Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Pakistan6 Sierpień 2006Dotaliśmy do Lahore. To już Pakistan. Granicę w Wagah pomiędzy Indiami a Pakistanem przekroczyliśmy na piechotę. Z Amritsaru można dostać się tam w niecała godzinę. Jak na przejście pomiędzy dwoma państawmi o bardzo napiętych stosunkach politycznych to bardzo wuluzowane miejsce. Wręcz senne można powiedzieć. Panowie celnicy indyjscy byli nieco bardziej przejęci swoją pracą od pakistańskich, ale nie sprawiali żadnych problemów. Zadawali tylko pytania czy nie przewozimy narkotyków i innej kontrabandy. Ograniczyli się do zajrzenia do jednego plecaka i to też tylko tak pro forma. Po pakistańskiej stronie pogranicznicy zaprosili nas do stolika stojącego na zewnątrz na pogaduszki, a w tym czasie jakiś koleś zabrął nasze paszport i poleciał je podbić. Nasze bagaże i potencjalny przewożony w nich szmugiel w ogóle ich nie interesowały. W ten sposób znaleźliśmy się w Islamskiej Republice Pakistanu. Za tą bramą już Pakistan (fot.Agnieszka) Autobusem, w którym kobiety siedzą z przodu odgrodzone od części dla mężczyzn metalową bramką pojechaliśmy w kierunku Lahore. Sprzedawca biletów w takim autobusie ma niezły problem, bo prawie żadna z wsiadającyh kobiet nie ma pieniędzy i odsyła go do części tylnej w poszukiwaniu jej męża. My też zostaliśy rozdzieleni, a akurat tym razem ja trzymałem kasę. Po drodze widoki dosyć rozpaczliwe, bo z powodu trwającego monsunu wszędzie na poboczach potworzyły się olbrzymie kałuże. W wioskach, przez które przejeżdżaliśmy nie ma chodników. Budynki są oddalone od drogi o kilka metrów nieutwardzonej ziemi, która w tym okresie staje się bagnem. Grzęzną w nim ludzie i pojazdy. Wszędzie kręci się pełno bawołów wodnych i psów, a hałdy śmieci i przeróżnych industrialnych odpadków co kilkaset metrów blokują ulice. Obraz nędzy i rozpaczy po prostu. Na pierwszy rzut oka biedniej niż w Indiach, ale za to ludzi o połowę mniej. Po drodze uciąłem sobie krótką konwersację z młodym człowiekiem, który doskonale władał angielskim. Był ponoć prawnikiem. Bardzo go interesowało, czy jestem muzułmaninem, o co mnie podejrzewał z powodu brody, jaką sobie przez kilka ostatnich miesięcy wychodowałem. Nie był zbytnio rozczarowany, kiedy dowiedział się, że jednak nie. Potem rozmawialiśmy o małżeństwach, bo on był bardzo ciekaw, czy u nas są aranżowane czy raczej z miłości. Oświecił mnie, że kiedy człowiek jest zakochany, to nie widzi wad przyszłego partnera. Twierdził także, że kiedy dwoje dobrych muzułmanów się pobiera, to Allach pomoże i miłość się pojawi. Nie wiem, co robi Allach jak mężczyzna jest złym muzułmaninem, ale wiem, że kobieta rozwodu wziąć nie może. Ale o obyczajach tutaj panującyh będzie później i to sporo... W Lahore wlogowliśmy się do „słynnego” Regale Internet Inn. Miejsce w sumie mało ciekawe pod względem standardu i ceny, ale za to spotkać tam można wielu podróżników-plecakowiczów, wymienić opowieści i poznać właściciela Malika, który w sumie jest niezłym źródłem wszelkich informacji. Pracował kiedyś jako reporter i sporo podróżował po świecie. Światły człowiek po prostu i bardzo kontaktowy. Dosyć późnym wieczorem wybraliśmy się na poszukiwanie jakiegoś jedzenia. Na ulicy panował niesamowity zgiełk i wrzawa. Ludzi było wszędzie pełno, co było niezłą odmiana po Indiach, gdzie większość populacji chodzi spać z kurami. Po drodze w tłumie Agnieszka doświadczyła tego, co potem Malik opisał nam jako chorobę mężczyzn w Pakistanie, czyli podszczypywania. Ponoć nie mogą się oni od tego powstrzymać, kiedy widzą turystkę. Jak się potem okazało załóżenie lokalnego wdzianka rozwiązuje problem. Znaleźliśmy jakąś małą lokalną jadłodajnie zagubioną w ciemnych uliczkach nieopodal naszego hotelu i zamówiliśmy ryż z warzywami czy coś podobnego. Po kilku minutach mężczyzna, który siedział z nami przy stole (zwyczajowo siada się tutaj gdzie jest miejsce, a nie jak w Europie przy osobnych stolikach) zapytał się czy może zapłacić za naszą kolację. Wcześniej zamieniliśmy z nim dosłownie trzy słowa przywitania. Odmówiliśmy grzecznie, ale on i tak to zrobił. To był pierwszy objaw gościnności pakistańskiej, do jakiej później przyzwyczaili nas kolejni spotykani tutaj ludzie. Pakistan to kraj o bardzo krótkiej, bo zaledwie sześćdziesięcioletniej historii. Przed 1947 rokiem, kiedy oficjalnie utworzono ten, kraj całe jego terytorium, podobnie jak reszta subkontynentu indyjskiego, znajdowało się pod panowaniem brytyjskim. Po zakończeniu drugiej wojny światowej Wielka Brytania znalazła się w położeniu uniemożliwiającym dalsze podtrzymywanie istnienia Imperium. Wewnętrzne problemy ekonomiczno-polityczne i zmieniająca się atmosfera międzynarodowych stosunków, a przede wszystkim niepodległościowe ruchy i masowe protesty w Indiach zmusiły Brytyjczyków do zrezygnowania z posiadania tej bardzo lukratywnej kolonii. W Indiach istniały wówczas dwie silne organizacje polityczne. Kongres Narodowy Indii reprezentujący interesy Hindusów i Liga Muzułmańska zrzeszająca mahometan, którzy stanowili bardzo znaczną mniejszość religijną. W 1947 roku ostatni wicekról Indii z nadania brytyjskiego, lord Louis Mountbatten, opracował plan podzielenia półwyspu na dwa suwerenne państwa. Stało się tak pod presją głównie Ligi Muzułmańskiej i jej przywódcy Mohammeda Aliego Jinnaha, który obawiał się, że bez utworzenia odrębnego kraju muzułmanie będą w Indiach pozbawieni wolności religijnej. Kongres Narodowy z sympatyzującym z nim Gandhim był temu początkowo zdecydowanie przeciwny, ale w końcu osiągnięto w tej materii porozumienie. Wyznaczono granicę tworząc dwa suwerenne państwa. Terytorium Pakistanu obejmowało dzisiejsze tereny tego kraju zwane Pakistanem Zachodnim, a także Bangladesz, który wówczas nazywał się Pakistanem Wschodnim. Rozpoczęła się niespotykana wcześniej na taką skalę migracja ludzi. Ponad 3.5 miliona Hindusów i Sikhów wyjechało do Indii. Równocześnie około 5 milionów uchodźców muzułmańskich emigrowało do Pakistanu. Nie obyło się podczas tego procesu bez masowych rzezi, w których celowały obie strony. Spowodowało to niechęć obu nowopowstałych nacji do siebie spotęgowaną później jeszcze konfliktem o księstwa Kaszmiru, Dżanagathu i Hajdarabadu. Brytyjczycy rządząc Indiami nominalnie pozostawili u władzy 562 maharadżów, którzy jako wasale Korony Brytyjskiej rządzili swoimi księstwami. Maharadżowie mieli dokonać wyboru, w którym z państw chcą, aby znalazło się ich księstwo. Władcy trzech wyżej wymienionych księstw licząc na otrzymanie większych autonomii zwlekali z decyzją. W końcu wojska indyjskie zajęły w przeważającej części hinduski Dżanagath i Hajdarabad, chociaż ich maharadżowie byli muzułmanami. Zostało to oprotestowane przez Pakistan, ale polityka faktów dokonanych tym razem się powiodła. W Kaszmirze sytuacja była odwrotna – maharadża Hari Singh był hindusem, ale znaczna większość populacji (około 80%) była wyznania muzułmańskiego. W końcu w obliczu zamieszek i rewolty o podłożu religijnym podjął on decyzję o przyłączeniu Kaszmiru do Indii, ale nie przeprowadził wcześniej zalecanego przez Mountbattena plebiscytu wśród ludności. Oczywiście nie spodobało się to Pakistanowi. Rozpoczął się trwający do dzisiaj krwawy konflikt o Kaszmir stanowiący kość niezgody pomiędzy obiema nacjami i popychający je do nuklearnego wyścigu zbrojeń. 14 sierpnia 1947 państwo Pakistan oficjalnie zaczęło istnieć. Następnego dnia powstały Indie. Podzielony na dwie części Pakistan siła rzeczy nie mógł utrzymać jedności państwowej, zwłaszcza, że mieszkańcy Bangladeszu, chociaż również byli muzułmanami, to stanowili odrębną grupę etniczną Bengalów mówiącą zupełnie odrębnym językiem Bangla. W Bogatszy i bardziej wpływowy Pakistan Zachodni nalegał, aby jedynym oficjalnym językiem dwóch części kraju był używany tylko w części zachodniej Duru. Dopiero w 1954 postulat Bengalów dotyczący usankcjonowania prawnego dwujęzyczności kraju został spełniony. Kolejnym problemem była nierównomierna reprezantacja w połączonym parlamencie. Każde z części Pakistanu miała w nim taką samą liczbę posłów, co mieszkańcy Pakistanu Wschodniego uważali za niesprawiedliwe, ze względu na to, że w ich części kraju mieszkała większość populacji. Dodatkową problematyczną kwestią był preferencyjny w stosunku do Pakistanu Zachodniego podział środków budżetowych. W 1969 roku zmieniono ordynację wyborczą i w następnych wyborach partia Awami League ze Wschodniego Pakistanu zdobyła większość parlamentarną. Nie spodobało się to części polityków z zachodniej części. Demonstracje we Wschodnim Pakistanie popierające nowy rząd zostały brutalnie zdławione przy użyciu kontrolowanej przez Zachód armii, co doprowadziło do wybuchu wojny domowej. Do całej sprawy wmieszały się Indie, które stwierdziły, że w ich interesie politycznym jest utworzenie państwa Bangladesz i osłabienie w ten sposób Pakistanu. Wysłane przez nich siły zbrojne przechyliły szalę zwycięstwa na rzecz Wschodniego Pakistanu. 16 grudnia 1971 roku oficjalnie powstało państwo Bangladesz. Większość Pakistańczyków, z którymi na ten temat rozmawiałem, uważa, że wina za rozpad państwa leży po stronie Pakistanu. Są w tej materii bardzo samokrytyczni, ale podkreślają, że tak rozczłonkowane państwo nie miało i tak szans na dłuższe przetrwanie. 7 Sierpień 2006Rano skontaktowaliśmy się z sekretarzem generalnym Servasu w Pakistanie panem Muhammadem Naseemem. O Servasie pisałem już wcześniej, kiedy planowaliśmy zapisać się do tej organizacji w Indiach. Z Muhammadem korespondowałem już wcześniej via email, więc spodziewał się naszego przybycia. Godzinę później przyjechał po nas na motocyklu i zabrał nas do swojego domu. Ja pojechałem z nim motorem, a Agnieszka z gratami dojechała rikszą. Dostaliśmy do dyspozycji pokój jego syna. Naseem był niesamowicie uradowany – byliśmy pierwszymi jego gośćmi z Polski. Po wypiciu herbatki i pogaduszkach wybraliśmy się do miasta w poszukiwaniu bankomatu. Muhammad zaś musiał pójść do pracy. Wraz z bratem prowadzi on fabrykę materaców. Kiedy wróciliśmy z miasta poznaliśmy jego żonę i syna. Później pojawił się jego dobry znajomy z samochodem i udaliśmy się z wizytą do córki Naseema. Po drodze zatrzymaliśmy się w salonie fryzjerskim, którego właścicielem był ów zmotoryzowany przyjaciel Muhammeda. To najlepszy zakład fryzjerski, jaki widziałem na subkontynencie, aczkolwiek darmowe golenie, które zaliczyłem nie było idealne. No ale przynajmniej wiedzą tutaj jak przycinać brodę, bo Hindusi sobie z tym nie radzili. W międzyczasie Agnieszka ścinała włosy i czesała się w przyległym salonie dla kobiet. Czyściciel uszu na bazarze w Lahore. Ta usługa kosztuje więcej niż czyszczenie butów (fot.Agnieszka) W końcu po iluś tam jeszcze przystankach dotarliśmy do mieszczącego się trochę na przedmieściach domu córki Naseema. Muhammad jest muzułmaninem, ale można powiedzieć, że postępowym. Jego żona chodzi do pracy, córka skończyła studia, a syn ma wyjechać na uczelnie na zachód. Jednak pomimo tego małżeństwo zostało zaaranżowane. Córka nie miała okazji poznać swojego męża przed ślubem, ale jak twierdził Naseem zaufała wyborowi ojca i rodziny. Widziała tylko zdjęcie przyszłego pana młodego. Źle nie trafiła, bo jej małżonek jest finansistą o tak niezłych dochodach, że był jej w stanie kupić pół kilograma złota w prezencie ślubnym. Taki prezent to przyjęty tutaj obyczaj. Im ktoś majętniejszy tym więcej złota kupuje. Wesele było bardzo wystawne – sam makijaż panny młodej kosztował przeszło 200 USD, a wyglądała ona z nim jak gwiazda filmowa z Bollywood. Te pół kilo złota w wyrobach zdobiło pannę młodą podczas ceremonii zaślubin. Wizyta była raczej krótka i miała na celu chyba pokazanie nas reszcie rodziny jako pewnej osobliwości. Poznaliśmy też małego wnuka Muhammeda, który jest oczkiem w głowie całej rodziny. Wracając zajechaliśmy jeszcze do wypasionej chińskiej knajpy, gdzie lekko podtrułem się zupką z krewetek. Jedzie facet na traktorze z zainstalowanym megafonem, z którego leci szałowa muza. I uśmiech na twarzy – tacy są Pakistańczycy... 8 - 11 Sierpień 2006Następne trzy dni Naseem w zasadzie nie pozwolił nam nigdzie pójść samym. Było to z jego strony bardzo gościnne i wymagało pewnej reorganizacji jego dnia pracy, ale w sumie dla nas nieco męczące. Od poranka do wieczora dzień mieliśmy wypełniony wizytami u jego licznych znajomych, często również członków Servasu. Wszędzie musieliśmy wypić herbatę, a czasem zjeść posiłek. Powoli stawaliśmy się sławni w Lahore. Były wywiady i wizyty w zakładach pracy. Naseem obwoził nas po Lahore na motocyklu. Jeździliśmy we trójkę, co i tak nie jest żadnym osiągnięciem, bo Pakistańczycy potrafią jeździć w piatkę. Pewnego razu, kiedy jechaliśmy z Naseemem przez bazar, zatrzymaliśmy się na moment przy stoisku z sokami owocowymi. Akurat zbliżał się dzień niepodległości Pakistanu i na ulicach sprzedawano flagi, proporczyki i inne gadżety patriotyczne. Dostałem w prezencie opaskę na głowę w kolorach flagi pakistańskiej i z hasłem, goszczącym, że serce Pakistanu bije. Zaledwie 50 metrów dalej zatrzymała nas ekipa telewizyjna jednego z popularniejszych tutaj kanałów GeoTV, która robiła sondę uliczną na temat zbliżających się obchodów. Od razu wpadliśmy im w oko, bo oboje byliśmy ubrani w lokalne stroje pakistańskie, zwane shalwar kameez, czyli długie tuniki sięgające kolan i luźne spodnie, które dostaliśmy w prezencie (Agnieszka od Naseema, a ja od jakiegoś Słoweńca, który wyjeżdżał z Pakistanu). Dodatkowo ja miałem na głowie tą niedorzeczną opaskę. Udzieliliśmy więc wywiadu na temat naszych pierwszych wrażeń w Pakistanie. Wypowiadaliśmy się w zasadzie w samych superlatywach, co było zgodne z naszymi odczuciami i bardzo spodobało się panu redaktorowi. W międzyczasie powstało oczywiście olbrzymie zbiegowisko ciekawskich facetów. Odjechaliśmy wśród wiwatującego tłumu, żegnani okrzykami na cześć Pakistanu. Podobno emisja programu miała się odbyć w dzień niepodległości, ale nie mieliśmy okazji tego oglądać. Następnego dnia wybraliśmy się do zakładu pracy w pobliżu Lahore. Właścicielem był znajomy Naseema, także członek Servasu. W fabryce produkowano towar eksportowy, mianowicie kostiumy na Halloween. Całość produkcji wysyłano do USA, Kanady i kilku krajów europejskich. Pokazano nam katalogi z szeroką ofertą produkcyjną, a później odwiedziliśmy ku zdziwieniu i uciesze pracowników sale produkcyjną. Przy maszynach do szycia sami mężczyźni, kobiety natomiast pakowały gotowe stroje do worków. Materiały sprowadzane z Chin, technologia, czyli maszyny europejskie, wzory głównie amerykańskie, a rękodzieło pakistańskie. Jednym słowem globalizacja pełną gębą. Powygłupialiśmy się tam trochę zakładając przeróżne kostiumy i robiąc zdjęcia. Kraj muzułmański, na ulicach prawie kobiet nie widać, a na krawatach takie nieprzyzwoitości. No, ale to na eksport, więc Allach wybaczy (fot.Agnieszka) Tego samego dnia udało nam się w końcu wyrwać z pod opieki Naseema i odwiedzić olbrzymi fort w Lahore i jeden z większych meczetów na świecie, czyli Badshahi. Obie te budowle pochodzą z czasów panowania Wielkich Mogolów i w sumie są architektonicznie podobne do budowli znajdujących się w Indiach. Meczet Badshahi robi spore wrażenie, głównie ze względu na olbrzymi plac, który podobno może pomieścić 100,000 wiernych, a okolony jest bogato zdobionymi podcieniami. W jednym z nich mieści się muzeum, w którym można zobaczyć Koran wyszyty złotą nitką na ozdobnych kartach wielkich ksiąg. Dosyć oryginalnie i pięknie to wygląda i nikt nie pokusi się o zniszczenie świętej księgi, co jest w Pakistanie ciężkim przestępstwem. Ileś tam ludzi rocznie jest ukamienowanych pod zarzutem niszczenia Koranu, bo słowa bożego niszczyć nie wolno. Nie jest to oczywiście oficjalna kara rządowa, ale zdarza się to często w regionach, gdzie religia jest bardzo silna, a mułłowie mają decydujący głos w sporach. Podobno nawet, jeśli jakaś gazeta wydrukuje fragment Koranu, to papier ten staje się w mniemaniu co bardziej ortodoksyjnych muzułmanów święty i nie wolno go niszczyć. Sytuacja jest tak naprawdę nieco paranoidalna, bo co robić ze zużytymi Koranami? Doszło do tego, że rząd rozpatrywał możliwość powołania specjalnego urzędu, który zajmowałby się utylizacją owych książek, ale nic z tego nie wyszło. Jeszcze później (a może wcześniej, bo trochę mi się wszystko już pomieszało w pamięci) odwiedziliśmy znacznie mniejszy, ale również przepięknym meczet Wazir Khan znajdujący się nieopodal Delhi Gate na starym mieście. Jest on mocno zaniedbany i powoli się rozsypuje, ale wciąż urzeka niesamowicie kolorową mozaiką terakoty, jaka pokrywa ściany okalające dziedzinic i minarety. Meczet Whazir Khan – widok z minaretu. Przy okazji pisania o tych meczetach powinienem nadmienić, że różnią się one architektonicznie od tych, które widziałem na Bliskim Wschodzie. Tam meczet przypominał raczej kościół, czyli stanowił zamkniętą budowlę, najczęściej na planie kwadratu, zwieńczoną kopułą wzorowaną na greckich i rzymskich budowlach. Charakterystyczne były wąskie i strzeliste minarety. Meczety spotkane przez mnie w Indiach i Pakistanie zbudowane są nieco inaczej. Wchodzi się do nich przez bardzo ozdobną bramę wejściową, za którą roztacza się kwadratowy dziedziniec, granice którego wyznaczone są przez arkady dające ocienione miejsca do cichej medytacji. Na środku placu jest basen służący do ablucji przed modlitwą, zaś na przeciwległym końcu wznosi się największy budynek sali modlitewnej zwany musallą, w którym jest mirhab wyznaczający kierunek świętego miasta Mekki. Jest to otwarta konstrukcja pozbawiona wszelkich mebli z wieloma łukowatymi wejściami i zwieńczona jednym, a w przypadku znaczniejszych meczetów wieloma cebulowatymi kopułami. Na rogach dziedzińca znajdują się cięższe w formie minarety, przypominające nieco wieże dzwonnicze. Całość ma przypominać rozkład domu Mahometa, który był pierwszą w historii świątynia muzułmańską. Meczety spotykane w tej części świata są zazwyczaj najczęściej starsze od tych na Bliskim Wschodzie i budowane są w stylu perskim, podczas gdy te bliżej Europy odzwierciedlają wpływy sakralnej architektury chrześcijańskiej, co jest zrozumiałe, zwłaszcza, że sporo z nich było wcześniej kościołami (vide Hagia Sofia). Meczet Badshahi – brama wejściowa na dziedziniec Meczet Badshahi – główna sala modlitewna. Ostatnim punktem programu przed wyjazdem z Lahore była nocna wizyta w sanktuarium Data Ganj Bakhsh Hajveri poświęconej jednemu z najważniejszych nauczycieli sufizmu. Co czwartek odbywają się tam qawaali, czyli koncerty nabożnej muzyki sufickiej. Sufizm to ogólna nazwa używana do określenia nurtów mistycznych w Islamie. Początki sufizmu to VII wiek naszej ery, czyli pierwszy wiek istnienia religii muzułmanów. Nie jest to odrębna gałąź Islamu. Sufizm rozwijał się zarówno wśród sunnitów jak i szyitów. Ogólnikowo można sufizm określić jako mistyczną ścieżkę prowadzącą do osobistego poznania boga, poprzez ascezę i zjednoczenie z nim. Ważną rolę w tym procesie odgrywa poezja i muzyka. Sufici zwani są w niektórych regionach świata derwiszami lub fakirami, które to oba słowa oznaczają w języku perskim i arabskim biedaka lub nędzarza. Do tradycji sufich należy wprawianie się w trans podczas tańca, służące mistycznemu pojednaniu z bogiem. Jest to naprawdę niesamowite widowisko, w którym bierze się udział bardzo bezpośrednio. Qawaali w Lahore nie jest jakimś pokazem organizowanym dla turystów, ale po prostu celebracją wyznawców sufizmu, która otwarta jest dla wszystkich zainteresowanych. Kiedy przyjechaliśmy tam około godziny 22 cała świątynia wypełniona była setkami mężczyznami siedzących na podłodze. W jednym końcu dziedzińca – sanktuarium jest otoczone budynkami, a wewnątrz znajduje się otwarta przestrzeń – grało dwóch muzyków na tradycyjnych instrumentach zwanych dhol, czyli wielkich bębnach przewieszanych przez szyję i zwisających na brzuchu. Wokół unosił się zapach haszyszu, który palili dosłownie wszyscy tam zgromadzeni. Przed muzykami kilka osób tańczyło w mistycznym uniesieniu. Po wyrazie ich twarzy widać było, że są w innym świecie. Mieliśmy szczęście, bo akurat nieco później tego wieczoru grało dwóch mistrzów dhola – bracia Gonga i Mithu Sain. Są oni naprawdę niesamowici. Nigdy w życiu nie słyszałem takiej muzyki granej na bębnach. Momentami brzmiało to jak całkowicie elektronicznie generowane dźwięki. Tępo i synchronizacja tych gości była nieludzka. Nie dało się przy tym usiedzieć i coraz więcej ludzi zaczynało tańczyć, a ci którzy byli zbyt ujarani, aby się ruszyć wpadali w trans siedząc na podłodze i kręcą rytmicznie głowami w niesamowicie szybki takt muzyki. Totalna jazda bez trzymanki po prostu. W powietrzu rozpylano wodę różaną, a w tłumie siedzących co chwila pojawiał się gość z wielkim wachlarzem w ręku, którym wymachiwał z absolutnie nieobecnym wyrazem twarzy. Co jakiś czas roznoszono też różne małe smakołyki, a przez cały czas krążyły wokół papierosy nabite haszem (w Pakistanie nie zwija się z jakiegoś powodu jointów, tylko używa opróżnionych papierosów nie odrywając z nich nawet filtra). Gonga i Mithu zaś dokonywali cudów muzycznych. Na dhola gra się pałeczkami. Jedna wygląda jak zakrzywiona laska świętego Mikołaja i jest dosyć gruba i masywna. Druga natomiast długa i cienka. Czasami uderza się nią najpierw w krawędź bębna, aby wprawić ją w wibracje. Naprawdę brak mi słów na opisanie tej muzyki, a szczena już w ogóle opada, kiedy dowiadujemy się, że jeden z braci, Gonga, jest głuchy i niemy od urodzenia. Ojciec nauczył go grać wystukując rytm na jego plecach. Kiedy grają razem z bratem Gonga podobno wyczuwa rytm podbrzuszem. W tłumie tańczących, co jakiś czas ktoś doznawał ekstatyczno-mistycznych przeżyć i często musiano takich jegomości odnosić do małej świątyni w tyle kompleksu, gdzie w konwulsyjnych drgawkach dochodzili do siebie po bliskim spotkaniu czwartego chyba stopnia, czyli z bogiem. Niestety jakimś cudem nie mamy żadnych zdjęć z tego miejsca, tylko kilka słabej jakości filmów, na których słychać jednak muzykę. Chyba nas trochę poniosła atmosfera tego miejsca i ilość wypalonego haszu. Mam zamiar jednak odwiedzić to miejsce jeszcze raz przy okazji powrotu do Nepalu, bo trasa na pewno będzie wiodła jeszcze raz przez Lahore. Kiedy bracia Sain skończyli grać zamieniłem z Mithu kilka słów. Był bardzo ucieszony, kiedy dowiedział się, że jestem z Polski. Kilka lat temu jakiś polski dokumentalista kręcił o nich film w Lahore. Na wizytówce, którą od niego dostałem jest, chyba najlepiej oddający charakter muzyki, jaką grają bracia, napis: „Contemporary drum music since centuries”. 11 - 13 Sierpnia 2006Nieźle zdezelowanym autobusem, ale z działającą klimą, dotarliśmy pod wieczór do Peszewaru, czyli stolicy Pólnocno-Zachodniej Prowincji Granicznej, jak brzmi oficjalna nazwa tego regionu. Miasto to ma dosyć długa historię, której początki sięgają państwa Kuszów rywalizującego w owych czasach z Imperium Rzymskim i Chińskim Imperium Hanów. Ponieważ znajduje się ono blisko legendarnej przełęczy Khyber, która stanowi dzisiaj granicę z Afganistanem, Peszewar wielokrotnie w swojej historii najeżdżany był przez przechodzące tędy armie. Dopiero pod panowaniem Mogolów miasto zaznało nieco spokoju i rozbudowało się. Niestety niewiele z okresu jego świetności przetrwało do dziś, do czego przyczyniło się krótkie, ale bardzo destruktywne panowanie Sikhów w tym regionie. Później Peszewar stał się ostatnim bastionem brytyjskim na zachodzie, strategicznie bardzo ważnym, ze względu właśnie na przełęcz Khyber. Pierwszą noc spędziliśmy w hotelu Tourist Inn, który wygląda jak mała twierdza. W przeszłości mieściła się tam chyba jakaś fabryka. Pozbawiony jest praktycznie okien, a śpi się w nim na ręcznie robionych łóżkach, które składają się z rzeźbionej ramy i plecionych na niej sznurków zamiast materaca. Całkiem wygodne, chociaż nieco minimalistyczne. Pcheł nie było. Następnego dnia przenieśliśmy się do pasztuńskiej rodzinki z Servasu. Tam dowiedzieliśmy się bardzo wiele o życiu Pasztunów, czyli endemicznej grupy etnicznej tego regionu świata. Peszewar – sprzedawca przypraw Pasztunowie utrzymują, że ich antenatem był niejaki Afgan, czyli wnuk pierwszego króla Izreala, Saula. Mają swój język zwany Pasztu. Wyróżnia się na około 50 plemion, z których każde dzieli się na klany. Na czele klanu stoi khan, który ma pewien zakres władzy i cieszy się zazwyczaj olbrzymim autorytetem. Jego zdanie jest często prawem i głosem rozstrzygającym wszelkie spory wewnątrz klanu. Pasztunowie od lat opierali się kontroli rządowej i do dzisiaj tereny pomiędzy Peszewarem a granica z Afganistanem są wyjęte spod prawa. Policja i armia pakistańska nie ma tam wstępu bez zezwolenia Pasztunów. Życiem codziennym zawiaduje tam pasztunwali, czyli starożytny kod moralnych zachowań, w którym najważniejsze są honor, odwaga i gościnność. Prawo do vendetty jest również jego częścią i podobnie jak na Sycylii często zwaśnione klany walczą ze sobą z pokolenia na pokolenie, a powód sporu często bywa przez lata zapomniany. Spory pomiędzy klanami rozstrzygane są często przez jirgę, czyli zgromadzenie starszyzny. Najczęściej dzieje się tak, kiedy zwaśnione strony walczą ze sobą przez jakiś czas i ilość trupów staje się alarmująca. Wyrok jirgii jest wiążący i nieodwołalny, a karą za niesubordynację jest spalenie domu i wykluczenie z klanu. Peszewar – autobus podmiejski Mieszkanie u Pasztunów było bardzo ciekawym przeżyciem, bo mogliśmy zaobserwować i doświadczyć jak bardzo konserwatywni i religijni są to ludzie. Nasz gospodarz, Aftan-Gul z plemienia Afridi, pochodził z dużej rodziny i mieszkał w jednym domu wraz z 6 braćmi. W Pakistanie, a zwłaszcza wśród Pasztunów, rodziny są prawie zawsze wielodzietne. Po dorośnięciu wszyscy bracia zazwyczaj mieszkają w jednym domu wraz z małżonkami. Najmłodszy męski potomek zostaje z rodzicami i opiekuje się nimi. Kolejność żenienia się najczęściej wyznacza wiek, a więc najstarszy syn żeni się pierwszy, potem młodszy i tak dalej do najmłodszego. Małżeństwa są zawsze aranżowane, przy czym kobieta praktycznie nie ma możliwości nie zgodzenia się na znalezionego jej przez rodzinę partnera. W zasadzie ma nic do powiedzenia. Państwo młodzi poznają się dopiero w dniu ślubu. Po ceremonii kobieta przenosi się do domu męża. Kandydatów do małżeństwa szuka się najpierw wśród rodziny. Bardzo często ślub biorą całkiem bliscy kuzyni. Czasem zdarza się, że dwóch braci z jednej rodziny żeni się z dwoma siostrami z innej. Tak było w przypadku Aftab-gula i jego brata. Ich wesele trwało około trzech tygodni, a zaproszonych było ponad 1000 gości. Mieliśmy okazję oglądać nagrania wideo z tej ceremonii, ale wersja dla kobiet, którą pokazano Agnieszce, i wersja którą oglądałem ja były odmienne. Mi pokazano imprezkę przed ślubem z udziałem samych mężczyzn i kilku tancerek. Wyglądało to dosyć żałośnie. Dookoła stał tłum śliniących się facetów wybałuszonymi gałami wpatrujących się w kilka grubawych niewiast wijących się niezgrabnie na środku w takt muzyki. Co chwila któryś z nich wyskakiwał z tłumu i obsypywał je pieniędzmi. Panowie młodzi siedzieli na honorowych miejscach i wyglądali na nieco zażenowanych i mocno spłoszonych. Dla wielu z tych młodych mężczyzn był to z pewnością najbliższy kontakt z płcią przeciwną w ich życiu. Peszewar – niezły asortyment w tym sklepiku W Peszewarze na ulicach kobiety się nie pojawiają, a jeżeli już to zawsze są od stóp do głów zakryte burką. Mężczyźni chodzą na zakupy i do restauracji. Ciężko w to uwierzyć, ale na ulicach na prawdę są tylko mężczyźni. Kobiety przez całe życie siedzą w domach. Praktycznie nie podróżują, nie wychodzą do sklepu, restauracji, na lody czy też do kina. Przez większość czasu bezmyślnie oglądają telewizję, lub raczej niektóre kanały uznane przez męża za odpowiednie. Nie pozwala im się czytać, a sporo z nich pewnie czytać i tak nie umie, bo kobiet się nie kształci. Przez te 3 dni, które spędziliśmy u Aftab-gula ani razu nie widziałem jego żony, czy też innej kobiety, których ponad 8 mieszkało ze mną w jednym budynku. Trzymany byłem w osobnym pokoju gościnnym. Agnieszka miała dostęp do całego domu – ja rozmawiałem tylko z mężczyznami. Pewnego razu rozmawialiśmy z Aftab-gulem jego rodzinie i o tym, jak chce on mieć na początek tylko trójkę dzieci. Jak sam powiedział synów będzie kształcił i wysyłał do zagranicznych szkół, a córki otrzymają co najwyżej 10 klasowe wykształcenie. To i tak wśród Pasztunów jest dosyć postępowe myślenie. Ot taki męski świat, który jest rezultatem połączenia się zasad religii muzułmańskiej z tradycjami pasztuńskimi. Chory świat moim zdaniem. Peszewar – w tej „knajpie” mieli naprawdę dobre żarcie. Tylko krzeseł i stolików nie było Peszewar – specjalista-protetyk kusi klientów wystawą szczęk, które już naprawił (fot.Agnieszka) Ostatniego dnia pobytu u Pasztunów wybrałem się wraz z naszym gospodarzem i jego przyjacielem do wioski Darra Adam Khel położonej w rejonach plemiennych, które są poza jurysdykcją pakistańską. Oficjalnie jest to część Pakistanu, ale w zasadzie władze mają bardzo niewiele do powiedzenia na temat tego, co się tam dzieje. To w tych regionach, które znajdują się na pograniczu z Afganistanem, ukrywać się ma podobno Osama bin Laden, który w Peszewarze darzony jest dużą sympatią. Podobnie rzecz ma się z Talibami, o których większość ludzi, z którymi rozmawiałem, wyraża się w superlatywach, twierdząc, że za ich panowania Afganistan był państwem prawa gdzie „można było zostawić otwarty sklep na cały dzień i nic nie zginęło”. Innymi osiągnięciami reżimu Talibów było zakazanie kobietom uczenia się i pracowania, nakazanie zaś noszenia burki. Mężczyzni obowiązkowo musieli mieć brody, zabroniono słuchania jakiejkolwiek muzyki, wszelkich tańców, a modlitwa w meczetach stała się obowiązkowa pod groźbą kary biczowania. Lista zresztą owych „osiągnięć” jest długa i powszechnie znana, jednak moi interlokutorzy nie widzieli w tych przepisach niczego złego, a często nawet wprost przeciwnie. Darra Adam Khel słynie w okolicy z produkcji broni, amunicji i wszelkiego rodzaju podrabianych dokumentów, a także waluty. Rusznikarstwo ma w tej wiosce bardzo długą historię, sięgającą 1890 roku, kiedy to jakiś uciekinier ścigany za morderstwo w Punjabie schronił się w tych okolicach i przekazał mieszkańcom kunszt wyrobu broni. Wiedza ta przekazywana była z pokolenia na pokolenie. Jeden z poznanych w Darra rusznikarzy powiedział mi, że uczył go ojciec, którego z kolei uczył dziadek, a cały proceder zapoczątkował pradziadek. Rodzina z tradycjami jak widać. Podobno ci najlepsi w Darra są w stanie wykonać replikę jakiegokolwiek karabinu czy też innej lekkiej broni palnej, której nigdy wcześniej nie widzieli na oczy w ciągu 10 dni. Następne egzemplarze zajmują znacznie krócej, bo odpowiednie formy odlewnicze są już gotowe. Większość produkcji znajduje zbyt na rynku wewnętrznym, bo Pakistańczycy kochają broń. Prawie każdy mieszkaniec prowincji północnych ma w domu jedną lub kilka jej sztuk, jeśli tylko go na to stać. A ceny nie są zbyt wygórowane, bo najpopularniejszy model, czyli AK-47 potocznie zwany kałasznikowem, kosztuje zależnie od modelu 60 do 150 USD. W okresie inwazji sowieckiej na Afganistan Darra Adam Khel całą prawie produkcję sprzedawało mudżahedinom. Do dzisiaj kupują tutaj też broń Talibowie. Oficjalnie Darra znajduje się na terenach niedostępnych dla turystów. Dostanie się tam nie nastręcza jednak żadnego problemu. Wystarczy wsiąść w autobus i zapłacić 30 rupii, aby po około 30 minutach i jednym punkcie kontrolnym, gdzie znudzony policjant pakistański nie zwraca na turystów w ogóle uwagi (choć podobno czasem prosi o mały „datek”), wysiąść w centrum wioski. Tutaj najczęściej pojawia się przedstawiciel prawa, czy też raczej bezprawia, w mundurze pakistańskiej policji, ale bez broni, i oferuje swoje usługi jako przewodnik i ochroniarz równocześnie za około 300 rupii od łebka. Można się targować, ale odmówić raczej nie, bo ma on prawo odesłać delikwenta do Peszewaru i chyba nawet w jakiś sposób oficjalnie ukarać. Kuriozalne jest to, że w wiosce, w której co druga osoba chodzi z przewieszonym przez ramie „kałachem” lub cięższą giwerą nasza ochroniarz ma do dyspozycji jedynie swój autorytet, bo nawet pałki nie posiada. Rządzi tym pewnie jakaś pasztuńska mafia, a gliniarz musi dzielić się profitami. Mnie udało się uniknąć płacenia haraczu, bo wybrałem się tam z lokalami, czyli Aftab-gulem i jego znajomym. Oni jednak wcale nie byli tacy spokojni jadąc na te tereny. Aftab-gul był wyraźnie zdenerwowany i niepewny siebie. Z jego tego też powodu nie wybrała się tam Agnieszka, bo podobno miejsce to dla kobiet zupełnie niestosowne i niebezpieczne. Na miejscu okazało się, że to nie do końca prawda. Aftab-gul, który też ma w domu „kałacha”, był tak spłoszony, że po drodze zaczął zagadywać jakiegoś młodego koleżkę, który siedział obok. Okazało się, że ów człowiek pochodzi z Darra, a w Peszewarze uczy się na uniwersytecie i dość dobrze włada angielskim, dzięki czemu mogłem z nim rozmawiać. Polubiliśmy się i od razu zadeklarował, że od tej chwili jestem jego gościem i o nic mam się nie bać, gdyż on jest odpowiedzialny za moje bezpieczeństwo i w razie czego odda w mojej obronie życie. Nie powiem, żeby ta deklaracja mnie nie ucieszyła, ale jej ostatnia część zabrzmiała nieco niepokojąco. Kiedy wysiedliśmy w Darra pierwsze, co usłyszałem, to strzały z AK-47. Jakieś 10 metrów od nas, na środku ulicy stał facet z „kałachem” w ręku i jak opętany walił z niego w powietrze. Testował produkt, a gdy skończył z zadowoloną miną wrócił do sklepiku i zaczął targować się o cenę. Darra Adam Khel i jej mieszkaniec Wioska sama w sobie nie wygląda zbyt ciekawie. Ot takie sobie rozwalające się drewniane budki, a gdzieniegdzie coś murowanego rozciągnięte wzdłuż jednej pokrytej grubą warstwą kurzu ulicy długiej na kilka kilometrów. Po obu stronach piękne skaliste góry. Na ulicy sprzedawcy jedzenia i prażonej w żarze kukurydzy, a także wszędobylskie kozy wyjadające, co pyszniejsze odpadki ze sterty śmieci walających się tu i ówdzie. I pełno samochodów, z których podobno każdy pochodzi z kradzieży lub w najlepszym razie przemytu. W co drugiej drewnianej budce oferta handlowa składająca się głównie z wszelkiej maści karabinów. Przeważają zdecydowanie „kałach” w różnych wersjach. Kobiet na ulicy nie zaobserwowałem, ale to akurat nic nowego – w Peszewarze jest podobnie. Sklepik Mój nowy znajomy Hassan zaprowadził mnie do swoich przyjaciół rusznikarzy. Proces produkcji jest tutaj dobrze zorganizowany i podzielony na specjalizacje. Kilku kolesi w małej hali ulepionej z gliny i przykrytej blachą falistą uszczelnianą słomą przy tokarkach wyrabia poszczególne komponenty. W jednej chatce robi się te metalowe, a zaraz obok na dworze koleś struga kolby z drzewa. Potem to wszystko trafia do dalszej obróbki, czyli ręcznego szlifowania. „Hala” produkcyjna Szlifowanie „kałacha” W końcu składa się z podzespołów całość i zaraz potem wychodzi na podwórko, aby wypróbować nowy egzemplarz. W fabryczce, którą odwiedziliśmy do kupienia było sporo egzemplarzy przeróżnej broni. Dumą właściciela była kopia glocka na moje oko doskonałej jakości z elegancko wygrawerowanym napisem „Made in Austria”. Mieli także uzi, kilkanaście wersji „kałachów”, kilka strzelb z krótką kolbą takich jak te, które na filmach z Hollywood robią półmetrowe dziury w ludziach, i jeszcze jakieś inne modele z amerykańskich sił zbrojnych. Wszystko rodzima produkcja. Na podłodze w skrzynce niedbale walały się jakieś granaty, ale to już towar importowany chyba z Chin. Bojownik Hezbollah na zakupach w Darra, albo drżyj Ameryko Kolesie byli niesamowicie mili, a ponieważ byłem ich gościem to miałem dostęp do wszystkich zaułków i każde drzwi stały przede mną otworem. Kiedy pochwaliłem jakość wykonania byli wyraźnie z siebie dumni i zadowoleni. Potem już w obstawie kilku gości z „kałachami” poszliśmy odwiedzić wytwórnię lewych dolarów, ale akurat była niestety zamknięta - w przeddzień dnia niepodległości pakistańskiej waluty się nie podrabia. Nie wypada po prostu. Powłóczyliśmy się więc po wiosce zaglądając do różnych sklepików, w których moim nowi znajomi komentowali jakość sprzedawanych tam produktów. Po drodze przypałętał się policjant i z wielkim szacunkiem dopytywał się, kto ja jestem i dlaczego robię zdjęcia. Kazano mu w trzech słowach niezbyt parlamentarnych słowach spływać i nie wsadzać nosa w nie swoje sprawy. I nikt inny nas w zasadzie nie zaczepiał, oprócz jednego pana z dużą giwerą, który tylko upewniał się, że nie jestem z USA. Odpowiedziałem, że jestem forpocztą Hezbollah z Polski. Śmiechu było co nie miara i od razu zaproszenie na herbatkę oczywiście. Ale nie skorzystaliśmy, bo szliśmy akurat na proszoną wizytę do rodziny Hassana. Po drodze weszliśmy jeszcze do sklepiku, aby zakupić trochę naboi do „kałacha”, bo po obiedzie mieliśmy w planie trochę postrzelać na wiwat. I znowu obecność moich nowych znajomych oszczędziła mi kłopotów i pieniędzy, bo za sztukę zapłaciłem lokalna cenę, czyli 18 rupii (circa 90 groszy). Od poznanych wcześniej w Peszewarze Anglików wiedziałem, że płacili po 50 i więcej. Amunicję również wyrabia się na miejscu. Gotowe łuski sprzedaje się na wagę. Żona wysłała tego pana po kilogram łusek Poszliśmy do wuja Hassana, którego dom położony na obrzeżach wioski wygląda jak mała forteca. Później dowiedziałem się, że nie bez powodu, bo w Darra mieszkają trzy lekko ze sobą zwaśnione klany. Czasami wybuchają tutaj więc spory rozstrzygane często w niewielkich bitwach z użyciem lokalnych wyrobów. Warto jest mieć więc dom, który w razie czego służy za bunkier. Warto też przed wizytą w Darra dowiedzieć się, czy akurat kłótnie rodowe nie wybuchły na nowo. Twierdza moich znajomych Darra ma w ogóle ciekawy „klimat”. Stare zwyczaje i tradycyjne życie, jakie prowadzono tutaj od setek lat miesza się z nowinkami w postaci samochodów, telewizorów, telefonów komórkowych i wszelkiego innego elektronicznego dobra. Na ścianach domów w malowniczych układankach suszy się ośle i krowie łajno, służące jako opał. Na elektrycznych kuchenkach jedzenie nie wychodzi przecież tak smaczne. Obok huczą wielkie klimatyzatory, w które wyposażony jest każdy dom, bo mieszkańcy Darra nie płacą za elektryczność. Jeśli rząd zdecyduje się na odcięcie dostaw, to wychodzą z bronią na przechodzącą przez ich teren ważną autostradę i blokują ją, aż do skutku, czyli ponownego włączenia prądu. Najsmaczniejsze potrawy tylko na tym opale W domu Hassna spotkałem kilkunastu starszych mężczyzn. Przywitano mnie z honorami. Od razu wysłano kilku młodocianych po herbatę i obiad. Okazało się, że akurat zebrała się starszyzna z kilku okolicznych domów, aby pogawędzić na temat bieżących wydarzeń. Rozmowa zeszła oczywiście na politykę. Za chwilę podano obiad. Każde danie zostało przyniesione z innego domu, bo wszyscy chcieli mieć udział w goszczeniu mnie. Podano oczywiście najdroższe potrawy, czyli głównie mięso. Zamiast talerzy każdy dostał duży placek. Jedliśmy siedząc na rozłożonej na ziemi macie, na której położono podłużny obrus. Jako jedyny dostałem również szklankę, ale zignorowałem ją i piłem z wodę z komunalnej miski, co wzbudziło spore zadowolenie. Zbrataliśmy się po prostu... Obiadek ze starszyzną Potem wypaliliśmy trochę haszyszu, ale niewiele – tak na smaka tylko i dobrze, bo towar był dosyć mocny. Zaobserwowałem, że jeden z mężczyzn, pan domu w zasadzie, szybko gasił papierosa, kiedy pojawiał się jego ojciec w bardzo już zaawansowanym wieku. Wyjaśnił mi później, że w towarzystwie ojca, albo nawet starszego brata palić mu nie można. Po prostu nie wypada, bo jest to oznaką braku respektu. Młodociani domownicy cierpliwie czekali siedząc na konopnych łóżkach aż starsi skończą jeść. Dopiero wtedy na wyraźne ich zaproszenie wzięli sobie ze „stołu” to, co pozostało. Takie panują tutaj obyczaje. Senior rodu Potem gadaliśmy jeszcze o wielu rzeczach takich jak religia i znowu polityka. Moja znajomość praktyk islamu wyraźnie zrobiła wrażenie. Do tego stopnia, że dostałem nawet adres jakiejś medresy w Londynie, w której to podobno mogę zasięgnąć dalszych informacji i poznać, przy pomocy nauczającego tam mułły, głębiej poznać istotę ich religii. A kto wie, być może nawet, „insz Allach” jak powiedzieli moi rozmówcy, przejść na Islam. Dowiedziałem się również, że kupienie w Darra ciężkiego karabinu maszynowego nie jest problemem, aczkolwiek to już specjalne zamówienie i trzeba trochę poczekać. Od ręki dostępne są natomiast rakiety produkcji radzieckiej typu ziemia-powietrze, rozsławione w świecie przez afgańskich bojowników z lat 80-dziesiątych, „Igły”. Później była jeszcze mała sesja zdjęciowa z gospodarzem domu, który specjalnie na tą okazję przyniósł swojego „kałacha” – oryginał chińskiej produkcji jak z dumą podkreślił, i kamizelkę z nabojami. Oto próbka: Mudżahedin Marcin i jego nowy znajomy Którędy na Grunwald? Na zakończenie dostałem jeszcze w prezencie pocisk smugowy do „kałacha”, po czym po wylewnym pożegnaniu, podczas którego nie obyło się bez „strzelania niedźwiedzi”, już tylko z młodszymi członkami rodu poszliśmy w okoliczne góry postrzelać do skał. Ja i mój oddział Jest z tego krótki FILMIK, który zdecydowałem się opublikować, chociaż może to nie jest mądre z mojej strony. W głębi duszy jestem pacyfistą, czyli podobnie jak deklaruje większość ludzi, z którymi w Darra rozmawiałem. Lubią oni broń palną i nie wahają się jej użyć, kiedy w ich mniemaniu zachodzi taka potrzeba, jednak wszyscy zgodnie twierdzili, że robią to tylko w ostateczności. Do końca im w to nie wierzę... A prucie z „kałacha” jest naprawdę fajną rozrywką, tak długo jak celem jest tylko kamień znajdujący się o kilometr dalej lub tarcza. 14 Sierpnia 2006Z Peszewaru pojechaliśmy do Chitral. To wciąż północno-zachodni Pakistan, skąd jeszcze bliżej jest do granicy z Afganistanem. Okolica to jednak znacznie spokojniejsza i nieinfiltrowana przez Talibów. Główną atrakcją tego regionu są doliny Kalaszy, czyli jedynych nie muzułmańskich mieszkańców Pakistanu. Droga z Peszewaru do Chitral to bardzo uciążliwe 18 godzin jazdy minibusem. Na siedzeniu w takim busie mieści się 4 osoby, ale jak ktoś jest nieco grubszy to już z trudem. O jakimkolwiek komforcie można zapomnieć. Zamożniejsi turyści wybierają na tej trasie najczęściej połączenie samolotowe w całkiem przystępnej cenie około 25 USD. Ale my twardo i jak zwykle lokalnymi środkami transportu. Dla zasady i niezłomnie. Droga wiedzie przez góry i na wielu, o ile nie większości, odcinków pozbawiona jest asfaltu. Przełęcz Lawari zablokowana przez osuwisko (fot.Agnieszka) Po drodze jest słynna przełęcz Lawari. Słynna dlatego, że często jest nieprzejezdna, bo notorycznie zasypują ją osuwające się skały i ziemia. Tym razem było podobnie. Nasz autobusik zatrzymał się przed sporym rumowiskiem. Na miejscu stało już sporo innych pojazdów. Kierowca stwierdził, że dalej jechać się nie da, a na oczyszczenie drogi możemy poczekać parę dni. Wypłacił nam po 100 rupii i dalej udaliśmy się piechotą. Po drugiej stronie złapaliśmy jeepa jadącego do Chitral. Jego pasażerowie jadący do Peszewaru zmuszeni byli iść w przeciwnym kierunku. Tak to tutaj działa i nikogo to nie dziwi i nie denerwuje. W sumie logiczne rozwiązanie. Gorzej, jak trzeba iść kilka godzin, bo droga zablokowana jest w kilku miejscach, co zdarzyło się poznanemu później w Chitral Niemcowi. W autobusie natomiast mieliśmy ciekawe towarzystwo pani zakutanej w czador wiozącej w klatce papużkę. Skojarzenia nasunęły nam się same... Klatka (fot.Agnieszka) :: Next Page >> |
|