Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Indie28 Czerwca 2006Dotarliśmy do Varanasi. Jeszcze w Katmandu poznaliśmy parę Polaków – Agnieszkę i Rafała, których plany podróżnicze pokrywają się jak na razie z naszymi. Jedziemy więć na razie we czwórkę. Podróż z Pokary w Nepalu zajęła nam dwa dni. Najpierw 9 upojnych godzin w lokalnym autobusie do Sonauli, czyli przygranicznego miasta w Nepalu. W sezonie jeżdżą na tej trasie autobusy turystyczne, które nie różnią się znacznie od tych lokalnych, ale nie zatrzymują się tak często by zabierać podróżnych. Są one jednak prawie dwukrotnie droższe. Lokalny autobus, którym my jechaliśmy wyglądał dość zabytkowo. Miał przynajmniej ze 30 lat. Był w zasadzie pozbawiony jakiejkolwiek amortyzacji. Wszystko w nim dzwoniło i telepało się na każdej dziurze w nawierzchni, a w Nepalu drogi składają się w większości z dziur właśnie. No i zakrętów, bo bardzo malownicza droga wiedzie cały czas przez góry. W środku nad przedziałem dla kierowcy znajdowała się mała kapliczka. I to pewnie dzięki opiece Sziwy nie wylądowaliśmy w żadnej przepaści, bo stan techniczny pojazdu i werwa kierowcy raczej nas do tego predestynowały. Planowaliśmy przekroczyć granicę jeszcze tego samego dnia i dojechać do Gorakhpur w Indiach, ale niestety na granicy byliśmy dopiero pod wieczór. Niecałe 190 km – 9 godzin jazdy. Wyobraźcie to sobie, bo mi brak słów, żeby to opisać. Przenocowaliśmy więc po stronie nepalskiej w jakimś obskurnym, ale tanim hoteliku i następnego dnia piechotą udaliśmy się do Indii. Przejście graniczne to po prostu kawałek obstawionej syfiastymi domkami ulicy. Krowy i ich odchody, kozy, psy i sterty śmieci. Pogranicznicy indyjscy siedzieli sobie w jakiejś obskurnej budzie, w której roiło się od much. Zaczynam wyrabiać w sobie umiejętność ignorowania tych stworzeń, kiedy łażą mi po rękach, nogach i twarzy. Odganianie ich jest i tak tylko bezsensownym zużywaniem energii. Tej wojny nie da się tutaj wygrać. Panowie celnicy dali nam do wypełnienia jakieś zwyczajowe w takiej sytuacji druczki i już byliśmy w Indiach. Welcome to India Okazało się, że do Varanasi można się dostać bezpośrednim rządowym autobusem. Pojazd ów wyglądał jak pierwsze, odległe już w czasie, osiągnięcia motoryzacji indyjskiej. Siedzenia miał i to był plus, ale wyglądały one jak w polskich autobusach miejskich. Normalnie żaden problem, ale jazda miała trwać 11 godzin. Odległość - jakieś 300 km. Innego jednak nie było, więc wsiedliśmy. Po drodze widoki nie do opisania. Pierwsze wrażenia w Indiach są chyba zawsze i dla każdego powalające. Jest bardzo brudno i biednie. Jadąc mijaliśmy wiele małych wiosek, gdzie ludzie gnieździli się przy drodze w lepiankach z gliny i bambusa przykrytych słomianymi strzechami. Wraz z nimi żyją tam zwierzęta domowe, czyli najczęściej kury, woły i psy. Obok leżą hałdy gnijących śmieci, których chyba nikt nigdy nie sprząta Osobnym tematem jest ruch uliczny. Bez wątpienia najważniejszym wyposażeniem każdego pojazdu jest klakson. Rikszarze mają natomiast niezwykle hałaśliwe dzwonki zainstalowane w taki sposób, że szprychy obracającego się koła uderzają w metal. Jazgot i harmider jest przez to niesamowity i choć wszędzie gdzie do tej pory w Azji byłem jest podobnie, to jednak natężenie decybeli zdecydowanie przekracza tutaj normę. Samochodów jeździ raczej niewiele. Przeważają motocykle i riksze, a także moto-riksze, czyli niewielkie trzykołowe pojazdy z dwusuwowymi silnikami motocyklowymi, do których można zmieścić niesamowitą liczbę Hindusów. Właśnie taką moto-rikszą dotarliśmy do dzielnicy Godauli znajdującej się nieopodal słynnych ghatów nad Gangesem. Na pierwszy rzut oka nikt by nie powiedział, że w moto-rikszę można zmieścić 5 osób i 4 wielkie plecaki. Nam się jednak udało. Taksówkarz okazał się być szubrawcem i wysadził nas nie tam gdzie chcieliśmy a przez całą drogę kłamał jak z nut. Mówił nam, między innymi, że w Varanasi są aktualnie problemy z prądem i hotele, które znajdują się w pobliżu Gangesu ciągną wodę prosto z rzeki, co jest niebezpieczne dla naszego zdrowia. Oczywiście on znał hotel, w którym woda była czysta a obsługa bardzo miła, ale kosztował on, bagatela, 500 rupii za dwójkę z łazienką. Olaliśmy te jego chore propozycję, ale i tak nas oszukał wysadzając na obrzeżach dzielnicy a nie w jej centrum tak jak uzgodniliśmy. Jeden do zera dla rikszarzy. Później się miało okazać, że jeszcze nie raz będą podobne problemy. Koniec końców doczłapaliśmy się na miejsce piechotą i po obejrzeniu kilku miejsc zdecydowaliśmy się na położony nad samym Gangesem hotel Alka. Całkiem tutaj czysto jak na standardy indyjskie i niedrogo (150 rupii za dwójkę), a plusem są tarasy z widokiem na Ganges i ghaty. Dodatkową „atrakcją” są małpy skaczące po dachach i usiłujące podkradać jedzenie. Kiedy siedzieliśmy na zewnątrz jedząc kolację oprócz sztućców dostaliśmy również wielki kij do naparzania tych stworzonek. Co jakiś czas pojawiał się też koleś z obsługi z procą, której sam widok wywoływał w małpach dobrze już zakodowany odruch Pawłowa zmuszając je do panicznej uczieczki. Podobne proce widziałem u ulicznych handlarzy, ale wtedy nie znałem jeszcze ich przeznaczenia. A przecież to takie logiczne... 29 Czerwca 2006Varanasi jest świętym miastem dla hindusów. Kiedyś nazywało się Benares i takiej nazwy do dzisiaj używa wielu ludzi. Patronem miasta jest bóg destrukcji, Sziwa. Hindusi wierzą, że jeśli umrą właśnie tutaj, a następnie zostaną spaleni na stosie a ich prochy wrzucone do Gangesu, ich dusze zostaną uwolnione z odwiecznego cyklu reinkarnacji zapobiegając w ten sposób wcieleniu się duszy w formę niższą, czyli np. zwierzęcia lub owada. Krótko mówiąc gwarantuje to pójście do nieba. Wierzą także, że kąpiel w świętych wodach Matki Gangi, jak sami nazywają tą rzekę, zmywa grzechy. Codziennie o świcie tłumy pielgrzymów idą na ghaty, czyli kamienne schody schodzące do rzeki, aby dokonać oczyszczających ablucji. Modląc się zanurzają się do pasa w wodzie, a następnie kilkakrotnie moczą głowę. Po modłach większość ludzi po prostu zaczyna się myć. Trochę zabawnie to wygląda, kiedy obok rozmodlonego kolesia stoi inny namydlony od stóp do głów, szorując ręką zęby i czyszcząc język charcząc przy tym tak głośno, że słychać go po drugiej stronie rzeki. Jeszcze inni po prostu sobie pływają wręcz rekreacyjnie. Poranna modlitwa. Tradycją jest również picie wody z Gangesu, co przy zanieczyszczeniu tej rzeki fekaliami, resztkami niedopalonych ciał i ogólnym zatruciu przekraczającym tysiąckrotnie wszelkie dopuszczalne normy, zakrawa na szaleństwo. Przypuszczam, że przeciętny człowiek spoza Indii by raczej tego nie przeżył, a już na pewno mocno się rozchorował. Matka Ganga jest jednak dla swoich czcicieli łaskawa. A po modliwie pranie. Ghaty ciągną się wzdłuż wybrzeża kilometrami. Jest ich bardzo wiele, a każdy ma swoją nazwę i historię. Większość służy do ablucji, a dwa są przeznaczone do kremacji zwłok. Na jednym z nich używa się pieca gazowego. Taka kremacja jest oczywiście tańsza, ale w oczach hinduisty nie gwarantuje tego, co spalenie na stosie opalanym drewnem. Do spalenia zwłok potrzeba od 200 do 300 kg drewna najlepiej sandałowego. Koszt takiego „pochówku” to około 4500 USD, czyli suma bajońska jak na realia Indii. Siła rzeczy mało kogo stać na taki wydatek. Używa się wiec innych gatunków. Swoja drogą dziwi mnie trochę brak egalitaryzmu, jaki się z tym wiąże. Skoro wystarczy być bogatym, aby dostąpić bram nieba czyż nie jest to w pewien sposób demoralizująca praktyka? 1 Lipca 2006Wczoraj udaliśmy się na dworzec, aby zakupić bilet na pociąg do Agry. Kolej to podstawowy środek transportu w Indiach. Sieć torów pokrywa prawie cały kraj, poza regionami górskimi. Prawie wszędzie można dotrzeć pociągiem, ale czasem nie jest to takie proste jak naiwnym „białasom” się wydaje. W Varanasi, podobnie jak w innych większych miastach Indii, na dworcu znajduje się specjalne biuro obsługi turystów zagranicznych, gdzie można dogadać się po angielsku. Wbrew obiegowej opinii wcale nie wszyscy tutaj mówią po angielsku, a już bardzo niewiele osób mówi w tym języku bardzo dobrze. Oczywiście można się prawie wszędzie dogadać w podstawowych kwestiach, ale aby uciąć sobie z kimś pogawędkę trzeba trafić na wykształconego człowieka, a tych w Indiach jest bardzo mało. A może nawet statystycznie dużo, ale giną w tłumie po prostu. Bilet do Agry na pociąg nocny udało nam się kupić bez problemu. Pan obsługujący turystów był bardzo pomocny i z góry wiedział, że interesuje nas najtańsza opcja sypialna, czyli tzw. sleeper. Oczywiście bez klimatyzacji – te są trzykrotnie droższe. Się siedzi, się wisi, ale się jedzie... i tak powiedzmy 12 godzin. W drodze powrotnej do hotelu znowu przyszło nam doświadczyć nieuczciwości rikszarza. Ustaliliśmy cenę na dojazd do kościoła (jest ich kilka w Varanasi), który znajdował się nieopodal naszego lokum. Koleś zawiózł nas natomiast do najbliższego kościoła w okolicach dworca, w sumie nie tak daleko od miejsca, do którego chcieliśmy się dostać. Tym razem jednak nie daliśmy się zrobić i po prostu przed zapłaceniem mu spytaliśmy się kogoś czy to faktycznie tutaj. I nie zapłaciliśmy. Po krótkiej sprzeczce rikszarz chciał nas dowieść tam gdzie było umówione, ale powiedzieliśmy mu żeby spier... Jest więc jeden-jeden. Jeżdżąc rikszą, lub też moto-rikszą, trzeba znać miasto nieco, albo jechać do jakiegoś znanego miejsca, które jest łatwo rozpoznać. Zawsze należy mieć drobne i nigdy nie płacić za kurs z góry. To w sumie takie niby proste, ale kolesie są niesamowicie cwani. Kilka dni później jeden z nich próbował nas zrobić na numer z brakiem benzyny. Polega to na tym, że w czasie jazdy kończy się nagle benzyna a kierowca nie ma oczywiście kasy na jej kupno i prosi o opłatę za kurs. A potem znowu wysadza naiwnych turystów diabli wiedzą gdzie. Hindusi są chyba szczęśliwi, gdy uda im się orżnąć białego. Kantują na każdym kroku i wszędzie i zawsze trzeba im patrzeć na ręce i wielokrotnie się upewniać, czy to co mówią, jest prawdą. Może mam nieco skrzywione spojrzenie na ten temat, bo siła rzeczy spotykałem się w większości z ludźmi zajmującymi się turystyką i przez to nieco spaczonych. Jednak w porównaniu w innymi krajami Hindusi wypadają fatalnie. Nie jest to również moja odosobniona opinia – tak twierdzą praktycznie wszyscy inni „plecakowicze”, których tutaj spotkałem. W żadnym innym kraju nikt nie próbował mi sprzedać kranówy nalewanej do butelki przez małe nacięcie w kapslu w taki sposób, aby wygłądało to na firmowo zapakowane. Takie ich zachowanie jest bardzo męczące na początku, ale można się do tego przyzwyczaić i po paru „wpadkach” nabrać niezbędnego doświadczenia w obcowaniu z cwaniakami. Trzeba być po prostu nieustępliwym i czasem wrzaskliwym. To działa – sprawdzałem. Niestety wiele osób dla świętego spokoju macha ręką na te kilka groszy i często woli np. wziąć następną rikszę, niż wykłócać się z kierowcą. To tylko utwierdza tych obwiesi w przekonaniu, że można białych bezkarnie rolować. Nasz podróż pociągiem do Agry obyła się bez większych wydarzeń. Miejsca w sleeperze są rezerwowane, więc nie ma problemów. Należy tylko przekuć łańcuchem bagaż do specjalnie po to zamontowanych pod siedzeniami haków, bo kradzieże są na porządku dziennym. Kuszetka wygląda podobnie jak w Polsce, ale dodatkowo wzdłuż korytarza są jeszcze po dwa łóżka naprzeciwko 6 tworzących coś na kształt przedziału, ale pozbawionego drzwi. W oknach nie ma szyb, tylko kraty i opuszczane metalowe żąluzje. Warto zadbać o to, aby mieć górne łóżko, bo środkowe w ciągu dnia jest najczęściej opuszczane tworząc wraz z dolnym siedzenie. Hindusi nie znają pojęcia przestrzeni osobistej i siadają gdzie i na co, lub kogo popadnie. Górna koja zapewnia spokój i bliskość znajdujących się pod sufitem wiatraków. Z drugiej jednak strony jesteśmy dalej od swojego bagażu i siłą rzeczy trudniej go pilnować. Pozostaje wiara w moc łańcucha. Pociąg był opóźniony tylko o 3 godziny, ale na szczęście udało nam się przeczekać je w klimatyzowanym wnętrzu poczekalni dla turystów. Trafiliśmy na najgorętsze dni w roku tuż przed monsunem, który w tym roku się nieco opóźnia. Temperatura w ciągu dnia dochodzi do 45 stopni. Jest również niesamowicie wilgotno. Chyba więcej pieniędzy wydaje na wodę, niż na jedzenie. Noc nie przynosi znaczącej ulgi – robi się tylko nieznacznie chłodniej, ale przynajmniej słońce nie smali w głowę. W wagonie temperatura jest jeszcze wyższa. Trzeba uważać na metalowe fragmenty konstrukcji, bo pomimo tego, iż wewnątrz przecież nie świeci na nie słońce, można się o nie poparzyć. Bardzo zimna woda sprzedawana przez kolesi non-stop kręcących się po wagonie nagrzewa się do temperatury zupy w przeciągu 10 minut. Jest po prostu jak w piekarniku i pot leje się ze mnie strumieniami. Zapadam w niespokojną drzemkę, przerywaną przez jakieś podłe owady urządzające sobie z moich stóp kolację. Po 12 godzinach upojnej jazdy z jeszcze większym, bo chyba 5 godzinnym opóźnieniem, docieramy do Agry. Gdyby nie ten upał, to podróż mógłbym nazwać przyjemną. Taj Mahal – widok z dachu hotelu. W Agrze instalujemy się w średnio obskurnym hoteliku oddalonym od Taj Mahalu o jakieś 100 metrów (150 rupii za dwójkę z łazienką). Z dachu, szumnie przez właściciela nazywanym restauracją, bo stoją tam dwa żadnym parasolem nieosłonięte stoliki, widać go jak na dłoni. Ale o tym później. Szukając hotelu należy mieć kilka rzeczy na uwadze. Po pierwsze wiatrak, absolutnie w tym klimacie niezbędny. Czy jest i czy działa. Jeśli działa, to warto też sprawdzić jak głośno. Potem woda w łazience. Czy jest i czy leci przez cały dzień. I pytanie najważniejsze – czy hotel posiada generator i czy ów działa.. Prąd wyłączany jest w tym kraju nagminnie. W mieście zapanowują wtedy egipskie (indyjskie? :) ciemności i trzeba bardzo uważać, żeby nie wdepnąć w święte krowie odchody. Nawet w ciągu dnia jest to bardzo trudne ze względu na ich makabryczną ilość, a co dopiero w nocy. Resztę dnia spędzam na piciu wody i piwa siedząc na dachu i obserwując jak starzy i młodzi Hindusi bawią się puszczając latawce. Latawce w Agrze. 3 Lipca 2006Dotarliśmy do New Delhi pociągiem i choć powinno to być bardzo proste, to jednak nie było. Czyli jak zwykle w Indiach. Najpierw była mała utarczka z rikszarzem jeszcze w Agrze, który po ustaleniu ceny na 20 rupii zaczął nam wmawiać, że któraś tam ulica jest zamknięta i musi jechać naokoło nadkładają drogi, w związku z czym cena usługi rośnie do 30 rupii. Wyśmiałem go i udowodniłem mu, że jechał właściwie skrótami a nie tak jak mógł główną a przy tym równiejszą ulicą. Na dworcu dostał tyle, co ustaliliśmy na początku. Pociągów do Delhi jest sporo i nie było żadnego problemu z kupieniem najtańszego biletu na miejsce nie rezerwowane. Za to z wejściem do wagonu był problem. Po prostu fizycznie było to niemożliwe tak napakowany był cały pociąg. Nawet bez plecaka by mi się to nie udało. Wsiedliśmy więc do sleepera i stanęliśmy w przejściu. Tak miały wyglądać następne 3 godziny plus pewnie z godzina standardowego opóźnienia. Po jakimś czasie przylazł kanar i zaczął domagać się jakiejś horrendalnie wysokiej dopłaty (jak na warunki indyjskie, bo w sumie to było może z 4 USD). I to nadal nie zapewniało nam miejsca siedzącego. Powiedzieliśmy mu, żeby się wypchał, i że wysiądziemy na następnej stacji, bo na takim bilecie jak mieliśmy można jechać jakimkolwiek pociągiem w tym kierunku. Oczywiście nie wysiedliśmy, a kanar nas później już ignorował po prostu. Kilka stacji dalej wysiadło kilka osób i przez następną godzinkę lub dwie drzemałem sobie na łóżku. A potem okazało się, ze pociąg ów nie dojeżdża do New Delhi Station, tylko zatrzymuje się kilka stacji wcześniej. W Delhi stacji jest chyba ze dwadzieścia tak w ogóle. Postanowiliśmy dojechać do naszej stacji podmiejskim pociągiem. No i zaczął się cyrk informacyjny, bo Hindus zapytany o coś, czego nie wie to prędzej skłamie, niż przyzna się do niewiedzy. Godzinę później i po dwukrotnym przełażeniu przez tory na dworcu (to tutaj na porządku dziennym wśród autochtonów) wsiedliśmy w końcu do wagonu bagażowo-pocztowego pociągu, który jechał do New Delhi. Wewnątrz było całkiem przyjemnie – dużo miejsca i panowie konduktorzy grający w karty i informujący nas co chwila, że dana stacja to jeszcze nie jest New Delhi. Może myśleli, że nie umiemy czytać? Tak czy inaczej przejechanie tych nieszczęsnych 300 km z Agry do New Delhi zajęło nam cały dzień i wycieńczyło całkiem mocno z powodu niesamowitego gorąca. 4 - 8 Lipca 2006Wciąż jesteśmy w Delhi. Mieszkamy w dzielnicy Pahar Ganj, tuż przy dworcu kolejowym. Jak na New Delhi to dosyć obskurna okolica, ale tutaj właśnie zlokalizowane są tanie hoteliki i wszelkiego rodzaju infrastruktura pomocna turystom. W sumie okolica nieciekawa i paskudna. Syf na maksa oczywiście, czyli prawdziwie indyjsko. Pełno krów i ich odchodów, psy, żebracy, uliczni sprzedawcy wszystkiego, czego człowiek nie potrzebuje, knajpki dla turystów, stoiska z ciuchami i owocami, a także sklep „U Miśka”, którego właściciel mówi po naszemu, bo robi z Polakami interesy. Hoteliki w Delhi w tym regionie to osobny temat. Stopniem obskurności przewyższają wszystko, co do tej pory widziałem w Indiach. Ceny jakby trochę wyższe niż gdzie indziej, bo to przecież stolica. Prąd wyłączają tutaj częściej niż w Agrze i Varanasi, więc hotel bez generatora to, nawet jeśli jest za darmo, to pomyłka – wiatrak pod sufitem musi chodzić przez cały czas inaczej prawie nie da się oddychać. Wymiana handlowa z Polską kwitnie Mieliśmy spędzić tutaj tylko dzień lub dwa w drodze na północ, ale wyszło jak zwykle inaczej i niezgodnie z planem. Stało się tak gównie dlatego, że próbowaliśmy zapisać się do Servasu, czyli międzynarodowej organizacji ludzi dobrej woli, którzy dają podróżnikom takim jak my nocleg. Organizacja ta istnieje już ponad czterdzieści lat. Jako jej członek można być albo gospodarzem przyjmującym pod swych dach podróżników, albo podróżnikiem, albo i jednym i drugim. Oczywiście nie ma żadnego przymusu i jeśli w danej chwili goszczenie kogoś nam nie pasuje, to po prostu odmawiamy. Jako podróżnik szukający noclegu musimy po prostu zadzwonić kilka dni wcześniej i zapytać o nocleg. Zapisanie się do Servasu do dosyć prosta sprawa – wystarczy wypełnić formularz, który następnie wysyłany jest do sekretarza organizacji w kraju, w którym akurat jesteśmy. Do tego dochodzi opłata rzędu 43 USD i swego rodzaju rozmowa kwalifikacyjna. Chodzi o to, aby przed przyjęciem ktoś z Servasu porozmawiał z kandydatem – przypuszczam, że chodzi o odsianie totalnych świrów. Po przyjęciu do organizacji dostajemy oficjalny list ze zdjęciem i dostęp do list gospodarzy w wybranych przez nas krajach. Organizacji podobnych do Servasu istnieje kilka, a ostatnio pojawia się ich coraz więcej, głównie za sprawą internetu. Sam nawet należę do jednej (Hospitality Club), ale Servas jest chyba największą i najprężniej działającą. Jest to moim zdaniem świetny pomysł. Z jednej strony pozwala podróżnikom zaoszczędzić pieniądze, a z drugiej umożliwia poznanie mieszkańców danego kraju. Zamiast ciągle lądować w hotelikach i obracać się w kręgach handlarzy i wszelkiego rodzaju agentów turystycznych mamy okazję poznać „prawdziwych” ludzi, ich poglądy, problemy i wszysko inne co stanowi o życiu w danym miejscu. Niestety sekretarz Servasu w Indiach mieszka w Bangalore i chociaż zgodził się na listowne załatwienie sprawy, to jednak postanowiliśmy zrobić to dopiero w Lahore w Pakistanie. Już nawiązałem kontakt z człowiekiem tam za to odpowiedzialnym, który zapewnił mnie, że możemy to załatwić w jeden dzień. Namolny sprzedawca instrumentów przypominających skrzypce na Pahar Ganju Pogoda w New Delhi jest teraz całkowicie nieznośna. Temperatury sięgają 45 stopni,a przy okazji jest niesamowicie wilgotno. Podobno spóźnia się monsun, który ma przynieść nieznaczne, ale mocno przez tubylców wyczekiwane, ochłodzenie. Dla nas nie wiadomo co gorsze – skwar, czy deszcz? Z powodu pogody odpuściliśmy niemal całkowicie zwiedzanie miasta wiedząc, że wrócimy tutaj w zimie, kiedy klimat będzie o niebo znośniejszy. Ograniczyliśmy się do kilku spacerów i wypraw do centrum miasta, które wygłąda nieco, ale naprawdę tylko nieco, lepiej od reszty miasta. Znaleźć tutaj można sklepy z klimatyzacją, kila salonów motocyklowych, jadłodajnie McDonald’s (nie weszliśmy) i KFC (weszliśmy na kawę i klime). Odwiedziliśmy też główna pocztę, bo chcieliśmy wysłać dyski ze zdjęciami do Polski. Na poczcie brak kopert – jest tylko jeden rodzaj. Dlaczego mnie już to nie dziwi? Dobrze, że w ogóle jakieś są. Dobre pół godziny latania w upale po okolicznych sklepikach zajęło nam znalezienie zwykłej szarej koperty o rozmiarze pozwalającym na włożenie do niej dysków. Takich z folią i pęcherzykami powietrza nie ma w całym mieście – swoją drogą jest interes do zrobienia, bo turyści by to kupowali :) Wysyłka bez problemu, a nawet miło było, bo pan w okienku wystawił tabliczkę, że idzie na lunch, ale czekał aż pozawijamy wszystko elegancko i kupimy znaczki odganiając w tym czasie innych petentów i krzycząc do nich, że jest na przerwie. Co ciekawe wrzeszczał po angielsku, z czego wnioskuje, że chciał się upewnić, iż wiemy, że robi nam przysługę. Któregoś dnia odwiedziliśmy też okolice łuku triumfalnego zwanego Bramą Indii. Upamiętnia on wszystkich żołnierzy indysjkich poległych na przeróżnych frontach świata. Ten równie wieli co toporny monument znajduje się w parku, czyli w tym okresie głównie wysuszonej trawa i kilku ledwo żywych, ale wciąż dzielnie walczących z upałem, drzewek. Wokół w chmurach spalin i jęku dwusuwowych silników jeżdżą miliony moto-rikszy. Jest też niedziałająca fontanna, a w cieniu obumierającej roślinności siedzą turyści, ale głównie z Indii. Po raz kolejny staliśmy się atrakcją turystyczną i robiono sobie z nami zdjęcia. Chyba zacznę pobierać za to opłaty. Brama Indii i riksze (fot.Agnieszka) Jedna rzecz jest w Delhi naprawdę zaskakująca, bo do indyjskich realiów już zdążyłem się przyzwyczaić i zarówno bieda na ulicy jak i bałagan i mentalność Hindusów mnie nie dziwią. Zaskoczyło mnie za to metro w Delhi, które jest naprawdę doskonałe i nowoczesne. Klimatyzowane wagony (ale już nie stacje), szerokie futurystycznie wyglądające perony, sprawna obsługa i pomysłowy system opłat. XXI wiek po prostu. W przypadku większości stacji, na których wysiadałem kontrast między wnętrzem metra a ulicą jest olbrzymi. To czasem tak jakbyśmy przenosili się dobre 100 lat wstecz. Z klimatyzowanego srebrzystego pociągu do napędzanej siła ludzkich mięśni rikszy. To naprawdę kraj kontrastów, którym pieniądze można przechowywać w banku pod boską opieką: A może by tak „Jezus Bank” panowie z PIS? :: Next Page >> |
|