Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Gruzja20 Maja 2006Po całonocnej podróży do Erzurum przesiedliśmy się na kolejny autobus, który dowiózł nas do granicy turecko-gruzińskiej. Po drodze widoki na bardzo wysokie góry. Wzdłuż prawie całej trasy biegła rwąca górska rzeka, a w kilku miejscach rozlewała się tworząc jeziora. Widoki naprawdę cudowne. Odsyłam do galerii, chociaż jakość zdjęć raczej średnia, bo robione z autobusu przez szybę i w czasie jazdy. Przejście graniczne w Sarp leży nad samym Morzem Czarnym. Z jednej strony morze a z drugiej góry. Całkiem malowniczo to wygląda. Na piechotę opuściliśmy Turcję bez żądnych problemów. Przeszliśmy przez krótki pas ziemi niczyjej i dotarliśmy do stalowej kraty, przed którą kłębił się mały tłumek ludzi. Z początku nawet spokojnie to wyglądało. Kolejeczka, w której ludzie sobie kulturalnie stali jarając szlugi, ocierając pot z czoła, bo grzało całkiem nieźle i wymieniając zdawkowe uwagi na temat opieszałości pograniczników. Co chwila uchylała się stalowa furtka przez którą wciskało się kilka osób aby następnie postać w nieco mniejszym ogonku po stempelek wjazdowy. Pogranicznicy kontrolowali w ten sposób tłum. Niestety po paru minutach znalazło się kilku cwaniaków chcących ominąć kolejkę. Tłum zafalował. Poleciały inwektywy i nagle cały ten relatywny porządek diabli wzięli. Rozpoczął się szturm na furtkę. Nieustępliwy pogranicznik krzykiem nakłaniał ludzi do porządku, ale efekt tego był raczej mizerny. Zaprawiony w takich bojach zwłaszcza w Egipcie dawałem sobie jako tako radę i po około godzinie udało nam się w końcu wepchać do Gruzji. Pani w okienku beznamiętnie przybiła pieczątkę uprawniającą nas do stu chyba dni pobytu w owym kraju wina i gór. Raaaaazeeemmm!!! (fot.Agnieszka) Nie posiadając żadnego przewodnika po Gruzji skazani byliśmy na poleganie na kilku relacjach z podróży po Zakaukaziu wygrzebanych w Internecie. Polegając na staropolskim przysłowiu „koniec języka za przewodnika” szybko odnaleźliśmy hotel o nazwie Ellada, gdzie zdecydowaliśmy się zamieszkać. Warunki były niczego sobie jak na Gruzję, czyli pokój na strychu, wyro i łazienka piętro niżej, ale z gorącą wodą raz dziennie. Cena 20 larów, bo tak się zowie lokalna waluta (dla zainteresowanym 1 USD = 1.8 lara). Później się okazało, że pełnił on także role hotelu na godziny i sporo się tam kręciło ostro umalowanych pań w asyście podchmielonych, ale zawsze miłych w obejściu panów w skórach. Właścicielem był gburowaty jegomość w czapce z daszkiem, który jednak jak wypadało postawił kielicha jakiejś domowej wódki. Nie odmówiłem i przepiłem piwkiem tak jak i on miał w zwyczaju. Mrukliwy był koleś i nie miałem ochoty na wchodzenie z nim w bliższą komitywę. Pierwsze wrażenia z Batumi to widok wszechobecnej biedy. Wszystko rozwalone w drobny mak. Domy się sypią a na ulicach tylko miejscami jakieś pozostałośći asfaltu. Samochody rzężą i ledwo jadą - większość pojazdów starsza ode mnie. Dominują porządne radzieckie marki typu Lada, Moskwicz i nieśmiertelna Wołga. Na każdym wolnym miejscu chodnika stareńkie babcie, sprzedające co tylko się da, czyli głownie pestki słonecznika, papierosy (także na sztuki) i wszelkie inne badziewie nieznanego pochodzenia i zastosowania. Pełno automatów do gier hazardowych porozstawianych na ulicach a przy nich panowie z obłędem w oczach wrzucający żetony najczęściej na dwie ręce. Zabudowa maksymalnie eklektyczna. Jakieś ledwo otynkowane domki pokryte miejscami blachą ze zmurszałymi i praktycznie wypadającymi oknami. W suterenach sklepiki wszelkiej maści – asortyment najczęściej typu mydło i powidło. Obok blok z jedynie słusznej wielkiej płyty, ale bardzo urozmaicony, bo mieszkańcy na własną rękę przez lata modyfikowali zamysł architekta dobudowując na balkonach, co się da (gołębniki, spiżarki, bóg raczy wiedzieć, co jeszcze). Każdy balkon innego koloru, każde mieszkanie ma inne okna lub tylko otwory okienne zabite blachą czy też dyktą. Pomiędzy blokami na sznurkach porozwieszane pranie. Na podwórkach zgraje obdartych dzieciaków uganiających się za piłką. Na ulicach natomiast stoją lub siedzą lub kucają a czasem też bezwładnie leżą panowie, którzy na pierwszy rzut oka od dawien dawna nie mieli już innego zajęcia poza leniwym paleniem papierosów i gapieniem się na otaczający świat. Atmosfera raczej mocno schyłkowa. Co piętnaście metrów kantor wymiany walut, czyli najczęściej jakiś sklep, zegarmistrz lub fryzjer. Widać obrót walutą jest tutaj podstawowym sposobem na dorobienie do pensji. Co 100 metrów oldschoolowy saturator z wodą sodową z soczkiem. Pycha! Sporo też ulicznych pijalni piwka gdzie można z lokalnymi mętami pogadać o polityce światowej i pozłorzeczyć na Rosjan. Trochę mnie w pierwszej chwili ścięło z nóg muszę przyznać. Nie powiem, żebym się poczuł zbyt bezpiecznie. Potem się okazało, iż było to tylko pierwsze jakże często mylne wrażenie. Zresztą wylądowaliśmy w tej nieco gorszej części Batumi. Jak się wyraził jeden z poznanych potem Gruzinów, to część dla prawdziwych ludzi, a nie deptak nad morzem i jego okolice, o których później. Ludzie w sumie bardzo mili i uczynni i można się z nimi dogadać. Sam się sobie dziwię jak sporo umiem po rosyjsku powiedzieć i jak znacznie więcej rozumiem. Tylko alfabet niestety niemożliwy do rozkminienia. Wygląda zupełnie inaczej niż cyrylica czy też greckie litery – oto próbka : ძალა ერთობაშია. Do niczego nie jest podobny i nie mam zamiaru się męczyć z jego nauką, bo za krótko tutaj planuję być. W większości przypadków nazwy ulic i tak wypisane są również alfabetem łacińskim, więc nie ma problemu. Poza tym nie mamy żądnych map, więc problem jest i tak nieco akademicki. Tylko jazda autobusem nastręcza pewnych trudności, bo nazwy wypisane są tylko po gruzińsku. Są jednak dobrzy ludzie, którzy zawsze pomogą. 21 Maja 2006Ponieważ wypad do Gruzji w ogóle nie był planowany, nie za wiele o tym kraju wiem. Postanowiłem się nieco z pomocą źródeł internetowych dokształcić i teraz przedstawię efekty mojej pracy. Wybrzeża tej krainy znane były już starożytnym Grekom pod nazwą Kolchida. Wschodnie górskie regiony nazywali oni Iberią. W I wieku naszej ery podbili Gruzję Rzymianie i włączyli w skład swojego imperium. Bardzo wcześnie, bo już w IV wieku gruziński król Mirian II przyjął chrześcijaństwo. Przez następne tysiąc lat udawało się Gruzinom utrzymać państwowość pomimo nieustannych ataków Arabów, Mongołów, Persów i Turków. W końcu ulegli jednak Persom a następnie Imperium Ottomańskiemu. W XVIII wieku udało im się zrzucić jarzmo muzułmańskiej władzy, a raczej zamienić je na protektorat Imperium Rosyjskiego. Jak to często z Rosjanami bywało rozpoczęli oni intensywny proces rusyfikacji kraju co spowodowało rozwój ruchu narodowo-wyzwoleńczego. Zaczęłyk w Gruzji wybuchać bunty brutalnie tłumione przez Carat. Korzystając z chwilowej zawieruchy okresu Rewolucji Październikowej szalejącej w Rosji Gruzini ogłosili w 1918 roku niepodległość. Utworzona wówczas Demokratyczna Republika Gruzji przetrwała niestety tylko 3 lata, bo bolszewickie hasła równości i samostanowienia ludu pracującego nie do końca były prawdziwe. Po krwawej wojnie w 1921 wcielono Gruzję do ZSSR (dla uproszczenia, bo wtedy się ten twór jeszcze tak nie nazywał). W 1991 roku Gruzja, znowu korzystając z zawieruchy w Rosji tym razem pieriestrojkowej, ogłosiła niepodległość. Niejaki Zviad Gamsakhurdia wybrany został prezydentem. I ponownie nie spodobało się to Kremlowi. W krwawym coup d’etat, za którym stały władze radzieckie, obalono demokratycznie wybranego prezydenta i kraj pogrążył się w wojnie domowej. W 1992 do Gruzji wrócił Shevardnadze, który wcześniej pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych w rządzie Gorbaczowa. Opowiedział się on po stronie przywódców buntu i dzięki zdolnemu politykowaniu i poparciu Rosji - kosztem wstąpienia Gruzji do Wspólnoty Niepodległych Państw, wybrano go w 1995 roku na prezydenta Gruzji. W roku 2000 udało mu się po raz wtóry wygrać wybory prezydenckie. W międzyczasie, czyli latach 1992-1993 w prowincjach Abchazji, Południowej Osetii i Adżarii wybuchły separatystyczne bunty wspierane przez Rosję. Adżaria otrzymała status autonomicznej prowincji w obrębie Gruzji i walki toczące się tam ustały. Abchazja i Południowa Osetia wciąż pozostają de facto pod kontrolą Rosji. Na terenie Gruzji do dzisiaj mieszka około 230 tysięcy uchodźców z Abchazji, m.in. w Batumi, którzy nie mogą powrócić do swoich rodzinnych stron. W 2003 roku sfałszowanie wyborów parlamentarnych przez rząd Shevardnadze, w których wygrały ruchy reformatorskie, doprowadziło do Rewolucji Róż, czyli masowych protestów ludności. Spotkały się one z szerokim odzewem światowym i dzięki temu rząd nie mógł zastosować rozwiązań siłowych. Rewolucja się udała. Shevardnadze został zmuszony do ustąpienia ze stanowiska. Rozpisano nowe wybory prezydenckie, które wygrał rządzący do dzisiaj Micheil Saakaszwili. Rozpoczęto powolne reformowanie kraju i uwalnianie się od wpływów rosyjskich. Proces trwa i jest bardzo powolny. Tyle historii. A my spędziliśmy dzień zwiedzając Batumi, czyli stolicę Adżarii, niegdyś jednej ze zbuntowanych prowincji. Okazało się, że oprócz bardzo biednej i podupadłej dzielnicy, w której mieszkamy reszta grodu nie wygląda tak źle. Centrum miasta można nawet nazwać ładnym. Niska dwupiętrowa zabudowa miejscami pięknie odrestaurowana i pomalowana na kolor błękitny. Tu i ówdzie rosną palmy. Niezła chata i super wózek. Jak na porządny nadmorski kurort przystało centralny plac miasta jest wyłożony elegancką kostką. Dookoła niego ładne stylowe budynki, fontanna, sporo zieleni. Ale to w sumie tylko pozory, bo wystarczy skręcić w jedną czy drugą uliczkę i odejść 200 metrów a widoki zmieniają się diametralnie na niekorzyść. Robi się szaro, buro i post-komunistycznie. Trzeba uważać jak się idzie bo w chodnikach dziury i często brak jest płyt zakrywających kanały. Plac w centrum. Nad morzem długa na kilometry promenada obsadzona palmami, wzdłuż której praktycznie nic się nie mieści poza kilkoma budynkami. Kiedyś były to wielkie hotele, a dzisiaj są maksymalnie zrujnowanymi ruderami, w których mieszkają uchodźcy z Abchazji. Kiedyś był to hotel (fot.Agnieszka) Odwiedziliśmy miejscową atrakcję turystyczną, czyli Akwarium. Niestety było zamknięte, bo budynek zaczął się walić. Spotkani tam pracownicy nie chcieli nas wpuścić do środka, bo obrywał się sufit. Udało nam się tylko szybko zajrzeć przez drzwi i stwierdzić, że i tak nie ma za bardzo po co tam wchodzić. W kolekcji głównie gubiki i tym podobne „egzotyczne” rybki. Wnętrze natomiast bardzo ciekawe i ładne, ale faktycznie grozi zawaleniem w każdej chwili. Remont nie trwa. Na pytanie kiedy będzie otwarte dowiedzieliśmy się, że może latem, a może nigdy, bo podobno w budowie jest nowa siedziba. Udaliśmy się więc do Muzeum Adżarii. Było otwarte. Potraktowano nas najpierw z lekkim zdziwieniem, ale zaraz potem przyszła pani przewodnik i za zawrotną sumę 1 lara zostaliśmy oprowadzeni po zbiorach muzeum. Pani wygłaszała prelekcje w języku rosyjskim. Rozumiałem piąte przez dziesiąte, ale w sumie było bardzo ciekawie. W zbiorach muzeum najciekawsza jest duża i doskonale zachowana waza grecka. Wedle zapewnień pani przewodnik lepsze są tylko w Paryżu i Berlinie. Muzeum podzielone jest na kilka części. Najpierw geografia, flora i fauna. Dużo wypchanych ptaków i ssaków a także wszelkich stworów morskich. Potem mizerne szczątki z okresu brązu i żelaza. Dalej skansen ukazujący chłopską chatę, kuźnie i tradycyjne stroje wieśniaków i możnych z miasta. Większość z XIX wieku. Trochę pozostałości z okresu otomańskiego, czyli sporo białej broni i trochę muszkietów. Na piętrze natomiast mało ciekawa kolekcja obrazów i bardzo ciekawe zdjęcia z początków XX wieku. I jedna sala kuriozum, bo poświecona jakiemuś „kitajcowi”, który w początkach ostatniego stulecia założył pierwsza w mieście manufakturę wyrabiającą porcelanę. Uciekając z Batumi przed Rosjanami pozostawił specjalnie dla muzeum sporo porcelanowych waz i chińskie klapki. Na tyłach muzeum gdzie dotarliśmy w poszukiwaniu toalety znaleźliśmy eksponaty najciekawsze, czyli sporo skamieniałych szczątków wielkiego dinozaura zrzuconych w nieładzie na kupę w wielkiej szklanej gablocie i taki oto traktor z epoki modernizacji i kolektywizacji wsi: Niestety, nie chciał odpalić (fot.Agnieszka) 22 Maja 2006Po raz pierwszy od prawie czterech miesięcy znalazłem się w kraju o wyznaniu dominującym innym niż muzułmańskie. Widoczne jest to zwłaszcza na ulicach szczególnie w sposobie ubioru i zachowaniu kobiet. Jest po prostu „normalnie”, czyli tak jak w Europie. Niewiasty noszą krótkie spódniczki, odsłaniają włosy i starają się wyglądać atrakcyjnie. Fakt, że oznacza to tony makijażu na twarzy i oczojebne kolorki ubrań to już folklor gruziński. Przypuszczam, że podobnie jest w innych byłych republikach sowieckich, a także w Rosji. Taka estetyka po prostu. Innym aspektem wolności osobistej uwarunkowanej przez religię jest sprzedaż alkoholu. W Gruzji na każdym kroku i w każdej budce z lodami czy też napojami, a także u babć handlujących na ulicach można nabyć piwko. Konsumpcja publiczna jeśli nie jest oficjalnie dozwolona to jest całkowicie akceptowana przez władze. Sklep spożywczy, w którym nie sprzedaje się alkoholu jest chyba z góry skazany na bankructwo, co wnioskuje z faktu, że jeszcze takiego nie widziałem. Wybór wódeczek jest całkiem spory a ceny bardzo przystępne, żeby nie powiedzieć śmiesznie niskie. Konsekwencją tego, przy sporym bezrobociu, ogólnej biedzie i marazmie, jest spora ilość pijaczków na ulicach, chociaż nie założyłbym się czy jest ich tutaj więcej niż w Polsce. Z żadną napastliwością jednak się do tej pory nie spotkaliśmy. Można powiedzieć, że pozostajemy prawie anonimowi. Oczywiście rozpoznaje się w nas turystów, ale poza przelotnym spojrzeniem nikt nie zwraca na nas większej uwagi. To przyjemna odmiana po Turcji, a zwłaszcza jej wschodnich regionach, gdzie przez cały dosłownie czas i na każdym kroku śledziły nas zainteresowane spojrzenia autochtonów. Przekłada się to również na zachowanie sprzedawców w sklepach. Nie ma podwójnych cen dla turystów jak to często miało miejsce w krajach arabskich. Można również spokojnie wejść do sklepu i nie paść natychmiast ofiarą sprzedawcy próbującego wcisnąć nam swój towar. Obsługa jest często taka „PRL-owska”, czyli na odwal. Słów „proszę” i „dziękuję” używa się sporadycznie, ale nie nazwałbym ludzi niemiłymi. Ot po prostu taki ogólnie przyjęty standard. 23 Maja 2006Marszrutką z dworca autobusowego w Batumi, który wygląda jak schronisko dla bezdomnych i siedlisko wszelkiego rodzaju mętów (w nocy lepiej w okolice nie chodzić) dojeżdżamy w nieco ponad dwie godziny do Kutaisi, czyli ponoć drugiego co do wielkości po Tbilisi miasta w Gruzji. Nieźle zdezelowanym autobusem miejskim świeżo zaimportowanym z Holandii i w związku z tym jeszcze poobklejanym w środku różnymi ciekawymi informacjami na temat kary za przejazd bez biletu (drogo, 30 euro) docieramy do centrum miasta. Ciekawostką jest fakt, że płaci się przy wysiadaniu kierowcy. Rozpoczynamy poszukiwania jedynego hotelu w mieście, na jaki mieliśmy namiary. Gastynica „Kutaisi” położona jest bardzo malowniczo naprzeciwko sporego parku. Z zewnątrz nie ma na niej żadnego napisu, który by świadczył o tym, że to hotel. Dobrzy ludzie znowu pomagają i ubrudzonym paluchem pucybuta pokazują gdzie to jest. Wchodzimy. Wita nas widok stylowego wnętrza z marmurowymi kolumnami i wielkimi schodami, które na półpiętrze rozchodzą się na dwie strony. Na dole zmarnowany cieć siedzi nad gazetą i w ogóle nie rejestruje naszego wejścia. Na pierwszym piętrze jeszcze bardziej stylowo, bo i wnęki po rzeźbach i mocowania na dywan na schodach, ale wszystko w rozsypce i mocno zdezelowane. Gołym okiem widać, że ostatni remont był przeprowadzony jeszcze pewnie za panowania Stalina. W recepcji bardzo miły pan oznajmia nam, że pokój kosztuje 30 larów. Potem widząc nasze skwaszone nieco miny zapytuje skąd jesteśmy a słysząc, że z Polski, oznajmia, że to pewnie dla nas za drogo. Skwapliwie przytakujemy i pokój tanieje do akceptowalnych 20 larów za noc. Tylko musimy trochę poczekać, bo za godzinkę lub dwie wyprowadzi się obecny jego lokator. Zostawiamy graty na recepcji i wyskakujemy do miasta zrobić rekonesans. Kończy się na piwku w pobliskim parku. Tego w sumie nam było trzeba. Odświeżeni i z rozjaśnionymi umysłami wracamy po godzince do hotelu, gdzie dostajemy kluczyk i udajemy się do naszego apartamentu. Przedpokój, dwa pokoje. Grzyb nie aż tak bardzo wyrośnięty na ścianach, a tynk odpada tylko miejscami i jakby dobrze spojrzeć to prawie tego nie widać. Na środku dużego pokoju stoi wielki stół wykończony na wysoki połysk. To znaczy kiedyś był to połysk, a teraz jest gustowna szara patyna. Jest też solidny balkon ciekawej konstrukcji. Jego mury są tak grube, że nie starczyło już prawie miejsca dla ludzi. Dwie osoby z trudem się na nim mieszczą. W łazience wanna pełna wody, bo jak się okazuje woda jest tylko czasami i jak już się pojawi, to lepiej sobie napełnić wszystko, co tylko się da. Nie wiadomo przecież, kiedy znowu poleci. Za to prąd jest przez cały czas, bo od niedawno podłączono złodziejkę. Na ścianach poprzybijane gwoździami kable ciągnące się do żyrandola. Żarówa o mocy zawrotnych 40 wat. W łazience gołe druty, z których zwisa oprawka. Lepiej sobie to zanotować w pamięci, żeby zamiast na przełącznik w nocy nie złapać za kable. W drugim pokoju światła niet. Jak mówi pan recepcjonista, ten jest do spania tylko. A w ogóle to prawie nie jest hotel, bo na większości pięter mieszkają uchodźcy z Abchazji, wiec czego tu się spodziewać. Budynek pochodzi z 1937 roku i kiedyś niewątpliwie był bardzo ładny jednak brak pieniędzy na jego utrzymanie i w konsekwencji brak jakichkolwiek remontów zrobiły swoje. Hotel Kutaisi. Jak u Polańskiego w „Lokatorze” Nie rozpisywałbym się na temat pokoju aż tak bardzo, aczkolwiek muszę przyznać, że jest bardzo klimatyczny na swój sposób, gdyby nie fakt, że ceny hoteli w Gruzji są po prostu paranoiczne. W kraju, w którym średnia pensja to w porywach jakieś 60 USD a renta czy też emerytura to około 25 USD cena jakiegokolwiek dwuosobowego bardzo średniej klasy pokoju hotelowego oscyluje w okolicach 40 USD za noc. Szaleństwo jakieś. A dodatkowo targowanie się jest niemile widziane. Najlepsza opcją są kwatery prywatne. Tu jednak też jest problem, bo nie wszędzie można na nie liczyć. Dodatkowo nie jest tak łatwo je znaleźć, szczególnie jeśli przyjeżdża się do danego miasta pod wieczór, kiedy już uliczne babcie handlarki, które służą w takich przypadkach również jako informacja turystyczna, zwijają interes. Hotel „Kutaisi” z jego przystępną ceną jest wiec w tym układzie naprawdę świetnym miejscem do spania. Szczególnie, że nie stwierdziliśmy w nim obecności żadnych gryzoni. Zwiedzanie Kutaisi i okolic odłożyliśmy na następny dzień decydując się na gruntowe zapoznanie z ofertą gruzińskiego przemysłu spirytusowego. Jak już wcześniej pisałem oferta jest równie bogata co atrakcyjna cenowo. Zdecydowaliśmy się na pyszną wódeczkę pod tytułem „Ushba” za niecałe 8 zł za pół litra. Do tego pyszny gruziński serek, mniej pyszna nieznanego autoramentu kiełbaska i pomidorki. Plus stylowe wnętrze naszego hotelu, w którym niewątpliwie morze gorzały zostało już przez jego lata istnienia wypite. Takie miejsca mają niepowtarzalną atmosferę, nagromadzenie pijackich wrażeń. Fluidy po prostu… hehe. I pewnie dlatego, i również dzięki jakości trunku, dnia następnego kaca nie zanotowano. 24 Maja 2006Rano dowiedzieliśmy się dlaczego woda w hotelu jest tylko czasami. Już wczoraj frapowała mnie podwójna instalacja w łazience. Stare rury tkwiące elegancko w murach zostały zastąpione nowszymi położonymi na zewnątrz. Otóż kiedy włączono wodę, a my z entuzjazmem zabraliśmy się do napełniania wanny i innych dostępnych zbiorników, zauważyliśmy cieknące po ścianach strużki wody. W pokoju obok – tym tylko do spania – usłyszeliśmy kapanie i dopiero wtedy zauważyliśmy spore ubytki w suficie, przez które widać było rury kanalizacyjne i wodne. Najwyraźniej cały ten budynek ciekł jak sito i włączenie wody na dłużej niż godzinę dziennie doprowadzić mogło do potopu i być może zawalenia się całej konstrukcji. Na marginesie taka refleksja: dla nas to prawie atrakcja turystyczna, a dla kilkuset mieszkających tu nieszczęsnych ofiar wojny z Abchazji to smutna codzienność. Zwiedzanie Kutaisi i okolic rozpoczęliśmy od wizyty w niewielkiej, ale bardzo klimatycznej Cerkwi Zwiastowania, do której trafiliśmy całkiem przypadkiem. O jej historii nie wiem nic i nic się na miejscu również nie dowiedziałem. Wszystkie ściany obwieszone były obrazami i pięknymi ikonami. Zdjęcie „artystyczne”, światłość padająca na modlącą się. Kutaisi. Cerkiew Zwiastowania Potem posiedzieliśmy chwilę nad rzeką Roni, którą to wedle mitologii greckiej Jazon i Argonauci dotarli w głąb lądu w poszukiwaniu Złotego Runa. Realia podkopały moją wiarę w mit, no bo jak po czymś takim można żeglować, zwłaszcza pod prąd, czyli właśnie w kierunku w jakim rzekomo płynęli Argonauci. Rwąca rzeka Rioni Potem schodkami ostro pod górkę wdrapaliśmy się na wzniesienie, na którym stoją ruiny XI wiecznej katedry Bagrati. Wcześniej, bo jeszcze przed naszą erą, na tym wzgórzu znajdowały się umocnienia a później w VI wieku zamek królewski. Pozostałości owych murów znajdują się tam do dzisiaj, jednak najbardziej prominentnym obiektem jest oczywiście sama katedra. Pozbawiona dachu i w znacznej części zburzona najpierw przez Turków osmańskich a potem przez wojska rosyjskie trwa tam do dziś i wciąż robi niesamowite wrażenie. W ruinach stoi minimalistyczny ołtarz i raz w tygodniu odbywa się tam msza święta. Ze wzgórza rozciąga się piękna panorama okolic i widać też doskonale dolinę, w której położone jest Kutaisi. Katedra Bargati (fot. Agnieszka) Dalszy plan wycieczki obejmował wizytę w kompleksie cerkiewno-uniwersytecki Gelati. Dojechać tam można oczywiście marszrutką, ale nie odjeżdża ona dopóki się nie zapełni całkowicie, albo jeszcze lepiej bardziej niż całkowicie. Dobrze przeładowanym transportowym fordem transitem ruszyliśmy więc w góry. Po drodze przepiękne widoki, ale to udało mi się je zobaczyć, kiedy wracaliśmy stamtąd piechotą, bo w minibusie widoki całkowicie przesłaniał mi opasły pan prawie siedzący na moich kolanach. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się w jednym miejscu, aby pobić rekord Guinessa w ładowaniu transita ludźmi. Zupełnie poważnie mówiąc (pisząc) w pewnym momencie doliczyłem się ponad 35 sztuk wewnątrz pojazdu. Jakimś cudem wjechaliśmy pod górę i nieźle wymiętoszeni dotarliśmy do Gelati. W 1106 roku król Dawid Budowniczy wpadł na pomysł wybudowania na tym pięknym zielonym wzgórzu akademii. Ponieważ w tamtych czasach życzenie króla było rozkazem tak też i uczyniono. A że wówczas nauczanie było w gestii mnichów wybudowano również i cerkiew. Nauczano tam astronomii, matematyki, muzyki, retoryki i dialektyki. Przez stulecia był to najważniejszy w Gruzji ośrodek kształcenia i promowania nowych idei. Do dnia dzisiejszego przetrwały trzy świątynie, dobrze zachowane ruiny samej akademii i dzwonnica. Bije tam również święte źródełko, w którym woda jest „oczień charoszaja” jak zapewnił nas kręcący się po kompleksie dziadek. W cerkwi Matki Boskiej można obejrzeć przepiękne kolorystycznie freski w nieco naiwnej manierze. Na kopule ukazany jest Chrystus, a na ścianach sceny z jego życia. Jeden z nich przedstawiający Jezusa myjącego stopy apostołom szczególnie mnie zafrapował. Doliczyć się można na nim dwunastu apostołów, czyli liczba niby się zgadza. Nie widać jednak wszystkich twarzy, ponieważ brak jest we fresku perspektywy wynalezionej przez malarzy znacznie później. W przypadku niektórych późniejszych krzewicieli słowa bożego wedle Chrystusa widać tylko aureolę złotego koloru. A jedna z nich jest czarna... Czyżby ta należąca do Judasza? Fresk z apostołami. Ostatnią wolą króla Dawida Budowniczego było, aby po jego śmierci pochować go u stóp swoich poddanych w południowym wejściu do kompleksu. Oczywiście nie omieszkaliśmy pójść tam i zakłócić zmarłemu spoczynek. Sam tego w końcu chciał... Gelati z oddali. Z Gelati piechotą poszliśmy na poszukiwanie Motsamety, czyli kolejnej cerkwi położonej w przepięknej okolicy. Za radą jakiś lokalnych pijaczków wygrzewających się pod wiejskim sklepem z piwem i lodami udaliśmy się tam skrótem, który zaprowadził nas na tory, po których wałęsała się krowa. W Gruzji krowy pałętają się wszędzie i większość wygląda na bezpańskie. Notorycznie spotyka się je na środku szosy. Kierowcy nawet nie trąbią, bo bydlątka pewnie i tak nie reagują, tylko omijają je szerokim łukiem. Ale ta Mućka ryzykowała jednak nieco więcej, bo pociąg ominąć jej nie może, a drogę hamowania ma dosyć długą. W końcu doszliśmy do celu. Jakby ktoś chciał znaleźć spektakularne miejsce na postawienie budowli to po nauki radzę jechać do Gruzji. Motsametę wybudowano na wąskim pasie skał, po którego obydwu stronach znajdują się głębokie urwiska. W dole płynie rzeka a w oddali majaczą ośnieżone szczyty Kaukazu. Taki widok mają mnichowie jak się akurat nie modlą. Przy wejściu do kompleksu spotkaliśmy mieszkającego tam lokalnego żebraka, który cały dochód przeznaczał chyba na alkohol sądząc po ilości walających się dookoła pustych flaszek. Chyba też czymś handlował, ale nie wyglądaliśmy najwyraźniej na potencjalnych klientów. Łypnął na nas tylko okiem i nawet się z ławki nie podniósł. Może miał akurat przerwę albo dzień wolny? Wewnątrz kompleksu stoi mała cerkiew, w której znajdują się kości książąt Argveti, stanowiące cenną i przynoszącą spełnienie marzeń relikwie. Trzeba tylko przejść pod ołtarzem 3 razy i już. Taka starożytna wersja złotej rybki. Myśmy przeszli tylko raz, bo nie wiedzieliśmy ile razy trzeba, więc z pokoju na świecie i miłości między bliźnimi niestety nici Spotkaliśmy tam też miejscowego popa lub też zakonnika. Koleś miał niesamowitą brodę i parszywy charakter. Straszny mruk. Na moje pytania odpowiadał zdawkowo i bardzo gburliwie pomimo tego, że wrzuciłem parę monet do skrzyneczki ofiarnej. Ale chyba go rozumiem, bo pewnie tabuny ludzi tam się przewalają i w ciągu 53 lat, jakie spędził na tej górze słyszał już wszelkie możliwe pytania. Dodatkowo byliśmy z „Polszy” a więc kraju chrześcijańskiego, ale jednak heretyków. Foty sobie nie dał też zrobić i teraz mi szkoda, że nie strzeliłem mu jednej „z partyzanta”, ale takie mam zasady, że najpierw pytam a potem czasem żałuje. Do Kutaisi wróciliśmy najbardziej zdezelowanym pojazdem, jakim w życiu podróżowałem. Niech się schowają boliwijskie autobusy przy tym sprzęcie, który ulegał dezintegracji w czasie jazdy i to całkiem dosłownie – urwało się m.in. oparcie siedzenia. :: Next Page >> |
|