Przez świat
podroznik@gmail.com

Kraj : Syria II

14 Kwietnia 2006

Po raz wtóry w ciągu tej podróży jestem w Aleppo. Jakże to miasto się przez nieco ponad dwa miesiące zmieniło. W pierwszej chwili myślałem, że wysiadłem z autobusu w jakieś zupełnie innej dzielnicy. Co stało się ze stertami śmieci walającymi się na każdym rogu? Gdzie podział się wszędobylski kurz i walające się odpadki? Skąd wzięły się te świecące dekoracje i lampiony? Pierwsza żartobliwa myśl, jaka przyszłą mi do głowy, to że papież przyjeżdża. Ale przecież to Aleppo, najbardziej konserwatywne miasto islamskie w Syrii i chociaż kościoły chrześcijańskie tutaj również są, to jednak jest to nieprawdopodobne (ale Jan Paweł II w Syrii był). Czyżby już tak bardzo zmieniła się moja percepcja, że to co kiedyś był bałaganem i rozgardiaszem teraz jest ładem i porządkiem? A zmiana jest naprawdę diametralna. Moje Aleppo nie jest już takie jak kiedyś. Kto mi je zabrał i dlaczego?

Odpowiedź jest prosta: „wielki brat”, czyli prezydent Bashar al-Assad przybywa. Ten sam, którego podobiznę widać na tysiącach, a być może milionach plakatów i malowideł naściennych w całym kraju. Nie można od niej uciec. Raz w pozie dziękczynnej, innym razem z ramionami wyciągniętymi w kierunku ukochanego narodu, w stroju komandosa, lub czapce komandora marynarki wojennej, która nie ma dostępu do morza. Często w towarzystwie nieżyjącego już ojca, czyli założyciela było nie było dynastii. A jeśli ktoś nie gustuje w malarstwie i plakatach to niech popatrzy na ekspresję pomników. Na każdym rondzie i co drugim placu znajduje się on – światło narodu, wielki przywódca. Tak wielki, że co drugi samochód jeżdżący w Syrii ma na tylnej szybkie naklejoną jego podobiznę w ciemnych okularach pilota. To on zepsuł to miasto. Ale nie na długo… kilka dni lub tygodni i wszystko wróci do normy. Idę o zakład…

Podróż z Egiptu (Dahab) do Aleppo zajęła mi dwa dni. Jest coś ciekawego w podążaniu przetartym już szlakiem w odwrotną stronę. Znajome miejsca i ulice, brak stresu zawsze związanego z nowym miejscem i pewność siebie, która daje inna perspektywę. W zasadzie jechałem jak do domu. Przenocowałem w Ammanie, gdzie cała noc rozmawiałem z dwoma Syryjczykami będącymi akurat na wojażu handlowym w Jordanii o polityce. Obsmarowaliśmy Sharona za to co kiedyś zrobił w bejruckiej dzielnicy Shatilli, Busha za teraźniejsze poczynania, Blaira za służalczość wobec USA, Putina za butę i chamstwo i Saddama za strzelanie do Kurdów. Zgodziliśmy się, co do faktu, że ludzie są wszędzie tacy sami, i tak samo głupi, bo dają się bezmyślnie porywać bzdurnym ideałom, fałszywym prorokom i szalonym przywódcom. Okazało się, żę oni nie lubią Palestyńczyków prawie tak samo jak Izraelici. Pogadaliśmy o szyitach i sunni. Polubiliśmy się i pod koniec wieczoru, a raczej nad ranem, przybijaliśmy piątki nad herbatą.

A teraz leżę wśród stosu śpiący ciał na dachu hotelu i słyszę dobiegające z budynku obok dźwięki telewizora – leci film po rosyjsku. Jest Wielki Piątek i tak naprawdę gdyby nie email od jednej osoby to nie wiedziałbym nawet, że idą święta. Zresztą niewiele dla mnie one znaczą, a będąc tutaj jeszcze mniej. Podobno pojutrze ma przyjechać ekipa polskich archeologów, którzy kopią gdzieś nieopodal Aleppo. Poświętujemy… Hotel na dachu którego mieszkam jest dosyć popularny wśród rodaków. Jest tutaj wielka tablica gdzie goście przyklejają przeróżne rzeczy. A to flagę swojego kraju, a to jakiś śmieszny rysunek. Polskie ślady to naklejki po żubrówce, ginie lubuskim i kilku innych krajowych alkoholach, a także tytuł artykułu z jakieś gazety, który głosi, że „wszystkiemu winny jest Listkiewicz”. Nacja pijaków i kibiców futbolu.

17 Kwietnia 2006

Hostel Spring Flower, ten sam, w którym mieszkaliśmy poprzednio w Aleppo jest teraz pełen plecakowiczów włóczących się po Bliskim Wschodzie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu spotkałem pierwszych Polaków – Łukasza i Dagmarę podróżujących po Syrii, Jordanii i Libanie. Wybraliśmy się razem do pobliskich ruin Ebla. Wytargowaliśmy w miarę rozsądną, chociaż i tak zbyt wysoką cenę za przejazd autobusem. Obok mnie siedział ubrany po cywilnemu koleś z pistoletem wystającym zza paska i kajdankami majtającymi się obok. Usiłowałem się dowiedzieć, czy jest z policji, ale prawie w ogóle nie mówił po angielsku. Z tego, co wywnioskowałem był z tajnej policji. Pokazywał nawet jakąś legitymacje. W sumie to mało tajna to tajna policja, skoro gnata nosił za paskiem zupełnie na widoku. Po drodze kierowca autobusu zaoferował nam herbatę. W pierwszej chwili myśleliśmy, że ma ją w termosie, ale okazało się, że nie. Jego pomagier – zawsze jest przynajmniej jeden w każdym autobusie – wyciągnął butlę z gazem i palnikiem, czajnik i w przejściu na środku autobusu uwarzył „czai”. Następne 20 km przejechaliśmy popijając herbatkę i gaworząc z kierowcą, który prowadzeniu poświęcał może 10 procent swojej uwagi. Przy wysiadaniu okazało się, że cena za przejazd spadła prawie o połowę – zgaduje, że to z powodu ciekawej konwersacji.

Elba, o której za chwilę, znajduje się jakieś 6 km od głównej trasy. Planowaliśmy przejść ten odcinek na piechotę. Jednak zanim przeszliśmy na drugą stronę drogi zatrzymał się samochód i szeroko uśmiechnięty kierowca zaprosił nas na pakę. W Syrii stopa nie trzeba łapać – stop łapie nas. Nadkładając drogi podwiózł nas pod same ruiny.

Ebla to ruiny z epoki brązu odkryte dosyć późno, bo dopiero w 1964 przez włoskich archeologów. Słynne są z tego, że odnaleziono tutaj nieco ponad 17,000 tabliczek z pismem klinowym, które udało się przetłumaczyć i stały się one kompendium wiedzy o starożytnej cywilizacji syryjskiej rozwijającej się równolegle z tą w południowej Mezopotamii. Ebla była kiedyś (około 3000 lat przed Chrystusem) wielkim jak na owe czasy miastem, w którym, wliczając okoliczne wioski, mieszkało ponad 30,000 ludzi. Do dzisiejszych czasów przetrwało niestety niewiele. Są to głownie zarysy miasta i fundamenty niektórych budynków. Wygląda to mało spektakularnie. Najciekawiej prezentują się wysokie na 18 metrów wały obronne, z których roztacza się wspaniały widok na okoliczne pola uprawne.

Aby uniknąć wracania tą samą drogą postanowiliśmy iść do drogi „na krechę” prze pola. Klimat i krajobraz zupełnie jak na polskiej wsi, tylko temperatury jak w lipcu. Po dotarciu do drogi samochód zatrzymał się po dosłownie 3 minutach. Wsiedliśmy na pakę i pomknęliby w kierunku Aleppo. Po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze gdzie pan kierowca postawił nam kawę z kardanamonem. Potem, oczywiście nadkładając drogi, podrzucił nas po sam hotel. Syryjczycy jak widać są naprawdę niesamowici. Jakże miła to odmiana po Egipcie.

18 - 19 Kwiatnia 2006

Urządziliśmy kolejną wycieczkę z Aleppo tym razem do Lattaki na wybrzeżu Morza Śródziemnego. To zupełnie inna część Syrii, dużo bardziej rozwiązła i wyluzowana. Młode kobiety chodzą po ulicach ubrane w mini spódniczki, kolesie siedzą w barach pijąc piwo i whisky i ogólnie wygląda to prawie jak europejskie miasto. Cenny też oczywiście odpowiednio wyższe, ale wiąż znośne. Dla nas Lattakia była głównie bazą wypadową do odwiedzenia zamku Qualat Saladin położonego niedaleko wioski Al-Haffa. Dojechać tam można minibusem a do samego zamku można dojść piechotą. Nam się jednak spacer nie udał, bo oczywiście „złapał nas autostop”. Zostaliśmy podwiezieni pod samo zamczysko po drodze zatrzymując się w kilku punktach widokowych. A jest na co popatrzeć, bo okoliczne wzgórza i wąwozy są bardzo malownicze.




Qualat Saladin

Qualat Saladin to kolejny zamek Krzyżowców w Syrii. Znajduje się na wąskiej grani, która w szerszej części przedzielona jest wąwozem wykutym w skale. Pierwotnie znajdowała się tam twierdza wybudowana przez Fenicjan. W X wieku naszej ery przejęta została przez Bizantyjczyków a potem w XII wieku przejęli ją rycerze spod znaku krzyża. Wybudowali oni nowy zamek pozostawiając oryginalne fortyfikacje nieco na uboczu. Ich dziełem jest również ręcznie wykuty w litej skale wąwóz szeroki na około 20 metrów i głęboki na 30 metrów. Na jednym jego końcu pozostawiono pośrodku kamienną iglice, która służyła jako podpora wysuwanego mostu. Wygląda to niesamowicie spektakularnie i wydaje się być twierdzą praktycznie nie do zdobycia, jednak wojska Saladyna uporały się z nią w niecałe dwa dni. Widocznie morale Krzyżowców nie były zbyt wysokie. Sam zamek jest moim zdaniem dużo ciekawszy od najsłynniejszej w Syrii fortecy Krak de Chevaliers, chociaż głownie ze względu na piękne położenie. Bardzo ciekawie wyglądają również położone nieco poniżej ruiny fenicko-biznatyjskie, aczkolwiek są mocno zarośnięte. Mało kto tam chodzi, co dodaje im tylko uroku.




Ręcznie wykuty w litej skale wąwóz

Z Lattaki wróciłem do Aleppo pociągiem najniższej klasy w Syrii. Było czyściej niż w PKP, a widoki z okna niesamowite, bo trasa wiedzie przez góry. Po drodze jest sporo wysokich mostów nad dolinami i kilka naprawdę długich tuneli wykutych pod szczytami.

23 - 24 Kwietnia 2006

Podróż z Aleppo do Istambułu miała być spokojna i relaksująca. O 5 rano wsiadłem w pustawy autobus i do samej granicy smacznie odsypiałem poprzedni wieczór spędzony w towarzystwie Anglika, Niemki i dwóch Kanadyjek. Urzędowaliśmy w niesamowicie wypasionej knajpie nawet jak na warunki europejskie. W Syrii absolutnie ekskluzywnej. Ja piłem tylko piwo, bo nie miałem już kasy miejscowej – zresztą i tak Anglik stawiał. Poza tym doleczałem żołądek po małym zatruciu w Aleppo (to już drugi raz w tym mieście i nigdzie indziej). Oni coś tam jedli. Rachunek z alkoholem wyszedł 25 USD – w Syrii można szaleć…

Granicę przekroczyłem bez większych problemów. Pan Turek ze straży granicznej powitał mnie mówiąc „dzień dobry”. Jednak nasz autobus nie spodobał się żandarmom -też straż graniczna, ale już za przejściem(?). Pojechaliśmy więc za nimi na posterunek. Ja znowu cała tą drogę przespałem nieświadom nawet, że coś takiego się dzieje. Dopiero na miejscu mnie obudzili i trochę się zdziwiłem widząc uzbrojonych żołnierzy i wartownika na wieżyczce. Jeden z Syryjczyków mówił całkiem nieźle po rosyjsku (ja bardzo słabo) i wytłumaczył mi, że teraz się zacznie. I faktycznie – kolesie w mundurach zabrali się do prucia autobusu. Najpierw jednak zarekwirowali ileś tam kilogramów herbaty przemycanej przez kierowcę. Po dwóch godzinach rozkręcania podłogi powiedzieli nam, że to może potrwać cały dzień. Słabo im to majsterkowanie szło, bo mieli marne wyposażenie – używali głównie młotków i śrubokrętów. W sumie ta strata czasu była mi nawet na rękę, bo nie chciałem dojechać do Istambułu na 4 w nocy, a taki był oryginalnie plan. Jednak dobowe opóźnienie nie wchodziło w rachubę, więc razem z „rosyjskim” Syryjczykiem i paroma jeszcze innymi współpasażerami zdecydowaliśmy się pojechać do Antakii na własną rękę. Tam miałem się przesiąść na następny autobus – już turecki, aby dojechać do Istambułu. Kosztowało to niewiele i zajęło około godziny.

Reszta podróży upłynęła już spokojnie, poza mała kłótnia z kolesiem obsługującym pasażerów, który coś tam bełkotał, żebym nie trzymał nóg na siedzeniu (zdjąłem buty). Potem się wyluzował i nawet się trochę zaprzyjaźniliśmy. Do Istambułu dotarłem o 7 rano, czyli idealnie. Pierwsze kroki w poszukiwaniu lokum skierowałem na Sultanahmet, czyli dzielnicę, w której znajduje się kościół Aya Sofia i Niebieski Meczet. Okolica mocno turystyczna, ale chciałem dla odmiany pomieszkać nad Bosforem i Morzem Marmara, a nie w okolicach stacji kolejowej Sirkeci, gdzie spaliśmy poprzednim razem. Ceny trochę jednak były zaporowe, zwłaszcza, ze akurat trafiłem na okres, kiedy Australijczycy i Nowozelandczycy przyjeżdżają świętować bitwę pod Gallipole. To takie ich Monte Cassino, czy też Lenino – jak kto woli. I też mocno zmitologizowane. Z tego, co wiem, to podczas pierwszej wojny światowej alianci mieli plan zajęcia Istambułu aby kontrolować Bosfor. Nie udało im się to jednak za sprawą oczywiście genialnego we wszystkich swoich poczynaniach – wedle źródeł tureckich – Ataturka, wtedy jeszcze znanego jako Mustafa Kemal. Pod Gallipole rozegrała się bitwa z udziałem oddziałów australijskich i nowozelandzkich. Bitwę przegrali, a właściwie nie było w niej zwycięzców, jednak alianci się po pewnym czasie wycofali z powodu niemożności przebicia się okrętów pod Istambuł. Stracili chyba 2 krążowniki na minach i zwątpili w skuteczność swojego planu. To była pierwsza bitwa z udziałem „kiwis” i ponoć dali się oni poznać jako świetni żołnierze. Porównywano ich nawet do słynnych Ghurków walczących jako najemnicy brytyjscy.

Nie poddałem się jednak za łatwo. W hotelu „ostatniej szansy” po dłuższym dobijaniu się do drzwi otworzył mi stareńki dziadek. Po zobaczeniu wnętrza pomyślałem, że to jednak pomyłka, ale kiedy po trzeszczących schodach wspiąłem się na strych, gdzie mieści się dormitorium, okazało się, że miejsce jest naprawdę ładne. Zwłaszcza przeszklona weranda, w której teraz siedzę przy świecach, bo wywaliło korki lub coś w tym stylu (dziadek coś tam właśnie grzebie na dole, mam nadzieję, ze go prąd nie zabije). Z łóżka mam cudowny widok na Bosfor i Morze Marmara. Co chwila przepływają statki bucząc radośnie syrenami, a białe światło latarni morskiej pełza po ścianach. Z tylnego okna widać natomiast minarety Błękitnego Meczetu. Jestem jedynym gościem i w związku z tym mam niezły metraż. A wszystko to za 10 lirów, czyli jak na Sultanahmet cenę bardzo niską.




Wıdok z mojego okna

Po odespaniu podróży udałem się na mała rundę po mieście. Istambuł bardzo się od czasu mojego ostatniego tutaj pobytu zazielenił. Wszędzie kwitną kwiaty i drzewa. W ogóle to zauważyłem, że kiedy wracam w te same miejsca bardziej mi się one podobają. Może ma to związek z pogodą, a może po prostu komfort „starych kątów” to powoduje. Jest też znacznie więcej turystów, a to akurat postrzegam jako mankament. Jednak wystarczy się nieco oddalić od Aya Sofia i zgubić w uliczkach gdzie nie docierają, aby „poczuć klimat”. Jednym z takich miejsc jest wybrzeże Morza Marmara gdzie zostałem zaproszony na herbatę przez przesiadujących tam Kurdów. Pogadaliśmy o polityce i nieszczęsnym losie ich narodu, który pomimo tego, że liczy około 25 milionów ludzi nie ma swojego państwa i jest uciskany we wszystkich krajach gdzie mieszkają, czyli głownie w Turcji, Syrii, Iranie i Iraku. Dosłownie 100 metrów dalej kolejni Kurdowie poczęstowali mnie jakimś niezłym mięskiem z grilla, arakiem i piwkiem. Słabo mówili po angielsku, więc śpiewaliśmy piosenki – ja po polsku oni po turecku i kurdyjsku. Było dosyć wesoło.

pt src="http://www.google-analytics.com/urchin.js" type="text/javascript">