Przez świat
podroznik@gmail.com

Kraj : Indie II

2 - 6 Października 2006

Przejście przez granicę zajęło nam zdecydowanie więcej czasu, niż się spodziewaliśmy, a to ze względu na nadzwyczaj wnikliwą i niespodziewaną kontrolę bagażu, jaką zafundował nam pakistański celnik. Szukał, jak się wyraził, narkotyków. Żeby było śmieszniej było to chyba ten sam człowiek, który poprzedniego wieczora jarał ze mną pod sklepem hasz. I też był wtedy na służbie. Indyjska kontrola ograniczyła się do pomacania plecaka. Po drodze, jeszcze w Pakistanie, zagaił nas niewidomy mężczyzna, który udawał się również do New Delhi i zapytał, czy nie bylibyśmy my skłonni w tym pomóc. Byliśmy. I tak oto zostaliśmy jego „oczami”, a on naszym „językiem”, bo władał urdu i hindi, które w sumie są prawie identyczne – różnią się jednak alfabetem. Z Karimem dotarliśmy do Amritsaru, gdzie okazało się, że na najbliższy pociąg do New Delhi nie ma już miejscówek. Z normalnym, czyli najtańszym, biletem w garści i świadomością, że do zwykłego wagonu za chińskiego boga się z bagażami i niewidomym mężczyzną nie wepchamy czekaliśmy na stacji zabijając głód dworcowymi przysmakami, czyli smażonymi na oleju plackami maczanymi w ostrym sosie z kartoflami. Pycha! Koniec końców jechaliśmy do Delhi przez dwie godziny siedząc na jeszcze nie zajętych miejscach, a potem siedząc kątem z uprzejmymi Sikhami i gaworząc o tym i owym. Maksymalnie wykończeni podróżą dotarliśmy około godziny pierwszej w nocy do naszego gospodarza z Servasu, Gurdeva.

Gurdev Sinh urodził się w 1924 roku. Jest Sikhem. Do czasu podziału subkontynentu na Indie i Pakistan mieszkał nieopodal Lahore. W 1948 roku, po wielu przejściach i ucieczce przed niechybną śmiercią znalazł się w Indiach i wstąpił do armii tego kraju. Dosłużył się stopnia pułkownika piechoty i po ponad 30 latach służby i kilku wojnach stoczonych z Pakistanem przeszedł w stan spoczynku i został emerytem.
Przywitał nas szklaneczką rumu i nawet nie był zły, że go obudziliśmy w środku nocy. Pomimo 78 lat na karku okazał się być niesamowicie ożywionym i wesołym człowiekiem. Jego pasją od dawna były komputery, czego dowodem są walające się po mieszkaniu stare maszyny typu Commodore 128 i Atari. Teraz używa teraz peceta, a jego ulubionym systemem operacyjnym jest Linux (dla wtajemniczonych dodam, że wersja Suse), pasją zaś kręcenie i edytowanie filmów video. No i lubi wypić... Przy licznych szklaneczkach rumu i wesołej konwersacji spędziliśmy dwa wieczory, podczas których opowiadał on o wydarzeniach związanych z utworzeniem Pakistanu i Indii, a także wojnach, w jakich brał udział. Wyraźnie widać było jego rozdarcie pomiędzy jego miłością do Pakistanu, a obowiązkiem wojskowym. Od 1947 nie był w Pakistanie i chyba już jak sam twierdzi nigdy do swojej rodzinnej wioski się nie uda, bo jako były żołnierz wysokiego stopnia nie ma tam raczej wstępu. Od Naseema przywieźliśmy mu w prezencie strój pakistański, narzutę na łóżko i ... dwa kilo cukru z trzciny cukrowej. Wszystkie te towary można z łatwością kupić w Indiach, ale trzeba było widzieć radość na twarzy Gurdeva, aby zrozumieć, że te przywiezione z jego ojczystych stron znaczą dużo więcej.

Oprócz komputerów Gurdev zajmuje się też rysowaniem i grafiką. I naprawdę ma talent. Sprezentował nam kilka ze swoich prac inspirowanych np. tańcami kobiet podczas festiwalu płodności w Radżastanie czy też knajpianych libacjach podczas jego europejskich wojaży. Dowiedzieliśmy się też sporo rzeczy na temat ciekawych miejsc w Indiach, o których przewodniki nie piszą. Niestety nie spędziliśmy ze sobą, aż tak wiele czasu jakbym chciał, a wydaje mi się, że Gurdevowi również nasze towarzystwo przypadło do gustu. My spieszyliśmy się do Nepalu, a do niego przyjeżdżał kolejny gość z Servasu. Kiedy następny raz będę w New Delhi nie omieszkam go odwiedzić, a być może zatrzymam się tam na kilka dni, bo Gurdev to dusza człowiek i polubiłem go bardzo. A
TUTAJ jest mały filmik, ukazujący Gurdeva, kiedy zakłada turban.

Ponieważ jest on Sikhem nie wychodzi na ulicę, bez tego nakrycia głowy, ale ma dwa modele – jeden oficjalny i większy, a drugi taki, jak sam mówi, na zakupy tylko :)

Dotarcie do z New Delhi Kathmnadu obyło się bez niespodzianek, a raczej było niespodziewanie proste i udane. Po pierwsze tylko o godzinę opóźnił się nasz pociąg z Delhi do Gorakhpur, po drugie transport do granicy, czyli Sanaula udało się złapać nadzwyczaj szybko, a po trzecie okazało się, że zaoszczędzimy po 30 USD, bo dostaliśmy wizy gratis w związku z niewykorzystaną do końca poprzednią wizą. Taki przynajmniej jest najbardziej prawdopodobny powód, bo do końca nie udało mi się zrozumieć wywodów nepalskiego pogranicznika.

25 Listopada 2006

Mahesh budzi nas wcześnie rano i jedziemy na śniadanie do pobliskiej knajpki. Nikt go nie rozpoznaje, albo ludzie są bardzo dyskretni i nie dają po sobie poznać, że oto mają okazję jeść w obecności „bardzo ważnej osoby” :) Zostajemy na własne życzenie pozostawieni w spokoju gdzieś w środku miasta.

Bangalore to nowoczesne miasto, w którym niewiele jest do zobaczenia. My znaleźliśmy się tutaj głównie dlatego, że potrzebowaliśmy się spotkać z szefem Servasu w Indiach, aby odebrać od niego list gospodarzy kilku krajów, które w najbliższej przyszłości planujemy odwiedzić. W ramach zwiedzania miasta udajemy się do aszramu Ramakrishny. Ten syn biednego Bramina jest odpowiedzialny za odnowę religijną hinduizmu w XIX wieku, a pośrednio także za przedstawienie tej religii Zachodowi. Jego uczeń, Vivekananda dokonał tego podczas Kongresu Religii w Chicago w 1893 roku, wzbudzając swoimi przemówieniami ogromne zainteresowanie słuchaczy, przedstawiając hinduizm, jako najbardziej tolerancyjną współczesną religię.

Aszram mało ciekawy, ale za to księgarnia na jego terenie jest niezła. Mam już w plecaku kilka książek, które nieźle mi ciążą i postanawiam wejść, ale nic nie kupować. Nie udaje mi się. Wychodzę z kilkoma kniżkami na temat reinkarnacji, vedanty i nauk Ramakrishny. Wszystkie pozycje bardzo tanie, bo wybierałem cienkie książki. Liczy się każde 100 gram :)




Kolorowy dach świątyni w Bangalore

Z aszramu udajemy się na piechotę do świątyni byka Nandi. Zwierze to otaczane jest przez hindusów czcią, gdyż bóg Sziwa używał go jako wierzchowca. Sporej wielkości rzeźba z granitu znajduje się w najważniejszym pomieszczeniu świątyni. Cała usmarowana jest olejem i sadzą i ma przez to czarny kolor. Byczek przystrojony jest w girlandy ze świeżych kwiatów i łypie wesoło białym, namalowanym okiem. Wrażenie robi raczej przyjemnego potulnego zwierzaka, a nie pojazdu groźnego boga, jakim jest Sziwa.




Byk Nandi – prawda, że mu dobrze z oczu patrzy? (fot. Agnieszka)

Nowością w Bangalore są dla nas riksze z licznikiem. Dla lokali to niezła sprawa, ale my i tak musimy ustalać cenę z góry, bo inaczej będziemy mieli niezbyt tanią wycieczkę dookoła miasta. Tak czy inaczej nie jeździmy nimi zbyt dużo, bo staramy się używać autobusów. Przy okazji kolejna obserwacja, która potwierdza, że południowe Indie od tych północnych jednak bardzo się różnią i to in plus. Kiedy autobus się zatrzymuje ludzie na przystanku grzecznie czekają, aż pasażerowie wysiadający skończą to robić, zanim zaczną sami wsiadać. Rzecz nie do pomyślenie w New Delhi na przykład. W autobusach z przodu miejsca dla kobiet oznaczone rysunkiem damskiej twarzy z kropką na czole. Śmiejemy się, że pewnie tylko dla hindusek. A miała być najbardziej tolerancyjna religia. Przy okazji przypomina mi się napis na siedzeniu z autobusu w New Delhi: „Look under your seat. There might be a bomb there. Report it, get a reward”.




Takim ładnym paniom wolno siadać na miejscach dla kobiet. Zdjęcie po małych zabawach Photoshopem.

Poza tym Bangalore sprawia wrażenie miasta zabieganych ludzi. Podobnie jak w Bombaju jesteśmy prawie anonimowy. Nikt nas za bardzo nie zaczepia, a rikszarzom wystarcza jedno „no, thank you”, żeby się odczepić. Widać, że miasto część mieszkańców miasta jest w miarę bogata. Po ulicach jeżdżą niezłe samochody, są sieci barów kawowych a’la Starbucks, fast foody i inne takie nowoczesne wymysły. Tutaj też raz pierwszy widziałem hinduskę w mini :)




Modlitwa przed świątynią Ganesha w Bangalore. Kolorowo. (fot. Agnieszka)

Wracając do hotelu zaczepiamy jeszcze o ogród botaniczny. Też niczego sobie, zwłaszcza jak na Indie. Chyba często używam tego sformułowania, ale jest ono jak najbardziej na miejscu. Relatywnie rzecz biorąc Indie to moim zdaniem kraj trzeciego świata, i coś co tutaj jest reprezentatywne, w Europie uchodziłoby raczej za powód do wstydu. Wiele rzeczy jednak w czasie tej podróży mi się przewartościowało (ciekawe czy trwale?) i ogród botaniczny w Bangalore mogę uznać za wypasiony. Żeby do niego wejść trzeba kupić bilet, a to skutecznie odstrasza żebraków i osoby podejrzanego autoramentu od używania parku jako sypialni. Palenie zabronione, śmiecenie też oczywiście. Naprawdę czysto tu i schludnie, a trawka wszędzie przystrzyżona, ale nie przez żywe kosiarki, czyli krowy, tylko przez pracowników ogrodu. Tu i ówdzie altanki, działająca fontanna i pawilon udający francuski. Po zamiecionych alejkach spacerują młode pary, a dzieci bawią się na trawie w ganianego. Jakaś trupa artystyczna odbywa próbę pod drzewkiem. Sielanka. Jak nie w Indiach.




Ogród botaniczny.

pt src="http://www.google-analytics.com/urchin.js" type="text/javascript">