Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Turcja2 LutegoPrzelot do Berlina był bez większych emocji. Bilety po 77 zł z Krakowa – można latać. Na lotnisku w Balicach poznaliśmy dwie dziewczyny, które również lecą do Istambułu na stypendium Erazmusa. Przed wyjazdem komunikowałem się też z dwiema innymi dziewczynami planującymi podróżowanie po Turcji i dalsza jazdę na Wschód. Okazało się, że przypadkowo lecimy do Istambułu tym samym połączeniem via Berlin. Nie udało nam się jednak spotkać w Polsce, lecz dopiero w Berlinie. No i zaczęło się... Przeszliśmy do strefy wolnocłowej, dokonaliśmy zakupów “spożywczych” i przystąpiliśmy do natychmiastowej konsumpcji. Potem okazało się, że samolot jest opóźniony, więc piliśmy dalej. W efekcie na pokład wtoczyliśmy się nieźle wstawieni i tylko wysokie ceny alkoholu powstrzymały nas od dalszej libacji. Chociaż w sumie nawet nie to do końca, tylko fakt, ze nikt z nas nie miał już jedynej akceptowanej waluty, czyli euro. Opcja opłaty visą też nie wyszła, bo jak zamawiałem 5 piw to pani mówiła, ze musi być na sumę większą, niż 30 euro. A 15 piw nie chciała nam z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego powodu nam podać, chociaż zamawialiśmy :) W Stambule znaleźliśmy się około 3 rano z lekkim kacem. Lądowaliśmy na lotnisku Sabiha oddalonym od centrum o około 60 km. Z powodu późnej pory i “zmęczenia materiału” rozważaliśmy możliwość przekoczowania do rana, ale warunki były mało sprzyjające, więc pojechaliśmy autobusem na Taksim (8 Lira) a potem dalej taksówką (15 Lira – 3 osoby) na Sultanahmed. Po około godzinny włóczeniu się po okolicy zdecydowaliśmy się w końcu na nocleg w hostelu Sindbad. 2 -4 Lutego 2006Dni spędzone w Istambule. Muszę kiedyś odtworzyć z pamięci i wypełnić. Fajnie było :) 5 Lutego 2006Ironicznie, bo dzięki całonocnemu pijaństwu i nieprzespanej, ale za to ciekawie przegadanej nocy w końcu udało nam się we trójkę dotrzeć do Niebieskiego Meczetu na pierwsze poranne wołanie muezina zwane azan około godziny 6 rano. Co ciekawe, muezin w Turcji nie nawołuje wiernych po turecku, lecz po arabsku. Jedynie w czasach rządów Ataturka nawoływano w ojczystym języku, później jednak powrócono do starej tradycji. Same modły odbywają się jednak po turecku. Okazało się, że jesteśmy prawie pierwszymi osobami w meczcie. Tylko przy samym mirhabie, czyli z przodu meczetu siedziało kilku mężczyzn. Usadowiliśmy się na wygodnie na dywanach nieco z boku tuż przy olbrzymiej kolumnie podtrzymującej sklepienie. Spodziewaliśmy się nieprzebranych tłumów – w końcu byliśmy w największym i najważniejszym domu modlitwy w Istambule. Z wolna zaczęli pojawiać się kolejni wierni, ale na tłum to bynajmniej nie wyglądało. Kiedy rozpoczęła się modlitwa w meczecie było może 60 mężczyzn. Zapełnili oni niewielka przednia cześć podłogi stając blisko jeden obok drugiego, gdyż takie są nakazy religii muzułmańskiej – nie należy stać oddzielnie, lecz być częścią grupy, o ile jest to rzecz jasna możliwe. Sama modlitwa składa się z inwokacji, czyli podniesieniu obu rąk na wysokość uszu i odpędzeniu w ten sposób trosk i codziennych problemów. Następnie po wymówieniu słów Allah Akbar opuszcza się ręce i krzyżuje je na brzuchu, prawą ręka przykrywając lewa. Kobiety krzyżują ręce na piersiach. Część druga modlitwy to pokłon składany również do słów Allah Akbar i wymawianiu kilku rytualnych tekstów – przy ostatnim z nich należy się wyprostować. Kolejna cześć modlitwy to pokłon, który również jest sformalizowany. Należy najpierw dotknąć podłogi kolanami, później dłońmi, czołem a na końcu nosem. W tej pozycji wymawiane są kolejne rytualne wersy, a następnie siada się na piętach. Potem znowu Allah Akbar i kolejne bicie czołem. Tak kończy się jeden rak'at. Pozostają jeszcze trzy, które różnią się zasadniczo tylko wypowiadanymi tekstami. Końcowy fragment modlitwy to kontemplacja, po której zwracamy głowę w lewo i w prawo znowu recytując przepisane wersy. Strasznie to skomplikowane, ale tylko na pozór. W rzeczywistości jest to raczej proste i pewnie częściowo dzięki tej prostocie Islam zawdzięcza swą popularność. W czasie modlitwy nie należy rozmawiać, spoglądać do góry lub na ogień i wiele innych rzeczy, które unieważniają modlitwę. Krotko mówiąc jest bardzo długi szereg rygorystycznych zasad, zakazów i nakazów, do których pobożny muzułmanin musi się stosować i dotyczą one praktycznie wszystkich aspektów życia. Harem to dzielnica willi położonych bardzo malowniczo nad brzegiem Bosforu. Przynajmniej tak wyglądała ta cześć, która my szliśmy od przystani na północ. Po drodze minęliśmy kilka meczetów, ale z braku czasu nie wchodziliśmy do żadnego z nich poprzestając na oglądaniu ich z zewnątrz. Po dotarciu na najdalej na północ oddalonej przystani promowej przeprawiliśmy się spowrotem do Europy racząc się na pokładzie herbatką. Wylądowaliśmy w dzielnicy Beskitas, czyli około półtorej godziny szybkiego marszu od naszego hotelu. Okolice po drodze były niezbyt charakterystyczne, ale za to mocno górzyste. Potem szybkie pakowanie i jazda tramwajem i metrem na dworzec autobusowy, czyli Otogar. Jest to olbrzymie miejsce, w którym znajduje się ponad 200 różnych firm przewozowych oferujących połączenia do chyba wszystkich większych i chyba nawet tych mniejszych miast w Turcji. Z zewnątrz wygląda to nawet całkiem porządnie i zorganizowanie, ale kiedy znaleźliśmy się już w autobusie i zaczęło się mozolne wyjeżdżanie okazało się, ze chaos jest jednak całkiem spory. Pożegnaliśmy się z towarzyszącymi nam dotychczas dziewczynami, które również tego wieczoru wyjeżdżały do różnych zakątków Turcji. Nas czekała blisko 15 godzinna podróż do Antakaya a potem zmiana autobusu i przejazd przez granice do Aleppo (po arabsku Haleb). 6 Lutego 2006Drogi w Turcji są naprawdę świetne. Praktycznie cała drogę sunęliśmy po równych jak stół autostradach, dzięki czemu dało się spać. Sam autobus też był niczego sobie. Pan z obsługi zaraz na początku zaserwował do wyboru herbatkę, kawkę i oczywiście wszechobecną Coca-Cole. Później włączył “szkiełko”, czyli telewizor i puścił jakiś kretyński film produkcji oczywiście amerykańskiej. Przezabawnie wyglądają murzyni mówiący po turecku, ale po 15 minutach poszliśmy spać – dłużej się tego wytrzymać nie dało. Później ten sam pan uwijał się z rozpylaczem i dyskretnie psikał perfumami – naszym zdaniem Brutalem. Wszystko byłoby cudnie, gdyby nie dwójka małych dzieci robiących, co jakiś czas kupkę i drących się średnio, co godzina. W ruch poszły korki do uszu. Po całonocnej jeździe autobusem dotarliśmy do Antakaya na południowym skraju Turcji. Musieliśmy zmienić autobus i przejechać pozostałe 105 km. Za ostatnie liry zjedliśmy po zupce, przepili herbatką i wsiedli do następnego, tym razem już syryjskiego autobusu. Tu standard już był sporo niższy i śmierdziało makabrycznie ropą. Bez wątpienia był to pojazd służący głównie do przemytu tego właśnie surowca, bo różnica w cenie pomiędzy Turcją a Syrią jest kolosalna. Zresztą w całym wielkim autobusie było może 10 osób, z czego 6 z obsługi. Tym klekoczącym sprzętem dojechaliśmy do granicy turecko-syryjskiej na przejście zwane Bab Al Hawa, czyli Brama Wiatru. Jest to w sumie długi na około 2-3 kilometry kamienisty wąwóz zamknięty po obu stronach posterunkami granicznymi. Tego dnia akurat nie wiało. Jeden z kolesi z autobusu zabrał nasze paszporty i po kilku minutach wrócił z tureckimi pieczątkami wyjazdowymi. Przejechaliśmy pas ziemi niczyjej i dotarliśmy do odprawy syryjskiej, która o dziwo poszła bardzo sprawnie i szybko, głównie dzięki koneksjom owego kolesia. Celnik długopisem(!) wpisał nam na pierwszej stronie paszportów jakieś arabskie numerki, przywalił pieczątkę i voila byliśmy w Syrii. Po przekroczeniu granicy atmosfera w autobusie wyraźnie się poluzowała – widocznie przemyt się znowu udał. Ale piwka nie pozwolili nam otworzyć, za to poczęstowali jabłkami. Potem jeszcze kilka razy zatrzymywaliśmy się po drodze w bliżej nieokreślonych celach i w końcu po około godzinie dotarliśmy do Aleppo. A tu niespodzianka – zamiast na dworcu wysadzili nas na jakimś rondzie nieco na uboczu. Widocznie nie chciało im się przebijać przez miasto. Zachowali się jednak bardzo fair i dali nam pieniądze na taksówkę do centrum. Wraz z nami jechał zapoznany wcześniej młody Tunezyjczyk władający dobrze arabskim i nie tak dobrze angielskim. Dzięki niemu udało nam się zapłacić za taryfę tyle ile wskazywał licznik, chociaż kierowca coś tam gestykulował, ze powinno być więcej. Znaleźliśmy się w środku Aleppo, które definitywnie sprawiało wrażenie miasta azjatyckiego, co widać było zwłaszcza obserwując ruch na ulicach. Jeżdżenie samochodem w tym mieście to nie jest coś, czego bym się podjął bez naprawdę silnej motywacji, a jeździłem już w różnych chaotycznych miastach. Brak pasów na jezdni, w miejscu, w którym mieszczą się moim zdaniem 3 samochody jest ich minimum 6, jedna ręka wciąż na klaksonie, mijanie się przy sporych prędkościach na milimetry i tak dalej. Totalna zadyma, ale jakoś się to kręci i w trakcie tej krótkiej podróży wypadków nie widzieliśmy. Samochody natomiast są mocno poobijane, co wskazuje na to, ze zbyt krótko po prostu jechaliśmy, aby wziąć w jednym udział. Ale parę razy było blisko. Syryjczycy to bardzo mili ludzie – takie jest moje odczucie, kiedy piszę te słowa po kilku godzinach pobytu w Aleppo. Zaraz po tym jak wysiedliśmy z taksówki i staliśmy na ulicy podszedł do nas młody mężczyzna a chwilę później zatrzymały się również dwie z lekka zawoalowane młode kobiety i dosyć płynnym angielskim udzieliły nam informacji jak dojść do naszego hotelu. W międzyczasie zrobiło się małe zbiegowisko. Bez większych problemów doszliśmy do hotelu Zahrat al-Rabie (Spring Flower). Z zewnątrz wygląda to jak wszystkie budynki w Aleppo, czyli niezbyt reprezentacyjnie, natomiast w środku jest naprawdę ładnie. Kilka pięter, kamienne ściany, obudowane patio na dachu. Czysto, schludnie i stylowo wręcz. Pokój 3-osobowy z łazienka i prysznicem kosztował nas 200 syryjskich funtów (które sami syryjczycy nazywają lirami), czyli niecałe 4 dolary od osoby. Była również opcja spania na patio za 130 funtów, ale jest jednak zima i nieco chłodnawo, więc postanowiliśmy zaszaleć i pozażywać luksusów. Dodatkowym minusem dachu jest to, że znajduje się tutaj bar, który nie jest oddzielony od materacy żadna ściana. Kręcą się ludzie (piszę właśnie na patio), jarają fajki i oglądają “szkiełko” (właśnie pan mi włączył Polsat jakiś z polskimi ogłoszeniami erotycznymi, hehe). Natychmiast po wmeldowaniu się do hotelu udaliśmy się zgłodniali do miasta. Po tureckich cenach Syria wydaje się być ziemia obiecaną – tego żeśmy się oczywiście spodziewali i miło, że się potwierdziło. Obiad (ryz z mięskiem, kilka ostrych papryk, trochę zielska, woda, pita) to mniej niż 200 funtów, a weszliśmy do dosyć drogiej knajpy chyba. Zaraz potem udaliśmy się na poszukiwanie alkoholu. Nie było z tym większego problemu. Niecałe 200 metrów od hotelu jest sklepik, w którym wybór jest całkiem niezły a w dodatku pan sprzedawca mówi po rosyjsku. Czekając w kolejce zaobserwowaliśmy ciekawą scenkę: dwóch gości podeszło do lady, wyciągnęło plastikową torebkę, w którą sprzedawca wlał puszkę toniku, a zaraz potem około 0,5 litra ginu (ale słabego, 28% – wiem, bo kupiliśmy taki sam). Potem jeszcze dwie słomki, całość do czarnej reklamówki i na spacer. Ciekawe, czy to byli muzułmanie? W kwestii cen – słaby gin tani jak woda (50 SP za 250ml), piwko lokalne średnio smaczne w tej samej cenie, czyli pewnie pijemy gin od dzisiaj. Potem była jeszcze wieczorna fajka wodna, kawka i pisanie bloga.
|
|