Przez świat
podroznik@gmail.com

Kraj : Syria

6 Lutego 2006

Drogi w Turcji są naprawdę świetne. Praktycznie cała drogę sunęliśmy po równych jak stół autostradach, dzięki czemu dało się spać. Sam autobus też był niczego sobie. Pan z obsługi zaraz na początku zaserwował do wyboru herbatkę, kawkę i oczywiście wszechobecną Coca-Cole. Później włączył “szkiełko”, czyli telewizor i puścił jakiś kretyński film produkcji oczywiście amerykańskiej. Przezabawnie wyglądają murzyni mówiący po turecku, ale po 15 minutach poszliśmy spać – dłużej się tego wytrzymać nie dało. Później ten sam pan uwijał się z rozpylaczem i dyskretnie psikał perfumami – naszym zdaniem Brutalem. Wszystko byłoby cudnie, gdyby nie dwójka małych dzieci robiących, co jakiś czas kupkę i drących się średnio, co godzina. W ruch poszły korki do uszu.

Po całonocnej jeździe autobusem dotarliśmy do Antakaya na południowym skraju Turcji. Musieliśmy zmienić autobus i przejechać pozostałe 105 km. Za ostatnie liry zjedliśmy po zupce, przepili herbatką i wsiedli do następnego, tym razem już syryjskiego autobusu. Tu standard już był sporo niższy i śmierdziało makabrycznie ropą. Bez wątpienia był to pojazd służący głównie do przemytu tego właśnie surowca, bo różnica w cenie pomiędzy Turcją a Syrią jest kolosalna. Zresztą w całym wielkim autobusie było może 10 osób, z czego 6 z obsługi. Tym klekoczącym sprzętem dojechaliśmy do granicy turecko-syryjskiej na przejście zwane Bab Al Hawa, czyli Brama Wiatru. Jest to w sumie długi na około 2-3 kilometry kamienisty wąwóz zamknięty po obu stronach posterunkami granicznymi. Tego dnia akurat nie wiało. Jeden z kolesi z autobusu zabrał nasze paszporty i po kilku minutach wrócił z tureckimi pieczątkami wyjazdowymi.

Przejechaliśmy pas ziemi niczyjej i dotarliśmy do odprawy syryjskiej, która o dziwo poszła bardzo sprawnie i szybko, głównie dzięki koneksjom owego kolesia. Celnik długopisem(!) wpisał nam na pierwszej stronie paszportów jakieś arabskie numerki, przywalił pieczątkę i voila byliśmy w Syrii. Po przekroczeniu granicy atmosfera w autobusie wyraźnie się poluzowała – widocznie przemyt się znowu udał. Ale piwka nie pozwolili nam otworzyć, za to poczęstowali jabłkami. Potem jeszcze kilka razy zatrzymywaliśmy się po drodze w bliżej nieokreślonych celach i w końcu po około godzinie dotarliśmy do Aleppo. A tu niespodzianka – zamiast na dworcu wysadzili nas na jakimś rondzie nieco na uboczu. Widocznie nie chciało im się przebijać przez miasto. Zachowali się jednak bardzo fair i dali nam pieniądze na taksówkę do centrum. Wraz z nami jechał zapoznany wcześniej młody Tunezyjczyk władający dobrze arabskim i nie tak dobrze angielskim. Dzięki niemu udało nam się zapłacić za taryfę tyle ile wskazywał licznik, chociaż kierowca coś tam gestykulował, ze powinno być więcej.

Znaleźliśmy się w środku Aleppo, które definitywnie sprawiało wrażenie miasta azjatyckiego, co widać było zwłaszcza obserwując ruch na ulicach. Jeżdżenie samochodem w tym mieście to nie jest coś, czego bym się podjął bez naprawdę silnej motywacji, a jeździłem już w różnych chaotycznych miastach. Brak pasów na jezdni, w miejscu, w którym mieszczą się moim zdaniem 3 samochody jest ich minimum 6, jedna ręka wciąż na klaksonie, mijanie się przy sporych prędkościach na milimetry i tak dalej. Totalna zadyma, ale jakoś się to kręci i w trakcie tej krótkiej podróży wypadków nie widzieliśmy. Samochody natomiast są mocno poobijane, co wskazuje na to, ze zbyt krótko po prostu jechaliśmy, aby wziąć w jednym udział. Ale parę razy było blisko.

Syryjczycy to bardzo mili ludzie – takie jest moje odczucie, kiedy piszę te słowa po kilku godzinach pobytu w Aleppo. Zaraz po tym jak wysiedliśmy z taksówki i staliśmy na ulicy podszedł do nas młody mężczyzna a chwilę później zatrzymały się również dwie z lekka zawoalowane młode kobiety i dosyć płynnym angielskim udzieliły nam informacji jak dojść do naszego hotelu. W międzyczasie zrobiło się małe zbiegowisko. Bez większych problemów doszliśmy do hotelu Zahrat al-Rabie (Spring Flower). Z zewnątrz wygląda to jak wszystkie budynki w Aleppo, czyli niezbyt reprezentacyjnie, natomiast w środku jest naprawdę ładnie. Kilka pięter, kamienne ściany, obudowane patio na dachu. Czysto, schludnie i stylowo wręcz. Pokój 3-osobowy z łazienka i prysznicem kosztował nas 200 syryjskich funtów (które sami syryjczycy nazywają lirami), czyli niecałe 4 dolary od osoby. Była również opcja spania na patio za 130 funtów, ale jest jednak zima i nieco chłodnawo, więc postanowiliśmy zaszaleć i pozażywać luksusów. Dodatkowym minusem dachu jest to, że znajduje się tutaj bar, który nie jest oddzielony od materacy żadna ściana. Kręcą się ludzie (piszę właśnie na patio), jarają fajki i oglądają “szkiełko” (właśnie pan mi włączył Polsat jakiś z polskimi ogłoszeniami erotycznymi, hehe).

Natychmiast po wmeldowaniu się do hotelu udaliśmy się zgłodniali do miasta. Po tureckich cenach Syria wydaje się być ziemia obiecaną – tego żeśmy się oczywiście spodziewali i miło, że się potwierdziło. Obiad (ryz z mięskiem, kilka ostrych papryk, trochę zielska, woda, pita) to mniej niż 200 funtów, a weszliśmy do dosyć drogiej knajpy chyba. Zaraz potem udaliśmy się na poszukiwanie alkoholu. Nie było z tym większego problemu. Niecałe 200 metrów od hotelu jest sklepik, w którym wybór jest całkiem niezły a w dodatku pan sprzedawca mówi po rosyjsku. Czekając w kolejce zaobserwowaliśmy ciekawą scenkę: dwóch gości podeszło do lady, wyciągnęło plastikową torebkę, w którą sprzedawca wlał puszkę toniku, a zaraz potem około 0,5 litra ginu (ale słabego, 28% – wiem, bo kupiliśmy taki sam). Potem jeszcze dwie słomki, całość do czarnej reklamówki i na spacer. Ciekawe, czy to byli muzułmanie? W kwestii cen – słaby gin tani jak woda (50 SP za 250ml), piwko lokalne średnio smaczne w tej samej cenie, czyli pewnie pijemy gin od dzisiaj. Potem była jeszcze wieczorna fajka wodna, kawka i pisanie bloga.

7 Lutego 2006

Witamy w Azji. Pierwsze rozwolnienie zaliczone. I bynajmniej nie był to obiad, ale jak podejrzewam, miejscowe niepasteryzowane piwko. Na szczęście objawy ustąpiły w miarę szybko.

Aleppo jest brudne, makabrycznie hałaśliwe i zanieczyszczone. Pełno tu wszędzie śmieci i błota. Ma za to swój niepowtarzalny klimat i zdecydowanie przypadło nam do gustu. Także głównie przemiłym ludziom bardzo skorym do pomocy i chętnie wdającym się w konwersacje. Wystarczy stanąć na ulicy z wyrazem lekkiego zagubienia a zaraz podchodzi jakiś uczynny człowiek pytając się czy może pomóc. A jeśli jeszcze mówi po angielsku, lub polsku (co się zdarza, ale o tym później) to mamy gwarantowaną ciekawą konwersację.

Przez cały dzień włóczyliśmy się po sukach, czyli krytych bazarach. Mają one powierzchnię kilku hektarów i stanową niesamowity labirynt, w którym łatwo się zgubić. Panuje tam nieopisany chaos i rwetes. Większość uliczek jest błotnista (akurat padało dosyć dużo, kiedy byliśmy w Aleppo – normalnie to chyba kurz po prostu). Sklepiki stłoczone są jeden przy drugim i najczęściej tej samej branży w danym miejscu. Można tam kupić dosłownie wszystko, chociaż przeważają towary pochodzenia syryjskiego, czyli złoto, srebro, tkaniny i dywany. Pełno tez niestety jest tandety z Chin. Większość sprzedawców mówi po kilka słów w polskim języku a także w wielu innych. Mają też dar rozpoznawania nacji, aczkolwiek w naszym przypadku czasem on ich zawodził. Wyglądamy najczęściej na Niemców lub Rosjan. Tych ostatnich przyjeżdżało do Syrii ponoć bardzo wielu, oczywiście w celach przemytniczo-handlowych. Ostatnio jednak przestali – chyba zmienili kierunek na Chiny. Ale wciąż jeszcze tu i ówdzie widać pisane cyrylicą nazwy sklepów. Zasadniczą różnica pomiędzy bazarem w Aleppo a tym w Istambule jest autentyczność tego pierwszego. Bazar w Stambule był ewidentnie obliczony na turystów. W Aleppo turyści są tylko jednymi z wielu klientów.

Pod wieczór trafiliśmy do chrześcijańskiej dzielnicy Al-Jdeida pełnej krętych uliczek i czarujących zaułków. Jest tam zdecydowanie czyściej i schludniej niż w Starym Aleppo. Po drodze zaczepił nas śmieszny jegomość w czapce. Okazało się, że mówił po polsku, bo kiedyś bywał w naszym kraju dosyć często - handlował materiałami. Na imię miał Gabriel i przez następną godzinkę oprowadzał nas po mieście. Przy okazji chciał nam chyba coś tam sprzedać, ale zorientował się, że nie ma szans, więc dał sobie z tym spokój.

8 Lutego 2006

Kolejny dzień spędzony częściowo w Aleppo. Zaczęliśmy od zwiedzania cytadeli (wejście – 150 SP, a LP podaje 300SP – może ceny zimowe), która góruje nad miastem po północno-zachodniej stronie. Położona jest na wzgórzu wyglądającym na sztucznie usypane, ale podobno jest to naturalny fenomen. Robi spore wrażenie i ponoć nigdy nie została zdobyta, a to miedzy innymi dzięki bramie wejściowej, która ma wewnątrz kilka ciasnych zakrętów uniemożliwiających skuteczne użycie taranu do jej sforsowania. Z przodu znajduje się również wielki bastion a całość otoczona jest fosa. Z murów cytadeli rozciąga się wspaniały widok na miasto.
Fota z cytadeli

Kiedy spacerowaliśmy wewnątrz zaczepił nas młody student świetnie mówiący po angielsku. Kręciliśmy się przez dobre kilkanaście minut razem rozmawiając o Aleppo i nie tylko, aż w pewnym momencie podszedł do nas koleś wyglądający jak zwykły robotnik i coś tam zaczął do naszego nowego znajomego gniewnie mówić po arabsku. Okazało się, że był z tajnej policji i najwyraźniej nie spodobało mu się, że Syryjczyk brata się z obcokrajowcami. Nasz student wyraźnie się wystraszył i natychmiast z nami pożegnał. Było to bardzo niespodziewane, bo jak do tej pory nie zauważyłem wcześniej żadnych oznak nieprzyjaznego zachowania w stosunku do turystów. Właściciel hotelu, kiedy go o to zapytałem, był również raczej zdziwiony, ale powiedział, żeby się nie obawiać i że takie numery to rzadkość. Było to jednak dość nieprzyjemne przypomnienie, ze Syria to jednak kraj, w którym rządzi dyktator uciekający się do represji wobec swojego narodu.

Po obejrzeniu cytadeli poszliśmy na dworzec złapać minibusa do Daret Azze (25 SP), skąd jest już tylko 6 km do wzgórza, na którym na swoje życie spędził Szymon Słupnik. Był to syn pasterza owiec, który wstąpił do zakonu, ale stwierdził, że nie jest to wystarczająco ascetyczna forma życia. Przeniósł się wiec do pobliskich pieczar, gdzie przez kilka lat żył jako pustelnik. Jednak kiedy wieści o nim rozniosły się po kraju i zaczęli odwiedzać go liczni pielgrzymi zakłócając spokój medytacji. Wybudował więc kamienny słup, na którym zamieszkał. Wbrew jego pragnieniom przysporzyło mu to jeszcze większej sławy i liczba pielgrzymów wzrosła. Zaczął więc konstruować coraz wyższe słupy aż skończył na 18 metrowym obelisku. Kiedy umarł w 392 roku jego sława sięgnęła już Europy.

Pochowano go z wielkim ceremoniałem w Antiochi. Na wzgórzu zaś zbudowano ogromny kościół używając słupa jako podpory pod kopułę. Po pojawieniu się Islamu przekształcono go w twierdzę, a kiedy w końcu został przez mahometan zdobyty nigdy już nie był używany jako miejsce kultu. Ruiny, który przetrwały do dziś są wspaniale zachowane i nie trzeba wiele wyobraźni by odtworzyć sobie obraz tego pięknego romańskiego kościoła. Składał się on z 4 bazylik ułożonych na planie krzyża – 1 z nich służyła jako świątynia, pozostałe 3 zaś były używane jako mieszkania dla pielgrzymów. Sama kolumna zredukowana została do wielkiego kamienia za sprawą licznych pielgrzymów, z których wielu odłupywało kamienny okruchy jako relikwie. Zresztą muszę przyznać, ze obiektu tak naprawdę nikt nie pilnuje i słabo też jest z konserwacją. Kiedy tam dotarliśmy na wzgórzu nie było żywej duszy co dodatkowo potęgowało wrażenie. Takie są plusy podróżowania zimą – minusem było to, że padał deszcz, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Wyobrażałem sobie, co mógł odczuwać ów człowiek siedząc tutaj samotnie, smagany wiatrem i ulewą. Jak bardzo musiał wierzyć w swego Boga będąc w stanie poświęcić mu wszystko dodatkowo wystawiając się na cierpienia i jak niemożliwa chyba jest już taka wiara w dzisiejszych czasach.

9 Lutego 2006

Przez cały dzień jeździliśmy samochodem po centralnej części Syrii. W hotelu wykupiliśmy sobie „wycieczkę” ze względu na ograniczenia czasowe. Wynajęcie samochodu (minibus) z kierowcą na praktycznie cały dzień (12h) kosztowało nas po $20 USD od łebka. Nasz kierowca Hassan przyjechał punktualnie o 8 rano. Około 40 minut zajęło nam wydostanie się z Aleppo. Przy okazji zobaczyliśmy inne zakątki miasta. Wszędzie wygląda ono dość podobnie, czyli jest w stanie permanentnej prowizorki. Nawet najnowsze budowle maja wygląd mocno zaniedbanych. Śmieci wszędzie pełno, ulice dziurawe jak diabli, tu i ówdzie osiołek, błoto i nieustanny dźwięk klaksonów. Najbardziej szaleni są moim zdaniem kierowcy małych 3-kolowych ciężarówek, których jest tutaj pełno. Całość może przyprawić o ból głowy, ale mi się podobało. Szerszego opisu się nie podejmuje – to temat na rozdział w książce. Pomogę sobie zdjęciami.

Z Aleppo trasa wiodła od miejscowości Ath-Thaura nad jeziorem al-Assad. Biegnącą tędy rzekę Eufrat przegrodzono tamą, tworząc ów wielki sztuczny zbiornik wodny. Wygląda to jak małe morze, są fale i nieźle wieje. Jest to jak do tej pory największa inwestycja w Syrii i wielki powód do dumy tego narodu. Jezioro pomaga w rozwiązaniu odwiecznego problemu tych ziem – braku wody. Aby dostać się do naszego celu - Qala’at Ja’ber – musieliśmy przejechać przez tamę na drugą stronę Eufratu. Oczywiście jest to obiekt o znaczeniu strategicznym obstawiony posterunkami wojska. Sprawdzanie paszportów i zakaz fotografowania. Sama tama nie robi specjalnego wrażenia – jest dosyć niska. Zauważyliśmy znaki pisane cyrylicą, czyli zapewne budowali ją Rosjanie.

Qala’at Ja’ber to ufortyfikowany zamek położony kiedyś nad brzegiem Eufratu. Poza fragmentami murów i jedna baszta nie pozostalo z niego wiele. Rekompensując to niesamowite widoki na jezioro al-Assad i okoliczne wzgórza. Niestety nie znam historii tej twierdzy.

Zrezygnowaliśmy z kąpieli w jeziorze, gdyż było zdecydowanie za zimno. Wiał też niezły wiatr. W ogóle pogoda jak do tej pory był w Syrii gorsza niż się spodziewałem. Temperaturowo było w miarę dobrze, ale dosyć często padało i to w pustynnych regionach dookoła Aleppo.

Pojechaliśmy dalej na południe wjeżdżając w coraz bardziej pustynne regiony Syrii, ale wciąż jeszcze bardzo kamieniste. Po godzinie dotarliśmy do Rasafy. Te olbrzymie (400 na 500 metrów) otoczone wysokim murem ruiny miasta znajduje się na totalnym pustkowiu. Założone zostało chyba przez Rzymian, a później przejęte przez Imperium Bizantyjskie. Z tego okresu pochodzi większość obecnych ruin. Później wpadło oczywiście w ręce muzułmanów i w końcu zniszczone lub tez opuszczone.
Nawet w obecnym stanie dosyć znacznego rozkładu Rasafa jest imponującym widokiem. Piękna jest zwłaszcza podparta rzeźbionymi kolumnami brama wejściowa, przez którą weszliśmy do miasta. Wewnątrz na uwagę zasługują przeogromne podziemne sale, służące chyba jako cysterny na wodę. Bardzo okazale prezentują się też mury otaczające miasto, które od wewnętrznej strony podparte są kolumnadami. Kiedy się na nie wejdzie widać wyraźnie rozkład miasta, jego główne arterie, dzielnice mieszkalne i miejsca kultu religijnego.

Nie wiem jak i dlaczego ktoś chciałby osiedlać się na tym zapomnianym przez boga wygwizdowie, gdzie aż po horyzont nie widać nic oprócz tumanów pustynnego kurzu. Być może wiodły tędy szlaki karawan. Dzisiaj w okolicy znajduje się tylko kilka nędznych glinianych chatek i namioty pasterzy owiec. No i oczywiście budynek turystyczny, gdzie można napić się herbaty i trzeba zapłacić za przyjemność zwiedzania Rasafy (75 SP).

Z Rasafy pojechaliśmy drogą przez pustynie w kierunku Palmiry. Jak do tej pory większość drogi była pokryta asfaltem i choć pełna dziur, na których można było urwać koło, to jednak komfortowa. Teraz wjeżdżaliśmy na drogę szutrową. Również otaczająca nas pustynia zaczęła zmieniać charakter. Coraz mniej było kamieni a coraz więcej pyłu i kurzu. Na niektórych odcinkach drogi wydawał się on unosić w powietrzu ograniczając znacznie widoczność. Było coraz bardziej dziko i odludnie, ale pomimo tych trudnych warunków tu i ówdzie wciąż mijaliśmy osiedla ludzkie. Z tego, co wiem, żyją tam głównie pasterze owiec wraz ze swoimi stadami, ale naprawdę nie wiem, co takiego mogą te owce jeść. Flora ograniczała się do małych krzaków, a i te występowały bardzo sporadycznie. Niemniej mieszkają tam ludzie i jakoś sobie radzą. Co jakiś czas w pewnej odległości od drogi widać było poruszającą się postać idącą z nikąd do nikąd.

Na godzinę przed zachodem słońca dotarliśmy do Palmiry położonej w środkowej Syrii u podnóża masywu Dżabal Abu Rudżmajn. Dzięki doskonałemu położeniu na Szlaku Jedwabnym i statusu wolnego miasta, jakie uzyskała od Rzymu, Palmira rozwinęła się z niewielkiej pierwotnie osady do rozmiarów wielkiego jak na owe czasy miasta. Lata świetności Palmiry przypadają na III wiek naszej ery, kiedy to panował tu Odeinat - wódz wojsk rzymskich na Wschodzie. Wykorzystując chwilową słabość Imperium Rzymskiego założył on królestwo i zaczął prowadzić ekspansywna politykę militarną i ekonomiczną. Po jego śmierci, która nastąpiła w dosyć podejrzanych okolicznościach, władzę przejęła jego żona, Zenobia. Proklamowała się cesarzową, co w końcu doprowadziło do interwencji rzymskiej. Pod koniec III wieku Aurelian wraz ze swoimi legionami zdobył Palmirę i zmusił miasto do uiszczenia okupu. Po powtórnym buncie w kilka lat później Palmira została złupiona i dość poważnie zniszczona. Nigdy już nie powróciła do swej dawnej świetności pełniąc odtąd role podrzędnego garnizonowego miasta rzymskiego.

Dzisiejsze ruiny, które udało nam się obejrzeć przy świetle zachodzącego słońca, robią niesamowite wrażenie. Przede wszystkim są bardzo kompletne – zwłaszcza świątynia Bela, do której niestety nie udało nam się wejść z powodu późnej pory. Udało nam się jedna zajrzeć do środka ponad murami, na które to w tym celu musieliśmy się wspiąć. Murom się bynajmniej nic od tego nie stało, a do nas też nikt nie miał pretensji. Wspaniale wygląda również monumentalny łuk (zrekonstruowany) stanowiący wejście do miasta, za którym znajduje się bardzo długa kolumnada wytyczająca główną ulice miasta. Jest też dobrze zachowany teatr i mnóstwo pomniejszych budowli. O dawnej świetności miasta wiele mówi tez ogrom obszaru, jaki kiedyś zajmowało – ponad 50 hektarów. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć rozciągają się ruiny i warto poświęcić więcej czasu na powolne wałęsanie się tam i zaglądanie do różnych zakamarków i dziur odkrywając fragment reliefów, rzeźb czy też budynków mieszkalnych. Kiedy tak spacerowaliśmy po Pamirze zapadł w końcu zmrok, co stanowiło dodatkową atrakcję, gdyż część ruin jest podświetlana w nocy. Z ciekawostek dodam tylko, ze prace wykopaliskowe w Pamirze prowadzone są również przez polskich archeologów.

Pierwotnie rozważaliśmy możliwość nocowania w Tadmor, czyli miasteczku położonym obok Palmiry. Nie zrobiło ono na nas specjalnie dobrego wrażenia, więc zdecydowaliśmy się dopłacić 200 SP za trzy osoby i dojechać do Hamy. Wylądowaliśmy w Cairo Hotel (200 SP od osoby w pokoju 3 osobowym z łazienką i balkonem - luksus). Hama to dosyć nowocześnie wyglądające miasto, w którym jedną z nielicznych atrakcji turystycznych są olbrzymie koła wodne. Poza tym Hama uznawana jest za najbardziej zielone miasto Syrii. Na mnie wywarło niewielkie wrażenie. Zdecydowanie bardziej nowoczesne od Aleppo, co widać również po ubiorze i zachowaniu ludzi, pozbawione jest jednak charakteru.

10 Lutego 2006

Z Hamy autobusem pojechaliśmy najpierw do odległego o około 40 km Homs (17 SP), skąd łatwo można dostać się do wioski Hosn, gdzie znajduje się słynny zamek Krak des Chevaliers. Zajęło nam to trochę więcej czasu niż się spodziewaliśmy, ponieważ był piątek, a wiec dzień dla muzułmanów święty. Kursuje wtedy zdecydowanie mnie autobusów a do południa miast sprawiają wrażenie wymarłych, gdyż większość ludzi modli się w meczetach. Później wylegają tłumnie na ulice i spędzają resztę dnia spacerując i przesiadując w kawiarniach popalając nargile. Jest to przyjemność zarezerwowana głownie dla mężczyzn, jednak im dalej na południe się przemieszczamy tym bardziej rozluźniają się obyczaje. Jeżdżąc minibusami należy pamiętać, z kierowca często będzie chciał pobrać opłatę również za bagaż. Tak było i w naszym przypadku, o czym przekonaliśmy się już w Hosn. Zamiast trzy razy po 50 SP zapłaciliśmy po 75 SP. Cena mocno wygórowana chyba.

Dotarliśmy pod sam zamek około godziny 16, a o tej porze właśnie go zamykają. Nie grało to roli, bo i tak planowaliśmy tam nocleg. Kilkadziesiąt metrów od zamku i lekko pod górkę znajduje się hotel (200 SP od osoby za pokój z łazienka). Widoki cudowne – z jednej strony Krak des Chevaliers, z drugiej okoliczne wzgórza, bardzo zielone i przypominające trochę Toskanię. Zrobiliśmy mały spacer po okolicy, zjedliśmy kolacje i usiedliśmy pod gwiazdami, po czym rozprawiliśmy się z zapasami alkoholu przywiezionymi z Hamy. A potem jeszcze dokupiliśmy araku w hotelu i zaczęły się nocne Polaków rozmowy.

:: Next Page >>

pt src="http://www.google-analytics.com/urchin.js" type="text/javascript">