Przez świat
podroznik@gmail.com

Kraj : Jordania II

17 Lutego 2006

Z Jerozolimy wróciliśmy do Jordanii. Tym razem nie przebijaliśmy się przez Zachodni Brzeg Jordanu, lecz bezpośrednim autobusem dojechaliśmy do granicy. Wyjazd z Izrael to żaden problem, poza faktem, ze przyjemne to państewko pobiera opłatę wyjazdową w wysokości 32 USD (sic!). Jak na Bliski Wschód to bardzo drogo. Izraelici płaca jeszcze więcej i to za każdym razem, kiedy wyjeżdżają ze swojego kraju. Wysokość opłaty jest różna w zależności od przejścia granicznego. Kasa na zbrojenia? Wjazd do Jordanii też bez problemu o wizy wciąż mieliśmy przecież ważne.
Od granicy taksówką pojechaliśmy do Suweimeh. Szukając taryfy najlepiej oddalić się od przejścia granicznego – ceny spadają proporcjonalnie do odległości. Naszym celem było Morze Martwe. W okolicach Suweimeh znajduje się wiele małych hotelików, które oferują dostęp do plaży, ręcznik i prysznic za „skromną” oplata około 5-8 JD. My oczywiście na plaże poszliśmy dziką nie martwiąc się za bardzo, jak zmyjemy z siebie sól po kąpieli. Tak na prawdę to nie zdawaliśmy sobie sprawy, jakim będzie to problemem.

Morze Martwe to w zasadzie wielkie słone jezioro. Znajduje się w największej depresji świata na około 400 metrach poniżej poziomu morza. W wodzie rozpuszczonych jest mnóstwo minerałów w tym sporo soli. Powoduje to, iż można w nim pływać bez żadnego wysiłku, a nawet w unosić się na wodzie w pozycji półsiedzącej czytając gazetę. Trzeba natomiast uważać, żeby woda nie dostała się do ust, nosa lub uszu, a zwłaszcza oczu. Pali wtedy niesamowicie – wiem to z autopsji. Podobnie jest z wszelkimi ranami na ciele.

Akurat tego dnia była spora fala, chociaż zazwyczaj jest podobno spokojnie. Wiało też dość mocno, ale było ciepło. Kąpiel w Morzu Martwym była w sumie sporą frajdą, chociaż utopiłem w nim moje okulary przeciwsłoneczne. Na szczęście mam drugą parę. Po wyjściu jednak trzeba wziąć prysznic, bo inaczej szybko można nabawić się wszelkiego gatunku obtarć. Ciało na słońcu schnie bardzo długo i pozostaje później pokryte warstwą minerałów i przez to lekko oślizłe. Poszliśmy więc do najbliższych budynków, czyli wesołego miasteczka z jakimiś tam ogródkami, gdzie za 2.5 JD obsulga pozwoliła nam wziać "prysznic". Jeszcze chyba nie pisałem o toaletach w Azji - jest dobry moment. Zamiast muszli klozetowych są to najcześciej wpuszczona w podloge ceramiczne wkładki z dziurą i miejscami na stopy. Papier toaletowy to nieczęste zjawisko, ale w każdej takiej toalecie jest wężk z woda, funkcjonujący jak bidet. No i właśnie używając takiego wężyka kucając nad kiblem wykąpaliśmy się w zimnej wodzie. Sól została zmyta i można było jechać dalej.

Złapaliśmy stopa, który podrzucił nas na skrzyżowanie, skąd droga wiodła na Górę Nebo. Tutaj po około godzinie stania - trasa była mało uczęszczana - w końcu zatrzymała się jakaś taksówka, którą za niewielką cenę, bo dzieloną na trzech, dojechaliśmy na miejsce. Góra Nebo to według Bibli miejsce, gdzie Bóg pozwolił Mojżeszowi przed smiercią zobaczyc ziemie obiecaną. Podobno gdzieś w okolicy znajduje się również grób tego proroka, ale do tej pory nie został odnaleziony. Według wierzeń chrześcijańskich i żydowskich podgrzebu dokonał sams Bóg - może więc lepiej miejsca pochówku nie szukać. Na górze znajduje się zbudowany w IV p.n.e. kościół upamiętniający owo biblijne wydarzenie z dosyć dobrze zachowanymi mozaikami. Ostatnio miejsce to stało się również sławne dzięki wizycie Jana Pawła II w roku 2000. Podczas tej pielgrzymki papież zasadził tam wówczas drzewko oliwne jako symbol pokoju. Rośnie tam ono do dziś.

Z Góry Nebo postanowiliśmy dotrzeć dalej na poludnie Jordanii do miasta Karak. Dogadaliśmy się z naszym taksówkarzem odnośnie ceny - znowu nam się to opłacało, chociaż tym razem głównie ze względu na zyskany czas. Podróżowanie w tym regionie Jordanii jest uciążliwe, ze względu na rzadko jeżdżące autobusy. Jechalismy King's Highway - drogą ciągnącą się z poludnia na pólnoc Jordanii wzdluż zganicy z Izraelem. Po drodze minęliśmu Madabe i dotarliśmy na godzine przed zachodem słońca do Wadi Mujib, czyli wielkiego kanionu głebokiego na około 1km i miejscami szerokim na 4km. Droga wiła się serpentynami momentami oferując niesamowite widoki, a czasami przyprawiając o dreszczyk niepokoju, kiedy spoglądaliśmy w dół mijając miejsca, gdzie kiedys spadł w dół autobus pełen ludzi. Tu i ówdzie zatrzymywaliśmy się aby podziwiać naprawdę spektakularne widoki.

Do Karaku dotarliśmy pod wieczór. Jakiś koleś na ulicy podwiózł nas do hotelu, którego szukaliśmy. Na miejscu okazało się, że jest jego właścicielem. W lobby spotkaliśmy dwoje Kanadyjczyków, z którymi przyszło nam później podróżować razem do Petry. Po twardych negocjacjach dostaliśmy nie ogrzewany, ale tani, pokój. Wieczorem zaprosiliśmy Kanadoli na whisky przezornie kupioną w strefie wolnocłowej na granicy izraelsko-jordańskiej ($8 USD za 1L :). Panienka zwinęła się wcześniej, ale gość siedział dosyć długo. Dość powiedzieć, ze wypiliśmy 2.5 litra tego pysznego trunku i para lecąca z pyska z powodu zimna już nam nie przeszkadzała. Spało sie nadzwyczaj smacznie.

18 Lutego 2006

Obudziłem się z małym kacem. Reszta ekipy jeszcze spała. Ja zdecydowałem się pójść na zamek Karak. Jest to kolejna warownia wybudowana przez Krzyżowców, jaką dane mi było oglądać. Wybudowano go w 1140 roku. Krzyżowcy nazywali go Crac des Moabitem. Muszę przyznać, ze zdecydowanie ciekawiej prezentuje się z zewnątrz. Wewnątrz murów pozostały niestety tylko fragmenty konstrukcji w większości przysypane ziemia. Oprócz tego zamek obrośnięty jest miastem, co odbiera mu wiele z jego atmosfery. Architektonicznie to mieszanka wpływów europejskich, bizantyjskich i arabskich, czyli typowa budowla Krzyżowców.

Ponieważ Kanadyjczycy chcieli podróżować z nami do Petry, wynajęliśmy w piątke mikrobus. Zanim jednak wyruszyliśmy z Karaku w dalszą drogę okazało się, że są małe polibacjowe straty – Drzewiec zgubił szkło kontaktowe. Wyruszyliśmy w miasto (małe i prowincjonalne w sumie) w poszukiwaniu sklepu optycznego. Ku mojemu zdziwieniu sklep takowy znaleźliśmy. Co więcej, były tam nawet odpowiednie dla Drzewca soczewki, chociaż po niezbyt atrakcyjnej cenia. Ale jak się nie widzi na jedno oko to trudno się targować.

Po powrocie do hotelu załadowaliśmy się do mikrobusa o pomknęliśmy na południe Autostrada Królewską. Pierwszym przystankiem był rezerwat natury Dana, pełen kanionów i gór. Dojeżdża się najpierw do malej wioski o tej samej nazwie, która położona jest na przy Wadi Dana. Stamtąd można wyruszyć na wiele ciekawych i malowniczych treków. Sama wioska jest również bardzo urocza, zwłaszcza ze względu na położenie i zrelaksowana atmosferę. Rozciągające się z niej widoki (odsyłam do galerii) zapierają po prostu dech w piersiach. Chciałbym tam kiedyś wrócić i posiedzieć dłużej, bo niestety tym razem nie mieliśmy czasu na dłuższy postój. Powłóczyliśmy się tylko trochę po wiosce i okolicznych górkach, wypili herbatę w przeuroczym i tanim hotelu, którego właściciel twierdził, ze niektóre pokoje maja 400 lat i pojechaliśmy dalej.

Wciąż jadąc Autostradą Królewska, która autostradą tak naprawdę jest tylko z nazwy, dotarliśmy do kolejnej fortecy Krzyżowców – zamku Shobak. Stojący pośrodku górzystej pustyni warownia jest jakby naturalnym przedłużeniem wzgórza, na którym w XII wieku została zbudowana. Z powodu ukształtowania terenu Shobak widać już z bardzo daleka. Najpierw jako niewielką konstrukcje, która stopniowo rośnie w oczach, aby przytłoczyć swoim ogromem, kiedy staniemy u stóp wzgórza zamkowego. Wewnątrz, podobnie jak Karak, jest mocno zniszczona, ale przetrwało sporo łuków i innych elementów nośnych konstrukcji. W połączeniu z przepięknymi krajobrazami i zachodzącym słońcem dawało to niesamowite efekty kolorystyczne. Miejsce piękne i tajemnicze zarazem dzięki swojemu niedostępnemu położeniu. Ciekawostką zamku jest korytarz będący tajnym wyjściem zamku. Schodzi się nim po 360 stopniach wykutych w skale i potrzebna jest do tego latarka i dobre buty. A wychodzi się u podnóża góry zamkowej. Duża frajda, ale nie dla tych, co się boją kurzu i ciemności.

Z Shobak już bez zatrzymywania się dojechaliśmy do miasteczka Petra. Tam znaleźliśmy szybko relatywnie tani hotel (3 JD od osoby). Zjedliśmy kolację i siedzieliśmy w hotelowym lobby oglądając jednym okiem Indiana Jones – jeden z dwóch standardów puszczanych w tutejszych hotelach. Drugim jest Lawrence of Arabia. Ten pierwszy częściowo kręcony był w ruinach Petry. Spotkaliśmy również parę Polaków, na których natknęliśmy się wcześniej w Ammanie.

19 - 28 Lutego 2006

Dziura blogowa. Nie pisałem. Czas spędzony w Jordanii. Są z tego okresu tylko zdjęcia.

pt src="http://www.google-analytics.com/urchin.js" type="text/javascript">