Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Nepal II2 - 6 Października 2006Przejście przez granicę zajęło nam zdecydowanie więcej czasu, niż się spodziewaliśmy, a to ze względu na nadzwyczaj wnikliwą i niespodziewaną kontrolę bagażu, jaką zafundował nam pakistański celnik. Szukał, jak się wyraził, narkotyków. Żeby było śmieszniej było to chyba ten sam człowiek, który poprzedniego wieczora jarał ze mną pod sklepem hasz. I też był wtedy na służbie. Indyjska kontrola ograniczyła się do pomacania plecaka. Po drodze, jeszcze w Pakistanie, zagaił nas niewidomy mężczyzna, który udawał się również do New Delhi i zapytał, czy nie bylibyśmy my skłonni w tym pomóc. Byliśmy. I tak oto zostaliśmy jego „oczami”, a on naszym „językiem”, bo władał urdu i hindi, które w sumie są prawie identyczne – różnią się jednak alfabetem. Z Karimem dotarliśmy do Amritsaru, gdzie okazało się, że na najbliższy pociąg do New Delhi nie ma już miejscówek. Z normalnym, czyli najtańszym, biletem w garści i świadomością, że do zwykłego wagonu za chińskiego boga się z bagażami i niewidomym mężczyzną nie wepchamy czekaliśmy na stacji zabijając głód dworcowymi przysmakami, czyli smażonymi na oleju plackami maczanymi w ostrym sosie z kartoflami. Pycha! Koniec końców jechaliśmy do Delhi przez dwie godziny siedząc na jeszcze nie zajętych miejscach, a potem siedząc kątem z uprzejmymi Sikhami i gaworząc o tym i owym. Maksymalnie wykończeni podróżą dotarliśmy około godziny pierwszej w nocy do naszego gospodarza z Servasu, Gurdeva. Gurdev Sinh urodził się w 1924 roku. Jest Sikhem. Do czasu podziału subkontynentu na Indie i Pakistan mieszkał nieopodal Lahore. W 1948 roku, po wielu przejściach i ucieczce przed niechybną śmiercią znalazł się w Indiach i wstąpił do armii tego kraju. Dosłużył się stopnia pułkownika piechoty i po ponad 30 latach służby i kilku wojnach stoczonych z Pakistanem przeszedł w stan spoczynku i został emerytem. Oprócz komputerów Gurdev zajmuje się też rysowaniem i grafiką. I naprawdę ma talent. Sprezentował nam kilka ze swoich prac inspirowanych np. tańcami kobiet podczas festiwalu płodności w Radżastanie czy też knajpianych libacjach podczas jego europejskich wojaży. Dowiedzieliśmy się też sporo rzeczy na temat ciekawych miejsc w Indiach, o których przewodniki nie piszą. Niestety nie spędziliśmy ze sobą, aż tak wiele czasu jakbym chciał, a wydaje mi się, że Gurdevowi również nasze towarzystwo przypadło do gustu. My spieszyliśmy się do Nepalu, a do niego przyjeżdżał kolejny gość z Servasu. Kiedy następny raz będę w New Delhi nie omieszkam go odwiedzić, a być może zatrzymam się tam na kilka dni, bo Gurdev to dusza człowiek i polubiłem go bardzo. A Ponieważ jest on Sikhem nie wychodzi na ulicę, bez tego nakrycia głowy, ale ma dwa modele – jeden oficjalny i większy, a drugi taki, jak sam mówi, na zakupy tylko :) Dotarcie do z New Delhi Kathmnadu obyło się bez niespodzianek, a raczej było niespodziewanie proste i udane. Po pierwsze tylko o godzinę opóźnił się nasz pociąg z Delhi do Gorakhpur, po drugie transport do granicy, czyli Sanaula udało się złapać nadzwyczaj szybko, a po trzecie okazało się, że zaoszczędzimy po 30 USD, bo dostaliśmy wizy gratis w związku z niewykorzystaną do końca poprzednią wizą. Taki przynajmniej jest najbardziej prawdopodobny powód, bo do końca nie udało mi się zrozumieć wywodów nepalskiego pogranicznika. 10 - 23 Pażdziernika 2006Poszliśmy na trek do Gokyo, i potem przez przełęcz Cho La do Gorak Shep, czyli w zasadzie pod bazę wypadową na Everest. Pięknie było. Potem piechotą z Lukli do Jiri, gdzie pod pewnymi względami było nawet piękniej. W trudzie i znoju powstaje z tej wycieczki fotoblog, do którego niedziałający jeszcze link jest TUTAJ 26 Października 2006Z wieczornego czytania polskiego tłumaczenia przewodnika Lonely Planet, który wypożyczyliśmy z hotelu, w którym nie mieszkamy, pod zastaw 500-set rupii: „Doskonałym prezentem dla dzieci są lalki wytwarzane w Bhaktapurze i innych miastach. Najczęściej przedstawiają wielorękie bóstwa dzierżące miniaturową broń w dłoni. Głowy lalek robione są z łatwo tłukącej się gliny, lub trwalszej masy papierowej” A więc jutro z myślą o naszych ukochanych dzieciach, których nie mamy, udamy się na targ do Bhaktapur i kupimy im dobrze uzbrojone figurki, którym łatwo tłuką się główki. Niech się dzieci bawią. „Hotele dzielni się na „zachodnie” (droższe), oraz „indyjskie”(tańsze). Te drugie(...) mają typowe azjatyckie toalety – bez muszli klozetowych, a z dwoma miejscami na stopy. (...) W niektórych pensjonatach można się nawet natknąć na muszle klozetowe, na który brzegach widnieją ślady stóp!” (sic!) No cóż – sam tak sram, za przeproszeniem. Skandal! A w ogóle to podoba mi się poziom detalu w przewodniku. Człowiek jedzie przygotowany i wie, jak będzie załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne. W rozdziale problemy zdrowotne kobiet wyczytać można natomiast taką perełkę: „Kobietom ciężarnym w pewne szczególne niebezpieczne miejsca(...)” Wszystkim kobietom chorym na ciążę odradzam wyjazd również. Kilka akapitów niżej: „Zakażenie grzybicą(...) leczy się zwykle kąpielami w wodzie z octem lub soku cytrynowym, albo poprzez smarowanie podrażnionej skóry jogurtem” Tak jest, a siostrę Janka Muzykanta spalili w piecu. 27 Października 2006Przenieśliśmy się na Freak St., czyli uliczkę naprawdę nazywającą się Jochne, odchodzącą od placu Durbar. Kiedyś było to miejsce pierwszych podróżników, którzy docierali do Nepalu, zwłaszcza fali hippisów w latach 60-tych. Stąd też nazwa, bo postrzegani byli przez Nepalczyków jako odloty, którymi w rzeczywistości na pewno byli. Z dawnych lat pozostało tylko wspomnienie aury, nikłe, ale wyczuwalne. Inne miejsce, dużo spokojniejsze i ciekawsze. Taniej i przyjemniej, w sercu Starego Miasta, z dala od zgiełku szalonego teraz Thamelu, za to blisko innego bardzo ruchliwego w dzień miejsca, czyli placu Durbar. Jest to główny plac w mieście, na którym znajduje się niesamowite nagromadzenie przepięknych sakralnych budowli. Plac Durbar W jednym ze stojących tam pałaców mieszka żywa bogini Kumari, która jest rzekomo wcieleniem bogini Tależu, będącej patronką królów nepalskich. Otaczana jest przez Nepalczyków czcią, a dla turystów stała się swego rodzaju atrakcją, bo od czasu do czasu pojawia się w oknie, często po uiszczeniu jakiejś tam opłaty. Tak oto w epoce globalizacji komercjalizują się bogowie. Dziewczynka uznawana za boginię wybierana jest z kasty Sakya i musi być idealnie piękna. Cały proces wyboru jest skomplikowany, a na końcu ewentualną boginie czeka ciężka próba nerwów i wytrzymałości psychicznej. Kilkuletnie zaledwie dziecko poddawane jest bowiem testowi, w czasie którego w mrocznych wnętrzach jest straszona przez przeróżne maszkary i inne wyłaniające się z ciemności okropieństwa. Właściwa kandydatka nie może się oczywiście wystraszyć. Ostateczny test jest podobny do tego, jaki stosuje się również przy wyborze Dalai Lamy, czyli na rozpoznawaniu przedmiotów należących do poprzedniej bogini. Potem zaczyna się jej życie, jako wcielenie bogini, co wiąże się z przeniesieniem do siedziby na placu Durbar i trudnym, jak sobie wyobrażam, dzieciństwie w odosobnieniu od rówieśników, normalnych zabaw, ale za to w relatywnym zbytku i wygodach. Trwa to do okresu, kiedy młoda bogini zaczyna dojrzewać, gdyż kiedy po raz pierwszy dostaje miesiączkę przestaje być świętą osobą. Dostaje dożywotnią pensję i wysoki posag, jednak prawie nigdy nie znajduje męża, gdyż wedle wierzeń Nepalczyków poślubienie byłej bogini ma przynosić nieszczęście. Plac Durbar Plac Durbar jest najciekawszy o poranku, kiedy jeszcze nie ma na nim miliona riksz, motocykli i małych samochodzików - taksówek. Kręcą się po nim wówczas tylko krowy grzebiące w śmieciach i poranne typy dnia powszedniego. Ci ostatni najczęściej śpią na szerokich stopniach tworzących podstawy świątyń. Tu i ówdzie leżą wielkie kupy śmieci, w których najpierw grzebią psy i krowy, a potem obdarte dzieci żebraków, wyszukujące plastikowych reklamówek, które potem sprzedają jako surowiec wtórny. A może myją i trafia to spowrotem do sklepów? Dopiero znacznie później pojawiają się sprzątacze, którzy przez to opóźnienie mają utrudnioną prace, gdyż cały śmietnik rozwalony jest już po większej części placu. Surowiec wtórny i karma dla zwierząt – o poranku na placu Durbar. Wraz ze sprzątaczami pojawiają się pierwsi przechodnie spieszący się do pracy. Z uliczki nieopodal wyjeżdża zasapany rikszarz, który w swoim pojeździe zwinięty w kłębek spędził noc. Najczęściej pochodzi z odległej wioski i nie ma gdzie w Kathmandu mieszkać, bo nie stać go na wynajęcie nawet najlichszej nory. Powoli rozstawiają swoje kramy handlarze herbatą. Rikszarz będzie ich pierwszym klientem. Niewiadomo z jakich zakamarków wylegają też na plac odziani w żółte i pomarańczowe szaty sadu, z nieodłącznymi kostuchami przerzuconymi przez ramie, na których dyndają metalowe garnuszki, do których świeci mężowie zbierają datki. Zaczyna się ich poszukiwanie śniadania, poprzedzone najczęściej jointem. Zwłaszcza ci, którzy poświecili się kultowi Sziwy lubią sobie zapalić, bo ponoć Sziwa też od tego nie stronił. Sadu wygrzewający się na słońcu Nagle cały senny do tej pory plac eksploduje życiem, zapełnia się ludźmi i hałasem. I tak to wygląda do zmroku, a apogeum chaosu przypada na wczesne godziny wieczorne, kiedy to samo przejście przez plac stanowi problem, a przejechanie rikszą czy samochodem graniczy z niemożliwością. Pojawia się cała masa sprzedawców orzeszków i prażonej kukurydzy, którzy rozstawiają swoje stragany na kółkach w miejscach najbardziej nieprawdopodobnych, czyli najczęściej na środku drogi. Ludzie siedzą na świątyniach, jedząc, żując tytoń i liście betelu kunsztownie strzykając śliną przez zęby. Młodzież szaleje na motocyklach, podrywa się nawzajem i pali papierosy. A potem plac z wolna znowu obumiera i pozostają tam tylko ci, którzy nigdy nie znikają. Żebracy, pijacy, krowy i psy... Na schodach świątynnych dobrze się śpi... Będąc tutaj pierwszym razem, nieco ponad 3 miesiące temu, patrzyłem na to szerzej ze zdumienia otwartymi oczyma, chociaż przecież nie było to, aż tak już niecodzienne po tym, co widziałem w Egipcie czy też Syrii. Teraz odbieram to już jako zupełnie normalne. Podoba mi się to miasto, pełne wąskich uliczek, których piękno dostrzegalne jest dla każdego, komu się chce, i kto potrafi, popatrzeć ponad brudem i chaosem wynikającym z jego przepełnienia, na fasady budynków, rzeźbione okna i drzwi rozmiarem dostosowane do wzrostu tolkienowskich hobbitów. To zmurszałe świadectwa jego dawnej, dziewiczej piękności. Dla mnie Kathmandu to organizm, na którego ciele widać blizny pozostawione przez czas i gwałtowny rozwój cywilizacji, do którego miasto nie dorosło i nigdy mu się to nie uda. Skazane jest więc na dalsze masakrowanie go drutami telefonicznymi, betonowymi budynkami, billbordami i duszenie spalinami. Jedźcie je zobaczyć póki jeszcze nie umarło. 1 Listopada 2006Z ciężkim sercem i nieco niechętnie opuściliśmy Kathmandu. Nie chciało nam się, ale ileż można włóczyć się po mieście, zajadać dobre jedzenie, wsuwać po kilka przepysznych deserów dziennie i nie martwić się absolutnie o nic? Można bardzo długo, o czym świadczy chociażby liczba „białasów”, którzy tam utknęli na wiele lat. Nie chcąc dołączyć do tej grupy, albo może raczej jeszcze nie chcąc, postanowiliśmy jechać dalej, czyli spowrotem do Indii. To już będzie wizyta numer trzy w tym kraju, co tylko świadczy o braku planu w naszej podróży, ale również dowodzi, że pozostajemy wierni ideałom, które pchnęły nas do wyjazdu, czyli spontanicznie zmieniamy miejsce pobytu zależnie od humoru, okoliczności i aktualnego stanu ducha. Ale zanim dotrzemy do Indii, które oboje kochamy i nienawidzimy jednocześnie, pojechaliśmy do Lumbini, czyli miejsca narodzin Buddy. Dotarliśmy tam z Kathmandu autobusem z przesiadką w Bhairawie, co zajęło oczywiście cały dzień. Noc spędziliśmy w przyjemnym hoteliku, znajdującym się w „centrum” wioski, czyli na jedynej wyasfaltowanej w niej ulicy. Następnego dnia wypożyczyliśmy chińskie rowery z ledwo działającymi hamulcami i udaliśmy się na wycieczkę po okolicach. Obwoźny sprzedawca mleka w Lumbini. Ma taki rower jak my. Pomimo wciąż trwających wśród archeologów sporów, Lumbini uznawane jest przez buddystów z całego świata za prawdziwe miejsce narodzin Oświeconego. Kiedyś znajdowało się tutaj mnóstwo klasztorów i stup upamiętniających to wydarzenie, a pielgrzymi przybywali tłumnie z całego świata. Najsłynniejszym z nich był cesarz Ashoka, którego wizyta w 249 roku p.n.e upamiętniona została przez kolumnę z inskrypcjami, jaką tutaj pozostawił po sobie Imperator. Ashoka jest bardzo znaną postacią związaną z buddyzmem, gdyż miał on ogromny wpływ na rozprzestrzenienie się tej religii (czy jak kto woli filozofii, aczkolwiek to, co zrobiono z naukami Buddy kwalifikuje się dla mnie jako religia). Legenda głosi, że Ashoka był bardzo krwawym i mściwym władcą, który bez skrupułów podbijał okoliczne księstwa i skazywał tysiące ludzi na śmierć. Fakty historyczna wyjadą się popierać pierwszą cześć tej opinii, gdyż rzeczywiście za jego panowania imperium Maurjów rozrosło się do nieznanych wcześniej na subkontynencie indyjskim rozmiarów, czego w owych czasach na pewno nie osiągnął tylko dzięki polityce. Głównie uczynił to przez podboje militarne, ale jego okrutny charakter jest być może tylko fragmentem legendy, mającym na celu uwypuklenie przemiany, jaka w nim zaszła, kiedy zapoznał się z naukami Buddy. Stał się wówczas władcą sprawiedliwym i szlachetnym. Zaprzestał wojen, a z ościennymi państwami zawarł trwałe pokoje, respektując ich suwerenność. Wydał również mnóstwo edyktów mających na celu promowanie buddyzmu. To pośrednio dzięki niemu rozprzestrzenił się w Indiach wegetarianizm, którego Ashoka był proponentem. Zaczął budować uniwersytety, szpitale (dla ludzi, a także zwierząt), a także liczne domy dla pielgrzymów, aby mogli tam bezpłatnie nocować. Uznał swoich podwładnych za równych sobie niezależnie od wyznawanej przez nich religii i przynależności kastowej. Jednym słowem stał się aniołem, czy też może po prostu oświeconym człowiekiem – władcą. Kolumna Ashoki zaginęła, krótko po tym jak została ustawiona. Okolice Lumbini zostały z niewiadomych przyczyn opuszczone, a istniejące klasztory zrujnowane. Miejsce to zostało przez ludzi zapomniane, a dzieła zniszczenia dopełniło władanie islamskich Mogołów, dla których rzeźby Buddy były pogańskimi obyczajami sprzecznymi z naukami Koranu. Dopiero pod koniec XIX wieku odnaleziono kolumnę Ashoki, a Lumbini na powrót stało się miejscem kultu. Na terenie, na którym kiedyś znajdowały się budynki sakralne, ustanowiono strefę badań archeologicznych. Mo ona powierzchnię kilkunastu kilometrów kwadratowych. Pozwolono w niej również na budowę nowych klasztorów i stup. Całość podzielona jest jakby na dwie części, tak aby dwie dominujące sekty, czy też odłamy buddyjskie, czyli theravada i mahayana, nie musiały budować obok siebie. W centrum kompleksu znajduje się Święty Staw, w którym to matka Buddy, księżniczka Devi, kąpała się przed porodem, a także ceglany budynek, zwany świątynią Maya Devi, w którym mieszczą się ruiny odkopane przez archeologów, a pośród nich dokładnie to miejsce, gdzie rzekomo narodził się Budda. Kolumna Ashoki. Inskrypcje się niestety zatarły. Zwiedzanie kompleksu na rowerze jest bardzo przyjemne. Jeździ się od jednego klasztoru do drugiego, a każdy z nich wybudowany jest przez społeczność buddyjską z danego kraju. W niektórych prace wciąż trwają, a w kilku, np. kambodżańskiej w zasadzie dopiero się zaczęły. Jest to o tyle ciekawe, że będąc w jednym miejscu, można zobaczyć jak bardzo różnią się style budownictwa buddyjskiego podlegając regionalizmom, ale równocześnie zachowując pewne stałe elementy. Po stronie „mahayańskiej” o miano największej i najbardziej okazałej rywalizują świątynie chińska i niemiecka. Ta pierwsza ma oryginalną atmosferę, pięknie zadbany ogród i w ogóle jest bardzo stylowa. Całość wybudowano na planie kwadratu z centralnie położoną pagodą, dookoła której można chodzić ocienionymi przez drewniane konstrukcje alejkami w aurze spokoju naprawdę sprzyjającej kontemplacji. Chiński klasztor w Lumbini. Klasztor niemiecki wybudowano w stylu tybetańskim. Zaraz po wejściu rzuca się w oczy niesamowita dbałość o detal i naprawdę „po niemiecku” przycięta trawa. Jest jednak zdecydowanie bardziej kiczowato ze względu na porozstawiane dookoła stupy niefortunnie wyglądające figury Buddy, z różnych okresów jego życia. Jedna z nich jest jakby kopią, ale naprawdę bardzo nieudaną, rzeźby jaką widzieliśmy w muzeum w Lahore, przedstawiającą wychudłego Buddę pod drzewem Bodhi. Sama stupa robi jednak wrażenie, bo jest dosyć duża i dla odmiany gustownie wewnątrz pomalowana. Ale jakoś widać bezduszność tej całej konstrukcji, której brak w sumie polotu. Stupa niemiecka, czyli tybetańska. Po stronie „therawadzkiej” najbardziej podobał się nam kompleks tajlandzki i birmański. Tajowie wybudowali przepiękny pałacyk, który jest całkowicie biały. Pomimo skromnych w porównaniu z innymi konstrukcjami gabarytów robi to dobre wrażenie szlachetnej czystości. Jest to również jedna z nielicznych budowli sponsorowanych przez państwo. Świątynia tajlandzka. Świątynia birmańska wygląda chyba najbardziej oryginalnie. Niby kształtem przypomina klasyczną stupę, ale jednak jest bardzo charakterystyczna i nieco osobliwa. Bardzo trudno ją jednak było porządnie sfotografować, ze względu na otaczając ją gęsto palmy, też zresztą o bardzo dziwnych kształtach. A tak się buduje w Birmie. Poza strefą sekciarskich podziału, niejako na uboczu, ale za doskonale widoczna z prawie całego kompleksu, znajduje się wielka biała stupa wybudowana przez Japończyków. Konstrukcja ta kosztowała ponoć około miliona dolarów. Nie wiem jak to możliwe, no chyba, że beton importowano samolotami z Japonii, a pracownikom płacono japońskie stawki. Stupa jest wielka i monumentalna i prawie dokładnie taka sama, jak ta, którą widziałem w Leh. Nawet rozmiarem się zgadza. Może Japończycy mają jeden projekt i po prostu tłuką to seryjnie. W sumie to się zgodzę, że wygląda dostojnie i pozbawiona jest niepotrzebnych ornamentów i nawet całkiem ładna w swojej prostocie, ale to już było. Prosta i gustowna, jak sushi, świątynia japońska (fot.Agnieszka) Oprócz tego jest jeszcze sporo innych świątyń i stup, ale opisywanie ich wydaje mi się pozbawione sensu, a poza tym inne nie wywarły na mnie większego wrażenia. Na szczęście cały kompleks unika atmosfery lunaparku buddyjskiego i naprawdę warto się tam wybrać. Miejsce spokojne i zrelaksowane, podobnie jak okoliczne wioseczki, które również warto odwiedzić. Są one biedne i skromne, ale nikt przynajmniej nie domaga się tam opłaty za robienie zdjęć. Jak na dłoni widać ubogie życie mieszkańców tego rolniczego regionu, zwłaszcza, że większa jego część rozgrywa się na ulicy. Tam się gotuje, myje, pierze i siedzi w cieniu dachów z trawy czekając, aż kolejny dzień przybliżający do końca odpłynie w zapomnienie. Przed chatą. Lumbini. Lumbini.
|
|