Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Turcja II23 - 24 Kwietnia 2006Podróż z Aleppo do Istambułu miała być spokojna i relaksująca. O 5 rano wsiadłem w pustawy autobus i do samej granicy smacznie odsypiałem poprzedni wieczór spędzony w towarzystwie Anglika, Niemki i dwóch Kanadyjek. Urzędowaliśmy w niesamowicie wypasionej knajpie nawet jak na warunki europejskie. W Syrii absolutnie ekskluzywnej. Ja piłem tylko piwo, bo nie miałem już kasy miejscowej – zresztą i tak Anglik stawiał. Poza tym doleczałem żołądek po małym zatruciu w Aleppo (to już drugi raz w tym mieście i nigdzie indziej). Oni coś tam jedli. Rachunek z alkoholem wyszedł 25 USD – w Syrii można szaleć… Granicę przekroczyłem bez większych problemów. Pan Turek ze straży granicznej powitał mnie mówiąc „dzień dobry”. Jednak nasz autobus nie spodobał się żandarmom -też straż graniczna, ale już za przejściem(?). Pojechaliśmy więc za nimi na posterunek. Ja znowu cała tą drogę przespałem nieświadom nawet, że coś takiego się dzieje. Dopiero na miejscu mnie obudzili i trochę się zdziwiłem widząc uzbrojonych żołnierzy i wartownika na wieżyczce. Jeden z Syryjczyków mówił całkiem nieźle po rosyjsku (ja bardzo słabo) i wytłumaczył mi, że teraz się zacznie. I faktycznie – kolesie w mundurach zabrali się do prucia autobusu. Najpierw jednak zarekwirowali ileś tam kilogramów herbaty przemycanej przez kierowcę. Po dwóch godzinach rozkręcania podłogi powiedzieli nam, że to może potrwać cały dzień. Słabo im to majsterkowanie szło, bo mieli marne wyposażenie – używali głównie młotków i śrubokrętów. W sumie ta strata czasu była mi nawet na rękę, bo nie chciałem dojechać do Istambułu na 4 w nocy, a taki był oryginalnie plan. Jednak dobowe opóźnienie nie wchodziło w rachubę, więc razem z „rosyjskim” Syryjczykiem i paroma jeszcze innymi współpasażerami zdecydowaliśmy się pojechać do Antakii na własną rękę. Tam miałem się przesiąść na następny autobus – już turecki, aby dojechać do Istambułu. Kosztowało to niewiele i zajęło około godziny. Reszta podróży upłynęła już spokojnie, poza mała kłótnia z kolesiem obsługującym pasażerów, który coś tam bełkotał, żebym nie trzymał nóg na siedzeniu (zdjąłem buty). Potem się wyluzował i nawet się trochę zaprzyjaźniliśmy. Do Istambułu dotarłem o 7 rano, czyli idealnie. Pierwsze kroki w poszukiwaniu lokum skierowałem na Sultanahmet, czyli dzielnicę, w której znajduje się kościół Aya Sofia i Niebieski Meczet. Okolica mocno turystyczna, ale chciałem dla odmiany pomieszkać nad Bosforem i Morzem Marmara, a nie w okolicach stacji kolejowej Sirkeci, gdzie spaliśmy poprzednim razem. Ceny trochę jednak były zaporowe, zwłaszcza, ze akurat trafiłem na okres, kiedy Australijczycy i Nowozelandczycy przyjeżdżają świętować bitwę pod Gallipole. To takie ich Monte Cassino, czy też Lenino – jak kto woli. I też mocno zmitologizowane. Z tego, co wiem, to podczas pierwszej wojny światowej alianci mieli plan zajęcia Istambułu aby kontrolować Bosfor. Nie udało im się to jednak za sprawą oczywiście genialnego we wszystkich swoich poczynaniach – wedle źródeł tureckich – Ataturka, wtedy jeszcze znanego jako Mustafa Kemal. Pod Gallipole rozegrała się bitwa z udziałem oddziałów australijskich i nowozelandzkich. Bitwę przegrali, a właściwie nie było w niej zwycięzców, jednak alianci się po pewnym czasie wycofali z powodu niemożności przebicia się okrętów pod Istambuł. Stracili chyba 2 krążowniki na minach i zwątpili w skuteczność swojego planu. To była pierwsza bitwa z udziałem „kiwis” i ponoć dali się oni poznać jako świetni żołnierze. Porównywano ich nawet do słynnych Ghurków walczących jako najemnicy brytyjscy. Nie poddałem się jednak za łatwo. W hotelu „ostatniej szansy” po dłuższym dobijaniu się do drzwi otworzył mi stareńki dziadek. Po zobaczeniu wnętrza pomyślałem, że to jednak pomyłka, ale kiedy po trzeszczących schodach wspiąłem się na strych, gdzie mieści się dormitorium, okazało się, że miejsce jest naprawdę ładne. Zwłaszcza przeszklona weranda, w której teraz siedzę przy świecach, bo wywaliło korki lub coś w tym stylu (dziadek coś tam właśnie grzebie na dole, mam nadzieję, ze go prąd nie zabije). Z łóżka mam cudowny widok na Bosfor i Morze Marmara. Co chwila przepływają statki bucząc radośnie syrenami, a białe światło latarni morskiej pełza po ścianach. Z tylnego okna widać natomiast minarety Błękitnego Meczetu. Jestem jedynym gościem i w związku z tym mam niezły metraż. A wszystko to za 10 lirów, czyli jak na Sultanahmet cenę bardzo niską. Wıdok z mojego okna Po odespaniu podróży udałem się na mała rundę po mieście. Istambuł bardzo się od czasu mojego ostatniego tutaj pobytu zazielenił. Wszędzie kwitną kwiaty i drzewa. W ogóle to zauważyłem, że kiedy wracam w te same miejsca bardziej mi się one podobają. Może ma to związek z pogodą, a może po prostu komfort „starych kątów” to powoduje. Jest też znacznie więcej turystów, a to akurat postrzegam jako mankament. Jednak wystarczy się nieco oddalić od Aya Sofia i zgubić w uliczkach gdzie nie docierają, aby „poczuć klimat”. Jednym z takich miejsc jest wybrzeże Morza Marmara gdzie zostałem zaproszony na herbatę przez przesiadujących tam Kurdów. Pogadaliśmy o polityce i nieszczęsnym losie ich narodu, który pomimo tego, że liczy około 25 milionów ludzi nie ma swojego państwa i jest uciskany we wszystkich krajach gdzie mieszkają, czyli głownie w Turcji, Syrii, Iranie i Iraku. Dosłownie 100 metrów dalej kolejni Kurdowie poczęstowali mnie jakimś niezłym mięskiem z grilla, arakiem i piwkiem. Słabo mówili po angielsku, więc śpiewaliśmy piosenki – ja po polsku oni po turecku i kurdyjsku. Było dosyć wesoło. 1 Maja 2006Dahab i bomby. Tylko o tym mogę od paru dni myśleć. Dwa tygodnie temu jeszcze tam byłem i codziennie wielokrotnie przechodziłem w miejscach, w których eksplodowały bomby. Jestem bardzo wstrząśnięty, ale nie ewentualnością śmierci czy też kalectwa, która ominęła mnie prawie o włos. W jakiś irracjonalny sposób jestem pewien, że nawet gdybym tam był i tak nic by mi się nie stało. Przeraża mnie natomiast wybór miejsca. Dahab to miejsce, gdzie przyjeżdżają głównie ludzie tacy jak ja, czyli podróżujący z niewielkim budżetem i najczęściej targającym swój własny plecak. Nie uświadczy się tam wycieczek autokarowych, chociaż ostatnio wybudowano w okolicy chyba pięciogwiazdkowego Hiltona – tam bomby jednak nie wybuchły. Na ulicach Dahabu widuje się głównie młodzież. Większość ludzi przyjeżdża tam nurkować. Atmosfera jest przyjacielska i wyluzowana. Nikt wieczorem nie chodzi w galowych strojach, co jest na porządku dziennym np. w Sharm El Sheik. Powiedzmy mocno umownie, że w powietrzu unosi się jeszcze duch „dzieci kwiatów” aczkolwiek mocno podszyty już komercją. Mimo wszystko jest to na pewno najbardziej wyluzowany kurort na półwyspie synajskim. I dlaczego właśnie tam? Nie twierdzę, że jest jakakolwiek różnica w moralnej ocenie zabicia bombą tych czy innych bezbronnych ludzi, ale jestem w stanie zrozumieć polityczny aspekt sprawy, kiedy powiedzmy atakuje się w tak podły sposób ambasadę amerykańską, czy też bazę wojskową. Atak na niewinnych niczemu młodych turystów, z których większość – rozmawiałem z wieloma z nich - jest właściwie przeciwna wojnie w Iraku i polityce Ameryki i Izraela, które to w sumie są powodami (chociaż na pewno nie jedynymi i teza ta jest poniekąd mylna) owego ataku to moim zdaniem szczyt ideologicznego debilizmu. Tym bardziej, że ofiarami byli głównie Egipcjanie i najbardziej uderzy to właśnie w ludzi, którzy tam mieszkają i żyją z turystyki. A na pewno nie doprowadzi to do upadku reżimu Mubaraka czy też dalszej islamizacji Egiptu. Mam nadzieję, że Dahab przetrwa ten kryzys i nie zmieni się jego oblicze. Ja tam na pewno jeszcze kiedyś wrócę. Czasem trzeba tańczyć na grobach. 2 Maja 2006Jakoś ostatnio żyłem w szczęśliwym oderwaniu od polityki zupełnie nie zainteresowany numerami wycinanymi przez Kaczorów i przez to bardziej szczęśliwy. Niestety polskie bagienko polityczne dogoniło mnie w Turcji a to za sprawą gazet codziennych i tygodników, jakie przywiozła Agnieszka. I czegóż to ja się dowiaduję? Koalicja Samopis i Lepper wicepremierem. Przed wyjazdem ogłaszałem wszem i wobec, że jeśli „najsłynniejszy polski mulat” dojdzie do władzy, to ja się zrzekam obywatelstwa polskiego. Niestety muszę wycofać się z moich obietnic, bo mam w paszporcie kilka potrzebnych mi w przyszłości wiz i nie pozwolę na to, by Lepper oprócz kraju psuł mi jeszcze podróż. Tak sobie jednak myślę, że kiedy już wrócę to po nim i Kaczorach ślad wszelki prawie zaginie. Czuję się więc usprawiedliwiony z mojej niesłowności. Spędziliśmy w Istambule kila ostatnich dni na szukaniu przeróżnych ambasad i dowiadywaniu się jak załatwić wizę irańska i pakistańska. Odwiedziliśmy również moich nowych znajomych, czyli Hasana i Zenka, z którymi łowiłem parę dni wcześniej rybki. Prowadzą coś na kształt sklepu i hurtowni odzieży, którą sami szyją i projektują. A tak w ogóle to mieli ciekawe życie, zwłaszcza Hasan, który w Polsce ma ileś tam dzieci. Bardzo pozytywnie wypowiadał się o Polsce i Polakach, o tym jak wielokrotnie w naszym kraju spotkał się z bezinteresowną pomocą. Spędził Polsce ponad 9 lat. Zna kraj i jego bolączki dosyć dobrze. Teraz handluje głownie z Rosjanami, których w dzielnicy Laleli, gdzie mieści się sklep Hasana, jest pełno. Zresztą sklepów z ciuchami i złotem też jest tam od metra. Każdy sprzedawca płynnie mówi po rosyjsku, bo inaczej, jak mówił Hasan, z Rosjanami się nie da handlować - nie znają żadnych języków obcych. Klient nasz pan i tyle po prostu. Ale Hasan to prawdziwy poliglota, bo włada 9 językami. Wszystkich nie zapamiętałem, ale na pewno mówi po turecku, polsku, rosyjsku, arabsku, włosku i niemiecku. A w ogóle to ma korzenie kurdyjskie po ojcu. W końcu udało mi się również odwiedzić kościół Haghia Sofia wybudowanego przez cesarza Justyniana w 523 roku. W zamyśle kościół ten miał być najokazalszą świątynią na świecie i przez blisko 1000 lat, czyli do czasu wybudowania bazyliki Św. Piotra w Rzymie, tak właśnie było. Niestety po zdobyciu przez muzułmanów Istambułu Mehmet II nakazał zamienić kościół na meczet, czym okaleczył moim zdaniem tą budowlę. Dobudowano paskudnie komponujące się z resztą minarety, a wewnątrz oczywiście ustawiono mirhab, alabastrowe urny z wodą do ablucji przed modlitwą, a także pasujący jak pięść do nosa podwyższony kiosk dający sułtanom prywatność podczas modlitwy. Poza tym pomalowano wszystko makabrycznie wyglądającym różowym kolorem. Cudowny przykład wschodniej estetyki po prostu. Potem z kolei Ataturk przekształcił meczet w muzeum i zaczęto pobierać kasę za wejście. Wnętrze robi niezłe wrażenie, zwłaszcza kopuła, która wygląda jakby była zawieszona w powietrzu. Mozaiki, którymi pokryte było całe wnętrze kościoła, zostały w większości usunięte przez mahometan, ale to, co pozostało wystarczy by docenić mistrzostwo ich twórców potrafiących oddać cienie i śladową, ale jednak perspektywę, a także wyrazić emocje w twarzach używając do tego kolorowych kamyczków. No i to złote tło, które powinno nadawać całości kiczowatego wyrazu, a robi coś zupełnie przeciwnego. 1 - 9 Maja 2006Od tygodnia nic nie udało mi się napisać, bo byliśmy w ruch nieustannie. Teraz żałuje, bo takie pisanie „na gorąco” zawiera większy ładunek emocjonalny i chyba preferuje taki styl „wylewania” wrażeń. Ale chodziliśmy sporo po górach sypiając pod namiotem i nie było jak – laptopa w góry nie targam. A z kartka papieru już się nie lubimy. Jakoś pisane na komputerze weszło mi w krew, pewnie z powodu możliwości szybkiej edycji bez skreśleń, a także dlatego, że bazgrzę jak przysłowiowa kura pazurem i mam potem problemy z rozczytaniem własnych zapisków. Postanowiłem skomasować ostatnie 9 dni w jednym wpisie. Z Istambułu nasza trasa wiodła do nadmorskiego miasta Antalya (ktoś mi to odmieni przez przypadki może?) nad Morzem Śródziemnym w południowo-zachodniej Turcji. Po drodze popsuł się autobus, ale nie do końca. Zatrzymaliśmy się na poboczu i kierowca z pomocnikiem pogrzebali coś tam w silniku przy świetle latarki (była noc) robiąc przy tym mądre miny, a następnie przejechaliśmy na wstecznym biegu około 3 kilometry pod prąd na niezwykle ruchliwej autostradzie do najbliższego zjazdu. Kierowcy gratuluje umiejętności, a sobie i reszcie pasażerów mocnych nerwów. No ale w końcu jesteśmy w Azji, chociaż nic poza tym wyczynem szofera o tym raczej nie świadczy. Na pewno nie jakość dróg i autobusów, bo jeśli tak, to Polska w porównaniu to ubogie regiony Afryki. Do Antalii jedzie się tam przez Góry Taurus, a ostatni odcinek trasy jest niezwykle malowniczy. Dzięki spektakularnemu położeniu Antalya jest dosyć ładnym miastem, aczkolwiek nieco jak na moje gusta zbyt turystycznym. Świetnym miejscem na wszelaką konsumpcję i relaks jest park Karaalioglu, obok którego mieszkaliśmy. Położony jest na wysokich klifach z widokiem na Góry Taurus po drugiej stronie zatoki. Podobny widok mieliśmy z tarasu hotelowego, ale nie ma to jak usiąść na skałach w towarzystwie Turków i sączyć browara, co mahometanie z tego kraju robią nagminnie i bez skrępowania. Oprócz tego sporo jest w Antalii pozostałości po panowaniu rzymskim takich jak mury obronne z wieżami i brama Hadriana zbudowana na powitanie imperatora w 130 roku naszej ery. W sumie takie sobie miasteczko, w którym poza starą i ładną, ale turystyczną dzielnicą Kaleici niewiele jest do obejrzenia. Za to w pobliżu miasta znajduje się wiele ciekawych obiektów i właśnie dlatego pojechaliśmy do Antalii. Antalia Z Antalii można dostać się do okolicznych ruin używając transportu publicznego, ale jest to bardzo czasochłonna opcja, bo są one rozsiane po okolicy. Ponieważ nie planowaliśmy tam zostać przez kilka dni postanowiliśmy wypożyczyć skuter. Najpierw pojechaliśmy do Aspendos, gdzie znajduje się podobno najlepiej zachowany amfiteatr rzymski w całej Turcji do dzisiaj używany podczas dorocznego festiwalu teatralnego odbywającego się we wrześniu. Podobno, bo teatr ów sobie jednak odpuściliśmy ze względu na zaporową naszym zdaniem cenę oraz masę turystów, jaka się tam kłębiła, Obejrzeliśmy sobie to cacko z zewnątrz i zajrzeliśmy do środka przez kraty w bramie wejściowej. Widać było dokładnie wszystko. Wrażenie raczej średnie. Dużo ciekawiej prezentowały się pobliskie ruiny w Perge z dużym i nieźle zachowanym stadionem. Perge Potem pokręciliśmy się trochę po okolicznych wioskach wjeżdżając ludziom na podwórka i pola zastawione ulami. Widoki wspaniałe, klimaty jeszcze lepsze, bo mieszkańcy bardzo przyjacielscy i mili. Meczet w wiosce Największe wrażenie zrobiły na nas jednak ruiny Termessos położone na zachód od Antalii. Jest to w zasadzie wielkie miasto położone na kilku wzgórzach. Takie małe Machu Picchu w Turcji. Pierwsze wzmianki o nim pojawiły się już w Iliadzie. Starożytni nazywali to miejsce gniazdem orłów. Potem gościł tutaj również Aleksander Wielki, ale nie zdecydował się na zdobywanie miasta, ze względu na jego położenie i doskonałe fortyfikacje. Jakoś zupełnie przypadkiem podążam poniekąd jego śladem. Kres istnieniu miasta położyło trzęsienie ziemi, które obróciło większość budowli w perzynę w VI wieku naszej ery. W Termessos do dnia dzisiejszego w niesamowitym stanie zachowało się wiele budowli takich jak domy, place, łaźnie, cysterny a nawet chodniki. Także kilka świątyni jest godnych uwagi zwłaszcza miejsce kultu Zeusa. Szczególne doznania budzi też olbrzymia nekropolia z ponad tysiącem wielkich splądrowanych już niestety i porozrzucanymi w nieładzie pięknie rzeźbionych sarkofagów. Jeden z nich sprofanowaliśmy, bo posłużył nam jako tymczasowe schronienie przed deszczem. Termessos Najpiękniejszą budowlą w Termessos jest jednak bez wątpienia amfiteatr, który w okresie swojej świetności mógł pomieścić ponad 5000 widzów. Jego położenie, z wysoką skalistą górą w tle za sceną i wąwozem po prawej stronie tuż za ostatnim rzędem siedzeń, czyni to miejsce absolutnie magicznym. Architekt, który to zaprojektował był geniuszem, a sztuki wystawiane w tej scenerii, z oprawą światła księżyca odbijającym się od skał, nabierały z pewnością niewypowiedzianej dramaturgii. A nam spektaklu dostarczyła Natura, która werniksem ze słońca i deszczu namalowała tęczę. Amfiteatr w Termessos Dlaczego teraz już nikt tak nie buduje? Nudna sztuka? Porozglądać się można. Prawda, że pięnie? W drodze powrotnej nie obyło się bez przygód. Pierwsza niemiłą niespodziankę sprawił nam skuter, który nie chciał zapalić (skrzynia automatyczna - z pychu się nie da). Być może zostawiłem włączone światła i rozładował się akumulator, ale ja wole zwalić winę na stan techniczny pojazdu i padający deszcz. Droga z Termessos wiedzie jednak w dół, wiec bez zapalania silnika potoczyliśmy się czasami osiągając prędkość ponad 60 km/h i używając często hamulców na krętej drodze. Wciąż padał deszcz i było zimnawo. Zaczęło się również ściemniać i już w sumie rozglądaliśmy się za jakąś jaskinią nadającą się do spędzenia nocy. U podnóża gór skuter jednak odpalił. Może akumulator się naładował, bo jechałem z przekręconym kluczykiem w stacyjce? Tak czy inaczej dotarliśmy w końcu do Antalii po przejechaniu ponad 180 km w jeden dzień. Nie będę pisał, którą części ciała mieliśmy potem obolałe. Ale warto było… Z Antalii udaliśmy się do Fethiye. W sumie to cofnęliśmy się trochę na zachód wciąż jednak pozostając na obszarze dawnego królestwa Licji. W starożytności miejsce to zwane było Telmessos i zostało podbite przez Licję w IV wieku przed Chrystusem. Później oczywiście wpadło w ręce mojego już chyba idola, Aleksandra Wielkiego. Na zdjęciach sprzed 20 lat Fethiye wygląda jak małe prowincjonalne miasteczko. Dzisiaj jest to już spory kurort z wieloma pensjonatami nastawionymi głównie na Anglików i Niemców. Miasteczko jest jednak urokliwe i wciąż oprócz turystycznych dzielnic można znaleźć tutaj małe zaniedbane uliczki, w których życie toczy się zwykłym wolnym tempem nadmorskiej wioski rybackiej. Atrakcją dla miłośników historii i architektury są wykute w skale grobowce z największym pochodzącym ponoć z IV p.n.e. i należącym do niejakiego Amyntasa. Niewiele o nim w sumie wiadomo, poza tym, że oczywiście musiał być kimś znaczącym, skoro zbudowano mu tak spektakularne miejsce pochówku z niesamowitym widokiem na zatokę i okoliczne góry. Chociaż to pewnie Amyntasa najmniej obchodziło. Grobowiec Amyntasa w Fethiye Fethie posłużyło nam jako baza wypadowa i przechowalnia zbędnego bagażu do wyruszenia na trekking po Lycian Way, czyli ponad 500 kilometrowym szlaku wiodącym wzdłuż wybrzeża Licji. Szlak zaczyna się właśnie nieopodal Fethiye a kończy w Antalii. Nie zdecydowaliśmy się na kupienie drogowej raczej (około 30 USD) książki opisującej trasę i wyruszyliśmy tak trochę „na pałe” posiadając tylko szczątkowe informacje wygrzebane w przewodniku i na netcie. Zaczęliśmy zresztą od miejsca, które teoretycznie na owym szlaku się nie znajduje – Kayakoy, ale jest dobrym punktem startowym. Kayakoy, czy też Levissi, jak zwali je Grecy, zostało opuszczone przez mieszkańców po pierwszej wojnie światowej, podczas tureckiej wojny o niezawisłość. Nastąpiła wtedy nadzorowana przez Ligę Narodów migracja greckiej chrześcijańskiej populacji z Turcji do Grecji. W przeciwnym kierunku podążali Grecy wyznania mahometańskiego. W Kayakoy znajduje się ponad 2000 zrujnowanych i opuszczonych domów rozsianych na zboczu góry, a także dwa kościoły. Miejsce robi dosyć przygnębiające wrażenie, które łagodzą przepiękne widoki. Kayakoy (fot.Agnieszka) A landszafty dopiero miały się tak naprawdę zacząć. Ścieżka z Kayakoy do Oludeniz biegnie skrajem wysokich klifów wzdłuż Morza Śródziemnego. Miejscowi nazywają te okolice turkusowym wybrzeżem i maja rację. Panoramy zapierające dech w piersiach a kolor wody dokładnie taki jak w nazwie. Oto próbka, a po więcej odsyłam do galerii: Po drodze z Kayakoy do Oludeniz Odcinek z Kayakoy do Oludeniz to około 2 godziny niezwykle spektakularnej drogi. Moim zdaniem najpiękniejszy kawałek tej części szlaku, którą przeszliśmy. W Oludeniz spędziliśmy tylko tyle czasu ile potrzebne było na zjedzenie kilku bułek i popiciu ich piwem. Śniadaliśmy na ławce w pobliżu głównego deptaka tuż przy plaży budząc wyraźne zainteresowanie i lekkie zniesmaczenie wśród pałętających się tam masowo wymuskanych Anglików. Oludeniz to miasteczko zbudowane tylko i wyłącznie dla turystów. Hotele, baseny, korty tenisowe, kluby nocne i panienki na obcasach. Ceny dwa razy wyższe oczywiście. Nie spodobało się nam. Wyruszyliśmy dalej - szlak wiódł na gorę Badadag, czyli ostro pod górę. W drodze do Babadag (fot.Agnieszka) Na szczyt dotrzeć się nie udało, bo trasa skręcała w inną stronę. Noc spędziliśmy w górach w miejscu z niesamowitymi widokami i mnóstwem suchego drewna do palenia. Nieopodal znaleźliśmy jakieś dawno już opuszczone szałasy pasterskie. Kozy spotykaliśmy zresztą dosyć często, ale pasterza przez te kilka dni widzieliśmy tylko jednego. Następnego dnia trochę się pogubiliśmy, bo miejscami oznakowania pozostawiają wiele do życzenia, chociaż ogólnie nie jest źle. Z pomocą kompasu i jakieś mocno poglądowej mapki, która dostaliśmy za friko w informacji turystycznej dotarliśmy do poszukiwanego przez nas miejsca, czyli Doliny Motyli w okolicach Farali. Jak sama nazwa wskazuje miejsce to jest uczęszczane przez te skrzydlate owady, ale głównie w lipcu. Dolina schodzi do plaży, jest bardzo ładna i w sumie planowaliśmy tam przenocować, ale jakoś po obejrzeniu sobie jej z góry i zobaczeniu rozbitych nad morzem kilku namiotów, nie do końca nam się ona spodobała. Za blisko cywilizacji i za dużo ludzi. Dolina Motyli Kiedy tak staliśmy przy drodze (w tym miejscu szlak prowadzi przez pewien czas wzdłuż szosy) zatrzymali się jacyś Holendrzy wynajętym samochodem i zaoferowali nam podwiezienie. Sami do końca nie wiedzieli gdzie jadą, ale mówili, że wzdłuż wybrzeża, co nam idealnie pasowało. Liczyliśmy na to, że znajdziemy podobne miejsce do Doliny Motyli, ale mniej turystyczne. Dojechaliśmy z nimi do wioski Kabak – 4 domy, dosłownie, gdzie droga się po prostu skończyła, a naszym oczom ukazał się taki oto widok: Kabak „Na krechę” zeszliśmy w dół doliny i tam już pozostaliśmy przez następne 4 dni koczując na skraju plaży. Miejsce cudowne, chociaż jest tam kilka chatek do wynajęcia, ale wszystko schowane są w lesie i to w sporej odległości od plaży. Biwakowanie oczywiście za darmo. Jedynym mankamentem jest to, że w okolicy nie ma żadnego sklepu i raz musiałem się wybrać po jedzenie i alkohol do Fethiye. Na miejscu jest woda, drewno do palenia i naprawdę święty spokój. No i oczywiście plaża i morze i kilkudniowe słodkie lenistwo. I tyle… Potem już tylko pozostał powrót do Fethiye, gdzie okazało się, że wciąż nie ma wiz do Iranu. Jak tak dalej pójdzie, to pojedziemy do Gruzji najpierw, bo kończy nam się wiza turecka, a jej przedłużenie jest w zasadzie niemożliwe zaś kary za nielegalny pobyt bardzo wysokie. Przynajmniej tak twierdził pan konsul z Istambułu, który poinformował mnie również, że jeśli jestem blondynką to mogę płacenia takowych kar uniknąć. Pozostaje sobie powiedzieć „nobody’s perfect” i poczytać coś o Tbilisi, Batumi i Kaukazie. 10 - 11 Maja 2006Po dwunastu godzinach upojnej podróży autobusem docieramy do Goreme w Kapadocji. W sumie to już się tak przyzwyczaiłem do tych autobusów, że takie 800 km nie robi na mnie żadnego wrażenia. Nawet wysiadam dosyć wypoczęty, bo do perfekcji opanowałem umiejętność spania na siedząco. W Goreme wybór kwater jest ogromny, co paradoksalnie nastręcza nam problemów z wyborem. Większość hotelików i pensjonatów to dobudówki do starych wykutych w skałach jaskiń, w których kiedyś żyli mieszkańcy tego regionu. Ceny znośne - bardzo ładna dwójka z łazienką 20 lirów. Spodziewałem się wyższych w tak turystycznym miejscu, ale widocznie konkurencja robi swoje, a dodatkowo to jeszcze nie sezon i ludzi na szczęście mało. W okresie letnim polecam po prostu jedną z jaskiń w pobliskich dolinach. Jest ich pełno i wiele nadaje się do spania. Goreme (fot.Agnieszka) O Kapadocji pisał nie będę, bo niezbyt przypadła mi do gustu i po prostu mi się nie chce. Miejsce mocno przereklamowane. Okoliczne formacje skalne owszem są ciekawe, ale na pewno nie unikalne. Podobne widziałem w Boliwii (Dolina Księżycowa koło La Paz i na pustyni Atacama) w Egipcie (Biała Pustynia). Interesujące tak naprawdę jest tylko to, że ludzie ryli tam ostro pod ziemią i mieszkali w skałach. Całość jest bardzo fotogeniczna, ale nie zrobiła na mnie większego wrażenia, a w sumie sporo regionu obejrzeliśmy, bo włóczyliśmy się stopem po okolicy. Goreme (fot.Agnieszka) Tak przy okazji kilka słów o stopie w Turcji może. Średnio zatrzymuje się co drugi samochód, ale czasem trzeba poczekać około godziny zanim cokolwiek przejedzie. Ruch niewielki, chyba w związku z bardzo wysoką cena benzyny (ponad 2 USD za litr) i doskonałą siecią połączeń autobusowych. Często łapie się stopa na bardzo krótki fragment trasy. Na przykład odcinek 80 km z Goreme do Ihlary na pokonaliśmy w sumie czterema pojazdami, z czego ostatnie 7 km na przyczepie traktora. Jeśli ktoś ma dużo czasu i namiot do nocowania przy drodze to da się tak cała Turcję objechać. :: Next Page >> |
|