po uszach, boku i prywatnych częściach, też sporej wielkości i znacznie uwypuklonych. Przygotowaliśmy aparat – będzie słoniowe porno – pomyśleliśmy. Ku naszemu rozczarowaniu okazało się, że spóźniliśmy się o kilkanaście minut. Do stosunku już bowiem doszło, i sądząc po minie słonia i słonicy było nieźle. Goście opiekujący się zwierzakami zabierali je właśnie do lasu, w niewiadomym nam celu. Nie mogliśmy się z nimi w ogóle dogadać. Na migi wytłumaczyliśmy, że chcemy iść z nimi, a oni się na to chętnie zgodzili. Zaczęliśmy iść przez las porośnięty głownie bambusem. Z początku dosyć szeroką ścieżką, a później przedzierając się przez bardziej zarośnięte szlaki. Słoń szedł pierwszy torując drogę i machając wesoło potężnym ogonem. Widać było, że wie, dokąd idzie. Drugi w kolejności szedł kornak, a my tuż za nim. Słonica podążała ścieżką nieopodal. Nie było jej widać, ale słyszeliśmy trzask łamanych czasem gałęzi. Myśleliśmy, że idziemy do jakiejś wioski, ale po niespełna godzinie tego trekkingu dotarliśmy do niewielkiej rzeczki. Słonie zaczęły się w niej pluskać polewając się radośnie wodą. Ze słoniem przez las (fot.Agnieszka) Po kąpieli kornacy zabrali oba słonie w gęstszy las, gdzie przykuli je łańcuchami i pozostawili. Miejsce wybrali w ten sposób, żeby zwierzaki miały mnóstwo jedzenia dokoła. Potem wyprowadzili nas jeszcze w kierunku drogi, bo chodząc za słoniami straciliśmy nieco orientację. Kornak (fot.Agnieszka) |
|