Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Nepal3 Czerwca 2006Jesteśmy w Katmandu... Nieźle, co? Mieliśmy dosyć czekania na irańskie wizy. To była paranoja i nie wiadomo, kiedy by się zakończyła. Podjęliśmy więc decyzje, aby lecieć do Indii lub Nepalu. Wyszedł z tego Nepal, bo do Indii nie mieliśmy wizy, a najbliższe miejsce gdzie można było ją załatwić to Ankara bądź Istambuł. W obydwu miejscach trzeba czekać minimum 5 dni, czyli płacić za hotel i żyć, a to w Turcji kosztuje. Z Batumi pojechaliśmy bez większych przygód do Istambułu – to już trzecia moja wizyta w tym mieście w przeciągu ostatnich 4 miesięcy. Stamtąd samolotem linii Gulf Air przez Bahrajn do Nepalu. W Bahrajnie spędziliśmy jedną noc w hotelu opłaconym przez linie lotnicze. Nasze oglądanie miasta ograniczyło się do przejazdu samochodem z lotniska do hotelu w nocy i pokonaniu tej samej trasy rankiem. Hotel był na zadupiu, wiec nie było sensu z niego wychodzić. Dookoła inne hotele i parkingi. Gorąco niesamowicie, chociaż nasz kierowca twierdził, że w nocy jest chłodno i przyjemnie. Jak na mój gust wcale tak nie było. Lotnisko w Katmandu jest malutkie i prowincjonalne, ale przyjemne. W naszym samolocie było bardzo mało turystów, bo to tutaj pora monsunu. Wszystko poszło w miarę sprawnie łącznie z otrzymaniem wiz ($30 USD na dwa miesiące). Potem daliśmy się wyhaczyć kolesiom z taksówką, którzy oczywiście zawieźli nas do swojego hotelu. Fajni byli, więc się na to zgodziliśmy wiedząc doskonale, że za pierwszą noc przepłacimy. Ale przynajmniej taksówka była za darmo. Potem wynegocjowaliśmy dobrą cenę (4 USD za dwójkę z łazienką) i zostaliśmy w tym miejscu, bo hotel jest bardzo ładny z ogrodem i w dobrym miejscu tuż obok Thamelu, ale z dala od zgiełku. Mamy nawet swoją własną świątynie bogini Kumari. W Katmandu można spać już za 1.5 USD od osoby, ale w paskudnej norze z łazienką na zewnątrz. Wybór hoteli jest tutaj olbrzymi zarówno na Thamelu jak i na Freak Street. 4 Czerwca 2006„Katmandu – nothing to do” jak mówią tubylcy. Więc mieszkamy sobie spokojnie opędzając się w nocy od komarów wiatrakiem włączonym na maksa. Nasza pyszna (naprawdę – minus szczury) rezydencja znajduje się tuż obok Thamelu, czyli sztucznego tworu powstałego na potrzeby turystów. Enklawa w mieście, które poza tym regionem wygląda dużo inaczej. Ale można w Katmandu życ rok lub dwa i niewiele poza Thamel się ruszać. Trzeba być idiotą, żeby tak zrobić, niemniej tak jednak jest. Thamel rozpieszcza turystów naprawdę godną Krakowa selekcją knajp i knajpeczek wszelkiej maści. Kuchnia całego świata, ale bigosu nie mają. Za to raj dla wegetarian, więc już w połowie jestem jaroszem. Najwięcej jest oczywiście sklepów z pamiątkami szeroko pojętymi. In plus jeśli chodzi o ofertę handlową zaliczam księgarnie różne, jedna – Pilgrim- doskonała z olbrzymią selekcją. I pełno innych z używanymi kniżkami również. Prawdziwe Katmandu jest inne. Biedne, zaniedbane. Wszechobecny jest brud na ulicach, sterty szybko gnijących w tym klimacie śmieci. Z wieloma błotnistymi drogami wysypanymi szutrem. Domy są zmurszałe i szare. Niektóre bardzo ciekawe. Ich drzwi nie mają czasem więcej niż 1,5 m wysokości. Często prowadzą do dziedzińca w podwórzu, na którym znajduje się pagoda wokół której odbywa się życie rodzinne. Sanctum i profanum, ale tutaj bogowie są bliżej i z wadami. Kubły, śmiecie, garnki z wodą i goły kilkuletni chłopczyk kąpiący się w kałuży. Czasem bezczelny szczur przebiegnie w poprzek. Miasto się rozpada. Może to wina monsunu. Podoba mi się tak na prawdę. Tylko niektórych ludzi, których tutaj widuję jest mi naprawdę żal. Mam na myśli zwykłych śmiertelników, którzy tak bardzo mocno muszą pracować tylko na to, aby przeżyć w totalnym ubóstwie. Na ulicach krowy i zatrzęsienie psów, które w mitologii hinduistycznej też mają specjalną rolę. Spędzamy czas – czekając na kolejną wizę, tym razem chińską – włócząc się po Katmandu. Jest co absorbować. Dobrze jest się przystosować do lokalnego trybu życia, czyli rannego wstawania i wczesnego kładzenia się spać. Bardzo wczesnego. Kilka dni temu wstaliśmy o 5:30 rano, bo chcieliśmy obejrzeć sobie opustoszały plac Durbar, czyli centralną część miasta dosłownie usianą świątyniami. Za późno. Nepalczycy wstają chyba o świcie po prostu. O tej porze było już całkiem sporo ludzi i wiele otwartych sklepów. Na schodach pagod spali wciąż panowie dnia poprzedniego a także bezdomni. Snuł się jakiś zaspany sadhu. Mężczyźni odlewali się na kupę śmieci leżącą na środku placu obok świątyni. W śmieciach grzebały dzieci. Na placu zaczynało tętnić życie. Nagle z zza rogu wybiegła kolumna żołnierzy. Jogging dookoła placu Durbar! Potem pojawiły się sprzedawczynie kwiatów służących do ceremonii modlitwy rozkładając żółte kobierce. A potem zapanował już zwykły chaos i harmider codzienności. 5 - 25 Czerwca 2006Spędziliśmy w Katmandu 3 tygodnie wypełnione włóczeniem się po mieście i okolicy. Nie miałem ochoty ani zapału jakoś, żeby w tym czasie pisać. Ten wpis będzie tylko bardzo krótkim streszczeniem tego, co się działo, pozbawionym refleksji. Załatwiliśmy wizy do Chin i Indii. Obie bezpłatne i w zasadzie bez problemu, ale po 5 dni na każdą czekaliśmy. Wiza pakistańska już za darmo nie jest. Koszt – 48 USD na miesiąc, ale wydana w przeciągu 1 dnia. Poznaliśmy Polaka, który od 8 lat mieszka w Nepalu. Spotykaliśmy się wielokrotnie i chyba nawzajem polubiliśmy. Był nieocenionym przewodnikiem i źródłem informacji na temat życia Nepalczyków i przesiedleńców ze świata, których w Nepalu nie brakuje. Oglądaliśmy mecze piłkarskie. Polska jak zwykle zawiodła. Obciach... Włóczyliśmy się po okolicach na wypożyczonym za grosze motorze odwiedzając Patan i Bhaktapur. Pod koniec pobytu w ambasadzie indyjskiej poznaliśmy parę Polaków jadących również do Indii. Teraz podróżujemy razem. Do Nepalu wracam za około trzy miesiące i to raczej na dłużej połazić po górach. Wtedy napiszę więcej o tym kraju.
|
|