Przez świat
podroznik@gmail.com

Kraj : Izrael

15 Lutego 2006

Podróż z Ammanu do Jerozolimy składała się z kilku etapów. Najpierw autobusem pojechaliśmy do przejścia granicznego zwanego King Hussain Bridge. Jest to jedyna miejsce w całej Jordanii którędy można przedostać się do Izraela, a konkretniej do strefy palestyńskiej, czyli zachodniego brzegu Jordanu, bez śladu w paszporcie. Celnicy jordańscy nie wbijają pieczątki wyjazdowej do paszportu, lecz na kartce, która jest przy okazji pokwitowaniem opłaty wyjazdowej(5 JD). Jest to nieco paranoiczna sytuacja, i nie wiem do końca jak to jest politycznie uwarunkowane, ale jeśli jedzie się do Jerycha w Autonomii Palestyńskiej, lub tylko tak utrzymuje – tego nikt nie jest w stanie sprawdzić, to tak właśnie się dzieje. Potem pozostaje już tylko poprosić Izraelitów, żeby również nie wbijali pieczątki do paszportu tylko na jakimś świstku papieru będącej w tym przypadku również wiza izraelską i voila - jesteśmy w Izraelu oficjalnie nie opuszczając Jordanii. Cała to zadyma jest potrzebna, gdy chce się w późniejszym terminie odwiedzić Syrie lub Iran – oba te kraje nie wpuszczają na swoje terytorium przybyszów, którzy wcześniej odwiedzili żydowską ziemie obiecaną. Ponieważ Iran jest jednym z miejsce, które chce odwiedzić oczywiście zależało mi na tym, aby nie mieć tej feralnej izraelskiej pieczątki w paszporcie.

W naszym przypadku granica jordańska była w zasadzie formalnością. Po zapłaceniu opłaty wyjazdowej i otrzymaniu stempelka na karteczce wsiedliśmy w autobus, który za opłata (2 JD) przewiózł nas przez ziemie niczyją i wysadził na granicy izraelskiej. No i wówczas się zaczęło… Zabrano nam plecaki, które pojechały do kontroli rentgenowskiej. Nas przepędzono najpierw przez wykrywacz metalu, a potem przez dziwna maszynkę, która dmuchała na nas specjalnym gazem, który pozwalał wykryć, czy nie ma na naszych ubraniach, tudzież ciałach, śladów substancji wybuchowych. Możliwe, ze maszynka ta badała też cos innego, ale nie mogłem uzyskać od obsługi tego urządzenia żadnych informacji. Tajemnica państwowa. Wszyscy celnicy ubrani byli w kuloodporne kamizelki, a dodatkowo kręciło się pełno cywilnych kolesi z M-16 przewieszonymi przez szyje – takie dziwne paski mieli, bo zwykle giwery przewiesza się przez ramie. Jakikolwiek krok w bok wywoływał nerwowe reakcje i natychmiast ktoś nas strofował i zaganiał w odpowiednie miejsce. Po całej tej kontroli dotarliśmy w końcu do okienka, gdzie miano nam wydać wizy i nie podstemplować paszportów. Trzeba o to oczywiście poprosić, a to wiąże się z pytaniami. Można już mówić, ze jedzie się do Jerozolimy. W ogóle pytań jest całe mnóstwo, a kiedy okazało się, że wcześniej byliśmy w Syrii to odesłano nas na krzesełka. Przeczekaliśmy tam jakieś półtorej godzinki – uciąłem sobie drzemkę. Potem pani powiedziała, ze daje nam wizy na tydzień. Nie mam pojęcia, co robiła przez cały ten czas, ale zgaduje, ze niewiele. W sumie nie było tak mnóstwo problemów, tylko niezła strata czasu. Dużo więcej wyjaśniania miał człowiek, który był pracownikiem British Council i miał w paszporcie wizy irańskie, ale ostatecznie też go chyba wpuścili.
Potem następny autobus zabrał nas do Jerycha w części palestyńskiej. Na dworcu była niezła zadyma i targowanie się z taksówkarzami, aż w końcu jeden z nich zawiózł nas do miasta. Przy wyjeździe z dworca autobusowego, który był ogrodzony i obstawiony policją palestyńską, próbowano wymusić na nas haracz w wysokości 10 szekli, ale nie zapłaciliśmy, bo niby za co. Najciekawsze, ze zatrzymało nas trzech kolesi – jeden w mundurze, a dwóch po cywilnemu. Mundurowy tyko sprawdził paszporty a potem przymkną oko na działania swoich współpracowników, którzy byli chyba po prostu cieciami pilnującymi dworca. Parę minut później byliśmy już w centrum Jerycha, gdzie władowaliśmy graty do komunalnej taksówki, która zabierała 8 osób i jak nam powiedziano miała zabrać nas do Jerozolimy. Ale taksówki takie nie odjeżdżają, dopóki się nie zapełnią, więc następne dwie godziny spędziliśmy na paleniu papierosów i obserwacji, tego jak żyje Jerycho. A żyje dość biednie. Nie mogę i nie chcę wyciągać jakiś poważniejszych wniosków z tego, co widziałem, ale atmosfera wydawała się być dosyć napięta. Możliwe, ze to my byliśmy spięci, ale wyczuwałem jakąś beznadzieje w nastrojach otaczających nas ludzi. Niestety bariera komunikacyjna nie pozwalała zbyt wiele się dowiedzieć. Kiedy w końcu ruszyliśmy dwóch z naszych współpasażerów usiłowało z nami rozmawiać. Nie oceniam ich inteligencji zbyt wysoko - bynajmniej nie dlatego, że nie znali ani słowa po angielsku. W końcu to my byliśmy na ich ziemii i nam wypadało znać arabski – parę słów na krzyż zresztą umieliśmy. Ale kiedy po raz 10-ty, czy tez 30-ty mówiliśmy im, że nie rozumiemy po arabsku a oni nie byli w stanie tego zajarzyć i wciąż gadali do nas w swoim języku dziwiąc się, że nie rozumiemy, to chyba o czymś świadczy. W końcu zaczęliśmy do nich (Drzewiec rulez!!) mówić po polsku i wtedy jakoś szło. Czyli nikt nikogo nie rozumiał, ale przynajmniej ubaw był przedni.

W takich wesołych nastrojach dojechaliśmy do granicy Autonomii Palestyńskiej, czyli izraelskiego wojskowego punktu kontrolnego. Zauważyłem, ze bardzo rozmowni jak do tej pory Palestyńczycy nagle ucichli i zaczęli się nerwowo rozglądać i sprawdzać swoje dokumenty. Po odstaniu około godziny (w zimie było gorąco, nie wyobrażam sobie tego w letnie upały) podjechaliśmy w końcu do betonowych umocnień granicznych. Dookoła zasieki z drutu kolczastego, budka strażnicza na palach i samochód wojskowy z ciężkim karabinem maszynowym. Kazano nam wysiąść z taksówki i pieszo przejść przez punkt kontrolny. Nas jako ewidentnych turystów praktycznie nie sprawdzano, natomiast resztę osób z naszej taksówki dokładnie wylegitymowano. W międzyczasie zaczął padać deszcz. Dalsza podróż minęła już spokojniej, aczkolwiek były jeszcze chyba ze dwie kontrole, na których nawet nie musieliśmy wyciągać paszportów.
Żołnierze obsługujący wszystkie te punkty kontrolne to młodzież w wieku może 19 lat – także kobiety, jako że obowiązek służby wojskowej dotyczy w Izraelu obu płci. Ich zachowanie w stosunku do Palestyńczyków jest aroganckie, aczkolwiek nie jest to aż tak ewidentne. Być może przestrzegają tylko skrupulatnie wojskowych zasad, bo w końcu chodzi również o ich życie – na punktach kontrolnych doszło w przeszłości do wielu akcji terrorystycznych. Podobno dosyć często zdarza się zamykanie owych przejść, co powoduje, że ludzie, którzy pracują w izraelskiej części państwa nie docierają na czas do pracy - niektórzy z nich mają prawo przekraczać granicę tylko w określonych miejscach. Wszystko to musi być niesamowicie upokarzające dla Palestyńczyków.

Do samej Jerozolimy dotarliśmy około 16. Była jeszcze jedna przesiadka na autobus miejski, bo ten, który wiózł nas z Jerycha pod Bramę Damaszkańską jednak nie jechał – wbrew temu co nam powiedziano, ale to się często zdarza u Arabów. Czasem kłamią celowo, ale częściej chyba jest to problem komunikacyjny. Cała podróż, a było to tylko około 100 km zajęła nam blisko 10 godzin!
Po znalezieniu noclegu w Hotelu Hebron w dzielnicy arabskiej (około 5USD za łóżko w dormitorium) udaliśmy się na rekonesans po Jerozolimie. Wciąż padał deszcz i to dosyć rzęsiście, więc tuż przed zmrokiem wróciliśmy do hotelu mając już całkiem niezły plan zwiedzania na następny dzień.

16 Lutego 2006

Przez cały dzień zwiedzaliśmy Jerozolimę – miasto trzech religii. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co widziałem, a zwłaszcza niesamowicie bujnej i powikłanej historii miasta. Mam zamiar rozwinąć ten wpis, kiedy będę miał nieco więcej czasu na ułożenie myśli i może sięgnięcie do jakiś lepszych od przewodnika LP źródeł.

pt src="http://www.google-analytics.com/urchin.js" type="text/javascript">