Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Egipt1 Marca 2006Kolejny dzień spędzony w Kairze głównie na załatwianiu przeróżnych spraw. Szula dzwonił do biur podróży i konsulatu polskiego, aby się dowiedzieć czy go wypuszczą z Egiptu czarterowym lotem. Okazuje się, ze Egipt ma jakiś chory przepis, że aby wylecieć takim lotem, trzeba najpierw również czarterem przylecieć. Podobne problemy miał na lotnisku Drzewiec cudem w sumie udało mu się wejść do samolotu. Ja natomiast z ran pojechałem załatwić sobie kartę ISIC. Jest to bezproblemowa sprawa tutaj i kosztuje z bakszyszem dla hotelarza i taksówka do biura i spowrotem około 20 USD, czyli mniej więcej tyle ile normalnie w Kanadzie czy Polsce. Jak miło być znowu studentem – tym razem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wracając po raz wtóry odwiedziłem ambasadę irańską i znowu odszedłem z kwitkiem. Źle przeczytałem dni otwarcia, Ale podróż tam była krótka i znowu poznałem kawałek dzielnicy, a pan od bułek na rogu już mnie rozpoznaje. Jeszcze ze dwie wizyty i będę mógł mówić: „to, co zwykle proszę”. ![]() Cmentarz Koptów Potem udaliśmy się do Starego Kairu odwiedzając po drodze Fustat. Kiedyś dawno temu było obozowiskiem wojskowym pełnym namiotów – stąd nazwa, która z arabskiego tłumaczy się „miasto namiotów”. Później przekształcił się w gwarna metropolie by następnie całkowicie podupaść za rządów Fatymidów z powodu wstrętnego fetoru, który unosił się od miasta. Ale wciąż trwało i dopiero groźba wkrocznia Krzyżowców skłoniła jednego z wezyrów do podpalenia go. Miasto paliło się przez 55 dni. ![]() Slumsy w Starym Kairze Stary Kair wygląda w większości jak siedlisko skrajnej biedy. Po prostu slumy. Spacer po tej okolicy oznacza uważne stawianie kroków. Trzeba uważać, aby nie wdepnąć w końskie lub ośle łajno albo inna kupę nieźle woniejących śmieci. Sporo też jest próśb o bakszysz, ale generalnie poza epizodem ze zgrają dzieciaków było całkiem przyjemnie i bezpiecznie. Przeszliśmy się wieloma ciemnymi i śmierdzącymi zaułkami i zaczepiano nas jedynie, aby powiedzieć łamaną angielszczyzna „how are you”. Przeszliśmy m.in. przez dzielnicę garbarzy, gdzie skóry rozpięte na gwoździach suszą się na wprost ulicach. ![]() Garbarnie Lepszych zdjęć stamtąd nie mam, bo wydaje mi się niemoralne i jakoś wstrętne fotografowane takich scen. Lepiej po prostu patrzeć… I to już był w zasadzie koniec dnia, poza mała wyprawą po regionalna podróbke J&B, która właśnie skonczyliśy rozprowadzać. Jest to sprawa w Kairze konieczna, aby uniknać „zemsty faraona”, zwłaszcza, że skusiliśmy się w okolicach Fustat na kanapeczkę z mięskiem, które sobie leżało cały dzień na słonku. Smaczna, ale niebezpieczna. Na razie jest spoko :) 2 Marca 2006Poranne wstawanie i podróż do – gdzieżby indziej – ambasady irańskiej. Tym razem sukces – otwarte! W ambasadzie miła pani rozmawiając dosyć dobrze po angielsku. W polskim paszporcie zdjęcie mam stare – mało do siebie jestem podobny teraz. Podpieram się wiec wyrobionym w Kairze na lewo ISCI-iem. Pierwsza przeszkoda pokonana. Potem okazuje się, że kraju o nazwie Polska nie ma na liście. Po krótkich dywagacjach z jakąś młodą i całkiem ładna Iranka pani szuka Lechistanu i znajduje. Koszt 100 USD. Płatne z góry bez gwarancji otrzymania wizy. Wyciągam więc paszport kanadyjski i sytuacja jest podobna, ale ryzyko mniejsze – 60 USD. Wchodzę w to. Aplikacja z pytaniami typu, czy będę prowadził jakieś działania reporterskie. O pobyt w Izraelu nie o dziwo nie pytają. Potem jeszcze tylko mała wyprawa do Bank Misr Iran oddalonego o jakieś 4 km i z kwitkiem pędem do ambasady, bo już prawie zamykają. No i teraz pozostaje czekać 10-15 dni na decyzję z Teheranu. Opuściliśmy dzisiaj Kair na parę dni. Jedziemy do oazy Siwa. Pierwszy przystanek to Aleksandria. Na dworzec Ramzes docieramy 5 minut przed 14-tą i pędem wsiadamy do pociągu, który wskazał nam mało kumaty koleś z informacji. Pociąg rusza, a my pytamy pasażerów czy to do Aleksandrii. I znowu się udało… Miejsc siedzących brak i trzeba mieć miejscówkę. Stajemy wiec w nadzwyczaj ruchliwym miejscu z kilkoma innymi osobami. Na szczęście to tylko dwie godziny z gorszami. Od konduktora kupujemy bilet – z ceny wnioskujemy, że to jakiś express. Aleksandria w czwartek wieczorem tętni życiem. To dlatego, ze muzułmanki czwartek to jak piątek lub sobota, bo piątek jest jak niedziela. Włóczymy się po mieście najpierw tym nowszym a potem starszym w okolicy portowej. Aleksandria to w dzisiejszych czasach trochę kurort turystyczny, ale głownie dla Egipcjan. Przyczepia się do nas jakiś gość, oferujący różne usługi i potem jest już tak jak miało być – „jeśli wiesz o czym ja mówię”. Miasto bardzo ładne i takie np. Port Said bije na głowę. Sporo tu się dzieje. Najlepszym sposobem na zwiedzanie tego dosyć rozległego miasta jest makabrycznie wolno poruszający się tramwaj z wielkimi otwieranymi oknami. Jeździmy to tu, to tam. Nasz przewodnik książkowy poleca bar o nazwie Havana – ponoć najlepszy w całym Egipcie. Nie jest daleko, ale na miejscu okazuje się, jest zamknięty. Kiedy tak smętnie pukamy do dzwi i okien tego przybytku zaczepia nas leciwy jegomość i zaprasza do sklepu obok. W pierwszej chwili myśle sobie, ze znowu ktoś chce nam coś sprzedać. Ale gość jest tak miły, ze wchodzimy do jego sklepiku pełnego jakiś lekko antycznych przedmiotów typu stoliki, stare reklamy piwa i inne dziwne mosiężne patery. Okazuje się, ze Nebil, ów starszy jegomość, chciał tylko pogaworzyć. Dowiadujemy się od niego, gdzie można kupic markową whisky, bo ścierwa egipskiego nie da się pić. Wcześniej kupiliśmy flaszkę miejscowej „łychy” – pachniała i smakowała terpentyną. Ale i tak nie kupujemy, bo cena z lekka zaporowa jak na miejscowe warunki. A teraz siedzę w ubraniu na łóżku a po podłodze latają karaluchy. Śpiwora nie wyciągam, bo się boję, że się zapluskwi. Cóż – tani hotel, ale kiedyś przeżywał na pewno okres świetności W pokoju mamy stylowe meble a w toalecie wisi piękna mosiężna spłuczka firmy Londyn Bridge. Jest też sala barowa i bar z lustrami, ale od lat nieużywane. Malowniczo wiszą sobie na nim pajęczyny. No i ta prywatna widna do hotelu… 3 Marca 2006Dzień spędziliśmy głownie w autobusie. Podróż tym środkiem lokomocji z Aleksandrii do oazy Siwa zajmuje około 9 godzin. Od miejscowości Marsa Matruh, czyli mniej więcej połowy drogi, prawie całkowicie prosta asfaltowa droga ciągnie się przez piaskową Pustynie Libijską. Nie ma na niej wydm – jest prawie doskonale płaska, aż po horyzont. I dziwnie spokojna… Co jakiś czas mijamy tylko nieliczne zajazdy dla autobusów, gdzie można chwile posiedzieć pod palmowym dachem i odpocząć od nużącego rytmu jazdy. I nagle z tego oceanu piaskowej nicości wyłaniają się niewysokie wzgórza, a kilka minut później pojawia się zielona wyspa oazy Siwa. Perfekcyjnośc tego doznania można przeżyć chyba tylko jadąc powoli na ośle lub wielbłądzie po wielu dniach obcowania z pustynią. A spotęgować do miary ekstazy, jeśli nie piło się wody przez dwa dni. A jadąc autobusem trzeba użyć trochę wyobraźni. Siwa to oddalona o około 750 km na wschód od Kairu oaza – najbliższa od libijskiej granicy. W oazie istnieje około ośmiu wiosek rozrzuconych po jej terenie. Zamieszkana była od niepamiętnych czasów. My dojechaliśmy do miejscowości zwanej Szali, założonej w XII wieku naszej ery przez siedem rodzin, które opuściły z różnych podwodów inna wioskę zwaną Ahgurmi. To do Ahgurmi właśnie przybył Aleksander Wielki po podbiciu Egiptu, aby wysłuchać przepowiedni w słynnej już w tamtych czasach świątyni Amona. Wróżba była pomyślna, czego udowodniła historia. Chociaż z drugiej strony faraon Aleksander, bo i taki też tytuł otrzymał młody Macedończyk, długo sobie jednak nie pożył. Wedle niektórych historyków w Siwie został też pochowany, ale do dzisiaj jego grób pozostaje nieodnaleziony. Deszcz spada tutaj podobno raz na 50 lat i wówczas potrafi być swego rodzaju klęską żywiołową, a to dlatego, że chaty mieszkańców ulepione są z gliny zmieszanej z solą. Taki budulec po zaschnięciu staje się twardy jak beton, ale nagła ulewa może doprowadzić do zawalenia się budynku i pogrzebania mieszkańców. Przestaje to być powoli problemem, gdyż stopniowo zmienia się, wraz z postępującym „ucywilizowaniem” sposób budowania domów. Zaczyna dominować pustak, lub wypalana cegła. Wciąż jeszcze widzi się jednak sporo budynków postawionych przy użyciu tej sprawdzonej przez wieki metody. Brak opadów nie jest wcale problemem ze względu na znajdujące się w Siwie wody gruntowe, położone bardzo płytko, bo już na głębokości 20 cm. Dzięki temu istnieje tutaj, chyba jako jeden z nielicznych, o ile nie jedyny, zakład przemysłowy – wytwórnia wody mineralnej o nazwie oczywiście Siwa. Z powodu niedostępnemu położenia Siwa nigdy nie tak naprawdę nie podporządkowała się zmieniającym się władcom Egiptu zachowując odrębność – wciąż używa się tutaj, obok arabskiego, języka berberyjskiego. Miejscowi różnią się od arabskich mieszkańców Egiptu mentalnością. Wydają się być dużo mniej krzykliwi i wylewni.. Nikt nas tu na ulicy co 3 minuty nie wita gromkim „hello”. Nie ma też natrętnych naganiaczy sklepowych. Siwici (?) są jednak bardzo mili, tylko trochę bardziej zamknięci w sobie. Ogólnie atmosfera jest zrelaksowana, aczkolwiek dzisiaj wieczorem panował niezły gwar, ale to dlatego, ze jest piątek. Teraz jest już dobrze po dwunastej i wciąż zza okien dobiegają dźwięki rozmów a w powietrzu unosi się zapach palonej sziszy. 4 Marca 2006Wypożyczyliśmy dzisiaj strasznie zdezelowane rowery (1.7 USD na dzień), dzięki czemu udało nam się zobaczyć trochę więcej okolic. Koleś jeepem wywiózł nas jakieś 50 km od Szali. Wracaliśmy stamtąd asfaltowymi drogami w palącym słońcu. Po drodze zajechaliśmy do źródła Abu Shoruf, które używane było już przez Rzymian. W sumie w tym miejscu biją trzy źródła – dwa z wodą z zawartością siarki i soli i jedno słodkie. Wygląda to jak mały basenik z kamieni. Woda jest bardzo przejrzysta i na dnie widać ślady rzymskich konstrukcji, na których dobudowano mury pogłębiając całość do 11 m. Dookoła jest palmowy gaj, a pilnuje tego bardzo miły Beduin, który przy okazji serwuje chętnym herbatkę i faję wodną. Jest też standardowe zadaszenie z palmowych liści z dywanami, gdzie można spokojnie pozalegać. No i zero turystów. Oczywiście skorzystałem z okazji i wykąpałem się. Potem jechaliśmy przez dłuższy czas wzdłuż dużego słonego jeziora. Później mijaliśmy takich rozlewisk jeszcze sporo – wszystkie słone. Na końcu dotarliśmy do źródła Kleopatry, ale tam już była totalna cepelia, więc o pływaniu nie było mowy. Ponieważ byliśmy już mocno zmęczeni, głownie ostrym słońcem, odpuściliśmy sobie zwiedzanie łŚwiątyni Amona, z której pozostała niestety już tylko kupa gruzów, ograniczając się do obejrzenia tego rumowiska z zewnątrz. Przejechaliśmy jeszcze przez wioskę Ahgurmi i zrobiliśmy mała sjestę w hotelu. Wydaje mi się, ze dotarłem do Siwy z 50 lat za późno. Trudno dzisiaj nazwać to miejsce odizolowaną oazą. Owszem, znajduję się ona na środku pustyni, jednak cywilizacja zrobiła już swoje. Całe miasto oświetlone jest lampami. Jest tu wszystko, czego można wymagać od małej metropolii, łącznie z Internetem. Podobnie jest w wioskach na obrzeżach oazy. Trochę klimatycznych miejsc widzieliśmy i na pewno znalazłoby się więcej, ale mimo to jestem z lekka rozczarowany. Liczyłem na bardziej surowe oblicze tego miejsca. Chyba jednak na to już tutaj za późno. Jedno, co mnie tutaj naprawdę urzekło to palmowe gaje… Stwierdziłem, że ta notatka jest beznadziejna, ale nie będę jej przeredagowywał – postanowiłem pisać codziennie, niezależnie od nastroju i sił fizycznych. Jakość tego co powstanie odzwierciedlać będzie może to co się działo i jak się czułem. 5 Marca 2006Wracamy z Siwy do Kairu. Piszę siedząc w pociągu relacji Aleksandria-Kair. Za dwie godziny będziemy na miejscu. Wcześniej tłukliśmy się autobusem przez 8 godzin z Siwy. Uwielbiam się przemieszczać, nawet w tak mało komfortowych warunkach jak autobus. Chociaż nie było tak źle, bo do połowy drogi leżałem wyciągnięty na tylnych siedzeniach. Twardego jak dotychczas Szule dopadła w końcu „zemsta faraona” i nie wiadomo w sumie, po czym bo jedliśmy dokładnie to samo. Ja w Egipcie jeszcze nie chorowałem, poza jednym małym bólem brzucha po trefnym mięsku zjedzonym w slumsach. Ponieważ nic się w sumie nie wydarzyło, ani nic ciekawego poza monotonią pustyni nie widziałem, a mam mnóstwo czasu do zabicia, opisze - jako były entuzjasta motoryzacji - ruch uliczny w Kairze. Podstawowym wyposażeniem każdego samochodu jest klakson – bez tego w zasadzie nie da się po mieście jeździć. Używanie go jest na pozór całkowicie frywolne i pozbawione zasad, jednak po kilku dniach obserwacji i paru przejazdach taksówkami można się zorientować, że służy on w kilku celach. Po pierwsze daje się klaksonem znać o swojej egzystencji w danym miejscu. Coś takiego jak pas na drodze w Kairze nie istnieje (w większości miejsc nie są one nawet namalowane), a pojazdów mechanicznych jest zdecydowanie jak na możliwości urbanistyczne miasta za dużo. Siłą rzeczy samochody wypełniają każdy dostępny skrawek ulicy. Kierowca musiałby mieć 10 lusterek i tyleż par oczu, żeby się zorientować, co się dookoła niego znajduje. I wtedy właśnie przydaje się sygnał. Krótkie i wielokrotne „pipnięcia” oznaczają po prostu: „uwaga, jestem obok”. Oczywiście tego sygnalizowania są różne warianty, ale szczegółów jeszcze do końca nie rozgryzłem. Często też w ten sam sposób ostrzega się przechodniów, zwłaszcza w nocy. To kolejna ciekawostka – po zmroku w mieście nie jeździ się na światłach, a jeśli już to tylko na pozycyjnych. Zapytany o to Egipcjanin wyjaśnił mi, ze oślepia się przechodniów i świeci ludziom po oknach zupełnie bez potrzeby. Nie do końca to do mnie przemawia, ale co kraj to obyczaj. Drugi przypadek, kiedy używa się klaksonu to oczywiście wtedy, gdy chcemy wyrazić swoje zniecierpliwienie i irytacje postępkami innego kierowcy. Tutaj już jest bez niuansów – wciskamy i trzymamy, aż nastąpi reakcja. Czasem kilkanaście sekund. Jazgot i harmider na drodze jest przez to okropny, ale jakoś się wszystko kręci i nie widziałem jeszcze żadnego wypadku. Większość samochodów jest jednak poobijana ze wszystkich stron, więc stłuczki na pewno są częstym zjawiskiem. Również przy parkowaniu nikt się nie patyczkuje i wali w zderzak innego samochodu bez skrupułów. Ale jak się jeździ Polonezem, których tutaj widuje się więcej niż w Polsce, to nic dziwnego. Zresztą Merce też są poobijane. Atrakcją kairską jest również przechodzenie przez ulicę. Ja używam metody wypracowanej w południowych Włoszech - po prostu idź, kierowcy cię ominą. Tutaj wymaga ona jednak dużo więcej uwagi i brawury. Trzeba też uważać na palce stóp. A przechodzi się oczywiście wszędzie i zawsze nic sobie nie robiąc z jakiejkolwiek sygnalizacji świetlnej. Inaczej się po prostu nie da. Dość częstym widokiem są turyści stojący bezradnie na krawężniku ulicy wyczekujący na lukę pomiędzy samochodami, która nigdy się nie ukazuje. :: Next Page >> |
|