Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Jordania14 Lutego 2006Prawie cały dzień zajęło nam dojechanie do stolicy Jordanii, Ammanu. Najpierw spóźniliśmy się na autobus do Bosry, która niestety wypadła przez to z programu. Potem okazało się, że następny autobus do Ammanu mamy za 4 godziny. Postanowiliśmy jechać małymi autobusami przez Daara. Telepaliśmy się różnymi środkami lokomocji przez wiele godzin, aby w końcu dotrzeć do Ammanu około godziny 16. Bez większych emocji i w sumie nawet taniej i wcześniej niż gdybyśmy czekali na bezpośredni autobus z Damaszku (250 SP zamiast 350SP). W Ammanie powłóczyliśmy się trochę po starszej jego części i zrobili mała taksówkową wycieczkę do nowego Ammanu. I wtedy właśnie zgubiłem moja nieodłączną czapkę z Boliwii. To była najlepsza czapka na świecie. A jeszcze później Szula zostawił komórkę jadąc po alkohol również w taksówce. Kolektywnie stwierdziliśmy, ze Amman nam się nie podoba i następnego dnia wyjeżdżamy do Jerozolimy. A abstrahując od naszych przypadków Amman jest po prostu nieciekawy. 15 Lutego 2006Podróż z Ammanu do Jerozolimy składała się z kilku etapów. Najpierw autobusem pojechaliśmy do przejścia granicznego zwanego King Hussain Bridge. Jest to jedyna miejsce w całej Jordanii którędy można przedostać się do Izraela, a konkretniej do strefy palestyńskiej, czyli zachodniego brzegu Jordanu, bez śladu w paszporcie. Celnicy jordańscy nie wbijają pieczątki wyjazdowej do paszportu, lecz na kartce, która jest przy okazji pokwitowaniem opłaty wyjazdowej(5 JD). Jest to nieco paranoiczna sytuacja, i nie wiem do końca jak to jest politycznie uwarunkowane, ale jeśli jedzie się do Jerycha w Autonomii Palestyńskiej, lub tylko tak utrzymuje – tego nikt nie jest w stanie sprawdzić, to tak właśnie się dzieje. Potem pozostaje już tylko poprosić Izraelitów, żeby również nie wbijali pieczątki do paszportu tylko na jakimś świstku papieru będącej w tym przypadku również wiza izraelską i voila - jesteśmy w Izraelu oficjalnie nie opuszczając Jordanii. Cała to zadyma jest potrzebna, gdy chce się w późniejszym terminie odwiedzić Syrie lub Iran – oba te kraje nie wpuszczają na swoje terytorium przybyszów, którzy wcześniej odwiedzili żydowską ziemie obiecaną. Ponieważ Iran jest jednym z miejsce, które chce odwiedzić oczywiście zależało mi na tym, aby nie mieć tej feralnej izraelskiej pieczątki w paszporcie. W naszym przypadku granica jordańska była w zasadzie formalnością. Po zapłaceniu opłaty wyjazdowej i otrzymaniu stempelka na karteczce wsiedliśmy w autobus, który za opłata (2 JD) przewiózł nas przez ziemie niczyją i wysadził na granicy izraelskiej. No i wówczas się zaczęło… Zabrano nam plecaki, które pojechały do kontroli rentgenowskiej. Nas przepędzono najpierw przez wykrywacz metalu, a potem przez dziwna maszynkę, która dmuchała na nas specjalnym gazem, który pozwalał wykryć, czy nie ma na naszych ubraniach, tudzież ciałach, śladów substancji wybuchowych. Możliwe, ze maszynka ta badała też cos innego, ale nie mogłem uzyskać od obsługi tego urządzenia żadnych informacji. Tajemnica państwowa. Wszyscy celnicy ubrani byli w kuloodporne kamizelki, a dodatkowo kręciło się pełno cywilnych kolesi z M-16 przewieszonymi przez szyje – takie dziwne paski mieli, bo zwykle giwery przewiesza się przez ramie. Jakikolwiek krok w bok wywoływał nerwowe reakcje i natychmiast ktoś nas strofował i zaganiał w odpowiednie miejsce. Po całej tej kontroli dotarliśmy w końcu do okienka, gdzie miano nam wydać wizy i nie podstemplować paszportów. Trzeba o to oczywiście poprosić, a to wiąże się z pytaniami. Można już mówić, ze jedzie się do Jerozolimy. W ogóle pytań jest całe mnóstwo, a kiedy okazało się, że wcześniej byliśmy w Syrii to odesłano nas na krzesełka. Przeczekaliśmy tam jakieś półtorej godzinki – uciąłem sobie drzemkę. Potem pani powiedziała, ze daje nam wizy na tydzień. Nie mam pojęcia, co robiła przez cały ten czas, ale zgaduje, ze niewiele. W sumie nie było tak mnóstwo problemów, tylko niezła strata czasu. Dużo więcej wyjaśniania miał człowiek, który był pracownikiem British Council i miał w paszporcie wizy irańskie, ale ostatecznie też go chyba wpuścili. W takich wesołych nastrojach dojechaliśmy do granicy Autonomii Palestyńskiej, czyli izraelskiego wojskowego punktu kontrolnego. Zauważyłem, ze bardzo rozmowni jak do tej pory Palestyńczycy nagle ucichli i zaczęli się nerwowo rozglądać i sprawdzać swoje dokumenty. Po odstaniu około godziny (w zimie było gorąco, nie wyobrażam sobie tego w letnie upały) podjechaliśmy w końcu do betonowych umocnień granicznych. Dookoła zasieki z drutu kolczastego, budka strażnicza na palach i samochód wojskowy z ciężkim karabinem maszynowym. Kazano nam wysiąść z taksówki i pieszo przejść przez punkt kontrolny. Nas jako ewidentnych turystów praktycznie nie sprawdzano, natomiast resztę osób z naszej taksówki dokładnie wylegitymowano. W międzyczasie zaczął padać deszcz. Dalsza podróż minęła już spokojniej, aczkolwiek były jeszcze chyba ze dwie kontrole, na których nawet nie musieliśmy wyciągać paszportów. Do samej Jerozolimy dotarliśmy około 16. Była jeszcze jedna przesiadka na autobus miejski, bo ten, który wiózł nas z Jerycha pod Bramę Damaszkańską jednak nie jechał – wbrew temu co nam powiedziano, ale to się często zdarza u Arabów. Czasem kłamią celowo, ale częściej chyba jest to problem komunikacyjny. Cała podróż, a było to tylko około 100 km zajęła nam blisko 10 godzin!
|
|