Przez świat
podroznik@gmail.com

Kraj : Indie III

3 - 5 Listopada 2006

Gorakhpur. Nic do roboty, tylko czytanie książek w oczekiwaniu na pociąg. A czekać trzeba było 2 dni, bo akurat jakieś duże ruchy mas ludzkich wystąpiły w związku z festiwalami. Więc czekaliśmy, włócząc się nieco po mieście i załatwiając sprawy. Wysłaliśmy paczkę do Polski z niepotrzebnymi nam już gratami, czyli głównie ciepłymi ubraniami. Zaczynamy długi okres niekończącego się lata. Niech żyją sandały i klapki! Chwała krótkim spodenkom! Plecak zrobił się znacznie lżejszy dzięki temu.

A wysyłanie paczki to w sumie prosta sprawa, aczkolwiek jak wszystko w Indiach wygląda to nieco osobliwie. Robi się to na poczcie i podobieństwo do analogicznego procesu w Europie w zasadzie na tym się kończy. Paczuszkę trzeba bowiem mieć obszytą płótnem i zalakowana na szwach. Dzięki temu wymogowi ileś tam osób w Indiach ma pracę – siedzą przed pocztą i obszywają. W Gorakhpur był niestety tylko jeden pan, który się tym zajmował i w związku z posiadanym monopolem wymuszał zdecydowanie zbyt wysokie ceny. Nie mieliśmy jednak wyboru, ale podpatrzyliśmy technikę i następne pakowanie zrobimy już sami. Z pięknie owiniętą paczuszką wpadliśmy na pocztę, gdzie uradowani naszą obecnością urzędnicy zaprosili nas na zaplecze. Zobaczyliśmy jak to wszystko wygląda „od kuchni” i będziemy naprawdę zdziwieni, jeśli paczka dojdzie. Nie rozpisując się zanadto, można stwierdzić, że na poczcie panuje przerost zatrudnienia. Panowie śpią sobie za biurkami zwisając malowniczo z krzesełek. Jeden drzemał wprost na biurku, zwinięty w kłębek, ale dyskretnie w sumie, bo bardzo w rogu, pod pajęczynami. Wnętrze budynku wyglądało zaś tak, jakby ostatni remont przeprowadzono jeszcze za obecności Brytyjczyków. Pomimo ogólnego wrażenia degrengolady paczkę udało nam się wysłać jednak dosyć szybko i sprawnie. Zszokowała nas obecność komputerowego systemu, przy użyciu którego urzędas od paczek wyliczył cenę i wydrukował odpowiednie naklejki. Trochę mu musiałem pomóc, bo o kraju pod tytułem Polska nie słyszał wcześniej. I poszło drogą morską – podobno za 15 dni będzie na miejscu. Aha - normalnie bym o tym nie pisał, ale to naprawdę była jedna z najciekawszych rzeczy, jakie zrobiliśmy w Gorakhpur.

5 - 7 Listopada 2006

W pociągu jadącym do Bombaju spędziliśmy 34 godziny. Wystarczyło na przeczytanie ponad 300 stron „Wojny i pokoju”, a także obserwację ludzi, zwłaszcza kręcących się nieustannie po pociągu handlarzy. Są oni dosyć namolni, a ich ulubioną techniką jest oferowanie towaru „do potrzymania”. Wychodzą chyba z założenia, że jak ktoś ma coś już w ręku to jest większa szansa, że to kupi. I w sumie racja – nie raz widziałem, że to tak działa. Najbardziej denerwujące są kobiety sprzedające zabawki, zapalniczki i inne tego typu pierdoły, bo chodzą najczęściej z plastikowymi pistoletami w ręku i co chwila z nich „strzelają”, czyli niesamowicie głośno terkoczą. Czasem idzie ich kilka jedna po drugiej w tą i spowrotem, bo kursują zazwyczaj przez kilka godzin. Trzeba się do tego po prostu przyzwyczaić, aby nie oszaleć od hałasu. Każdy sprzedawca ma też swoją charakterystyczną „piosenkę” reklamującą towar. Głośne zachwalanie swojego towaru jest bowiem jak najbardziej na miejscu. Co kilka minut przechodzi ktoś z obsługi pociągu z bańką z herbatą pokrzykując nieśmiertelne „chai, chai, chai”. I takie właśnie będzie chyba do końca życia moje pierwsze skojarzenie związane z podróżami pociągiem po Indiach.

Oprócz sprzedawców prawie wszystkiego, co chińskie fabryki są w stanie wyprodukować kręcą się po pociągu także żebracy. Najczęściej są to kobiety z dzieckiem na ręku, albo starzy dziadkowie, często chromi, lub ociemniali. Niektórzy z nich idą powoli przez wagon śpiewając rzewne pieśni i zatrzymując się co kilka kroków z wyciągniętą ręką. Ci są najmniej uciążliwi. To brzmi być może okrutnie, ale niestety w Indiach tak jest. Nie ma fizycznej możliwości, aby każdemu żebrakowi coś dać, bo jest ich po prostu zbyt wielu. Po pewnym czasie ich nieszczęście staje się dla nas uprzykrzającą życie okolicznością, a napastliwe prośby o jałmużnę wywołują agresję i niechęć. Szybko uczymy się jak najskuteczniej się ich pozbyć. Część żebrzących to zawodowcy, którym często naprawdę nieźle się powodzi. Można o tym przeczytać w indyjskiej prasie, gdzie dziennikarze demaskują czasem to zjawisko. Nie jest to zresztą niczym nowym – kiedyś częściej, a i dzisiaj nie tak rzadko, zdarzało się, że małe dzieci okrutnie kaleczono, aby wzbudzały większą litość i tym samym zarabiały więcej pieniędzy. Nasz kolor skóry powoduje, że stajemy się wyjątkowo atrakcyjnym obiektem „ataków”. Trzeba naprawdę wielkiej woli i sporej dozy bezwzględności, która zawsze powoduje, że czuję się mniej człowiekiem, aby spojrzeć takiej osobie w oczy, a potem przecząco pokręcić głową. Najczęściej daję jałmużnę tym, którzy są najmniej napastliwi i przedsiębiorczy, wychodząc z założenia, że ci inni i tak sobie poradzą. Rzadko jednak powiedzenie „nie” jest wystarczające. Żebracy mają czas i często nieźle znają się na ludzkiej psychice, którą to wiedzę zdobyli w praktyce na ulicy. Namolnością i uciążliwością mogą spowodować, iż „na odczepnego” coś im się da. Celują w tym dzieci, które dodatkowo są doskonale świadome większego współczucia, jakie wzbudzają w ludziach. Również kobiety z niemowlakami na ręku są bardzo uparte i łatwo nie przyjmują odmowy. To, co piszę, jest brutalne w swojej wymowie i jestem tego świadom. Takie są Indie jednak. Zresztą nie tylko Indie, a cały świat. Tutaj, w tej wielkiej wirówce ludzkich losów, jakim jest kastowe społeczeństwo z wielkimi materialnymi dysproporcjami po prostu lepiej to widać.

8 - 10 Listopada 2006

Mumbai to miasto z bardzo ciekawą historią. Wykopaliska z tego rejonu świadczą, że ludzie mieszkali w tych okolicach już w okresie kamienia łupanego. Pierwsze wzmianki pisemne na temat Bombaju pochodzą z 250 roku przed Chrystusem, kiedy to region ten należał do imperium Maurjów. W tym okresie był to wciąż jeszcze archipelag siedmiu wysp zamieszkałych w większości przez rybaków. Miastem Bombaj stał się za panowania Portugalczyków, którzy przejęli ten region od szacha Gujaratu. Nazwali je „Bom Baia”, co oznacza dobrą zatokę. Dalsze losy miasta są nieco zabawne. W 1661 roku scedowano je we władanie Anglikom, jako posag portugalskiej księżniczki Katarzyny z Braganzy. Kilka lat później Wschodnioindyjska Kompania wydzierżawiła Bombaj za „zawrotną” sumę 10 funtów szterlingów rocznie. Szybko wybudowano tutaj spory port, a liczba mieszkańców wzrosła w przeciągu kilku lat do ponad 60,000. Od 1817 roku rozpoczęto prace mające na celu połączenie wysp, poprzez zasypanie przesmyków pomiędzy nimi i utworzenie większej powierzchni na użytek rosnącego miasta. Niespełna 30 lat później zakończono ten monstrualnej wielkości projekt nadając półwyspowi obecny kształt.

Podczas wojny secesyjnej w USA, Bombaj stał się głównym rynkiem handlu bawełną, co spowodowało boom ekonomiczny. Korzystnym dla miasta faktem było również otwarcie Kanału Sueskiego, gdyż Bombaj stał się najbliższym Europie i najlepiej wyposażonym portem w Indiach. Zaraz potem otwarto pierwszą linie kolejową. Te czynniki przyczyniły się do gwałtownego wzrostu prestiżu miasta i bogaceniu się jego mieszkańców, co pociągnęło za sobą masową migracje ludności z całego subkontynentu. Mit Bombaju jako miasta, gdzie można się szybko dorobić egzystuje w społeczeństwie indyjskim do dziś. Nazwa Bombaj została zmieniona na bardziej swojsko brzmiące dla Hindusów Mumbai pod wpływem prawicowej partii Shiv Sena w 1996 roku w ramach zacierania śladów i nazw mających jakiekolwiek konotacje z panowaniem brytyjskim, co jest moim zdaniem absolutnie niewykonalne, no chyba, że zrówna się Bombaj z ziemią i wybuduje na nowo. Nowa nazwa pochodzi od imienia lokalnej bogini czczonej w Bombaju.




Bombaj.

Po raz kolejny udało nam się znaleźć dobrych ludzi z Servasu, którzy przyjęli nas w gościnę. Mieliśmy sporo szczęścia, bo Bombaj jest olbrzymi i wiele czasu można zmarnować w podmiejskich pociągach, a tymczasem nasi gospodarze mieszkali w odległości zaledwie 15 minut drogi piechotą od ścisłego centrum i 2 minuty od stacji kolejowej. Okazali się być bardzo miłymi ludźmi. Mieszkają w czymś, co można by nazwać kamienicą, której są zresztą właścicielami. Zajmują niewielki dwupoziomowy apartament na samej górze, w którym mieszkają wraz z dwoma synami i służącym. Pozostałe mieszkania wynajmują. Należą zdecydowanie do wyższych warstw klasy średniej. Mąż wraz z żoną prowadzą biznes, zajmujący się handlem oszlifowanymi diamentami i produkcją biżuterii. Biuro handlowe mieści się na dole ich kamienicy, a fabryka biżuterii zatrudniająca ponad 20 osób w pobliżu. O diamentach w Indiach będzie za chwilę, bo to fascynujący i mało chyba znany temat w sumie. Mają dwóch synów, z których jeden pracuje już w „diamentowym” biznesie, a drugi studiuje inżynierię na jednym z droższych uniwersytetów w Indiach (tak dla przykładu: czesne za rok to około 1400 USD). Mieszkanie wyposażone mają na przeciętnym „polskim” poziomie (telewizor i lodówka) i widać, że nie przykładają do tego zbytniej wagi. Tak w sumie to nadaje się ono do lekkiego remontu, czyli malowania ścian, ale w bombajskim wilgotnym klimacie malować można co roku chyba. Po domu biegają też małe myszki, ale nikt się nimi nie przejmuje. Mają też psa, co jest w sumie w Indiach ewenementem, bo ze względów religijno-ekonomicznych nie ma tutaj zwyczaju posiadania zwierząt domowych. Po raz pierwszy znaleźliśmy się również w domu, w którym jest służący. W Indiach jest to dosyć popularne, bo tanie po prostu. Młody, szesnastoletni chłopak, który mieszka na stałe z „naszą” rodzinką zarabia około 50 USD miesięcznie, a jeszcze 3 lata temu płacono mu tylko nieco więcej niż 10 USD. Ceny jednak idą w górę, zwłaszcza w Bombaju. Do jego obowiązków należy sprzątanie, pranie, robienie zakupów, wyprowadzanie psa na spacer i gotowanie. Pracuje w typowy indyjski sposób, czyli powoli i zupełnie niezorganizowanie. Zrobienie bardzo smacznego obiadu składającego się z trzech prostych dań zajmuje mu praktycznie cały dzień, tak bardzo jest ślamazarny.
Przez resztę czasu snuje się leniwie po domu i ogląda telewizję. Sprzątanie olewa nieomal zupełnie. Przez domowników traktowany jest prawie jak członek rodziny, chociaż widać jak bardzo przyzwyczajeni są do jego usług. Nikt nie wstaje z kanapy przed telewizorem, żeby sobie przynieść szklankę wody – od tego jest przecież służący Choto. Od przyniesienia torby z góry, kiedy młodszy syn idzie do szkoły, od pobiegnięcia do sklepu jak skończyła się coca-cola, od podania leków i przygotowanie ciepłej herbaty przed snem i wielu jeszcze innych posług również. Ale w sumie traktują go bardzo dobrze i widać, że mu się w tym domu podoba.

Na pierwszą wycieczkę po Bombaju (preferuję tą nazwę jednak od nowej) wybrałem się sam, bo Agnieszka nie czuła się najlepiej odczuwając skutki lekkiego zatrucia pociągowym żarciem. Na piechotę ruszyłem do centrum. Szczerze mówiąc to przeżyłem lekki szok związany z poziomem rozwoju miasta. Po kilku dniach spędzonych w Gorakhpur i wizytach w innych miastach Indii, Bombaj robi wrażenie nowoczesnej i bardzo rozwiniętej metropolii. Po raz pierwszy od dłuższego już czasu poczułem się anonimowo w tłumie ludzi. Nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi, nikt nie nagabywał i nie próbował mi czegoś sprzedać. Mało kto się nawet oglądał.




Bombaj – w drodze do centrum, idąc wzdłuż Marine Drive.

Ludzie na ulicach Bombaju sprawiają wrażenie mocno zabieganych. Co druga osoba ma przy uchu telefon komórkowy, przez który omawia jakieś interesy najczęściej w języku angielskim. Gołym okiem widać pogoń za pieniądzem. A jest, za czym gonić, bo Bombaj jest centrum finansowym Indii i potężnym ośrodkiem przemysłowym. Choć zwykle tego nie robię, tym razem warto przytoczyć chyba trochę danych statystycznych, bo są one naprawdę osłupiające. Otóż 40% wszystkich podatków ściąganych w Indiach pochodzi z okręgu Bombaju. Miasto to odpowiedzialne jest za ponad 40% indyjskiego handlu zagranicznego i ponad 60% wszystkich opłat celnych. Pieniądze widać na każdym kroku. To jedyne na razie miasto w Indiach, gdzie na ulicach zobaczyłem mercedesy.

Bombaj w centralnej jego części jest zdecydowanie post-kolonialny. Budynki są bardzo ładne, o ile komuś podoba się eklektyczna architektura łącząca w sobie wiktoriańskie tradycje z islamskimi wpływami z epoki Mogolów. Powala rozmach i rozmiary konstrukcji, choć czasem widać, że przesadzono z ornamentami. Klasycznym przykładem takiego budynku jest stacja Victoria Terminus - ostatnio na fali zmieniania nazw przypominających panowanie Brytyjczyków przemianowana na bardziej swojsko brzmiący Chhatrapati Shivaji Terminus. Jest to podobno najczęściej po Taj Mahalu fotografowany budynek w Indiach.




Victoria Terminus

W centrum miasta położone są też parki, a raczej wielkie porośnięte trawą place okolone dużymi drzewami. Służą one mieszkańcom do gry w krykieta, której oddają się z pasją nie zwracając uwagi na niesamowity ruch samochodowy i hałas, jaki ich otacza. Ubrani w nieskazitelnie białe stroje uganiają się za piłeczką, a dookoła nich pędzą taksówki, których w Bombaju jest z całą pewnością więcej, niż w Nowym Jorku. W ogóle Bombaj to dla Hindusów coś jak Nowy Jork dla Amerykanów. Tutaj można szybko, zaczynając od czyszczenia butów, zostać milionerem. Oczywiście w Bombaju zdarza się to jeszcze rzadziej niż w Stanach, choćby ze względu na podział na kasty. Chociaż ponoć w tym mega-mieście nie obowiązuje on prawie wcale. Syn naszych gospodarzy, który pomaga ojcu w interesach i w związku z tym sporo podróżuje po Indiach, mówił nam, że bardzo często w innych regionach kraju pytany jest o to, z jakiej kasty pochodzi. Nie potrafi na to opowiedzieć – po prostu nie wie. Także być może Bombaj faktycznie jest swego rodzaju enklawą, gdzie liczy się spryt i milionerem może zostać każdy.




Taksówki w Bombaju

Aby zostać jednak bogaczem niewątpliwie należy znać angielski, który jest lingua franka Bombaju. Wydaje się, że na go tutaj każdy, czego nie można powiedzieć o innych częściach Indii. Owszem, można się tam najczęściej od biedy dogadać w podstawowych sprawach, ale w Bombaju wiele osób mówi lepiej po angielsku niż w hindi. Najlepszym tego przykładem są dwaj synowie rodziny, u której mieszkaliśmy. Pomiędzy sobą rozmawiają prawie wyłącznie po angielsku, i jak sami twierdzą, znają ten język lepiej, niż jakikolwiek inny, choć władają też hindi i gudżaradzkim. Zachowują się też podobnie jak młodzież europejska, czy też amerykańska. Podstawowymi rozrywkami jest clubbing, przypalanie jointów i jeżdżenie samochodem po mieście. Jednego wieczoru wyskoczyliśmy ze starszym synem i jego przyjacielem zobaczyć „Bombaj nocą”. Słuchając ich rozmów na temat samochodów, dziewczyn i nowości w kinach miałem wrażenie, że wróciłem do Kanady. Wcale znacznie nie różnią się mentalnością od swoich rówieśników z Zachodu, którego na szczęście przynajmniej nie idealizują. Lubią Bombaj, z którego są bardzo dumni i chętnie nam go pokazywali, ciekawie opowiadając o wielu miejscach. A że koncentrowali się pokazywaniu nam najdroższych rezydencji i wypasionych sklepowych ulic, to już znak czasów po prostu.

Podstawowym środkiem komunikacji w Bombaju są podmiejskie naziemne pociągi, które spełniają tutaj rolę metra. Jest to jeden z najbardziej na świecie skomplikowanych systemów komunikacyjnych. Pociągi odchodzą z każdej stacji średnio co 3 minuty. Pomimo tak wielkiej częstotliwości i ogromnej liczby pociągów wejście do któregokolwiek z nich w godzinach szczytu graniczy prawie z cudem, tak bardzo są wypełnione. Codziennie przewożą ponad 6 milionów ludzi. Wielokrotnie nimi jeździliśmy i dzięki temu znamy z autopsji warunki, w jakich ludzie podróżują najczęściej do, i z pracy. Tłok i ścisk jest w nich makabryczny, zwłaszcza przy wejściu, bo Hindusi jak już wsiądą do środka to niechętnie przesuwają się dalej, a to dlatego, że aby potem wysiąść muszą przebijać się przez zwartą i niechętnie ustępująca masę ludzką zaczynając 3-4 przystanki wcześniej. Dodatkowo im dalej wewnątrz, tym goręcej. Wiele osób zwisa więc samobójczo na zewnątrz pociągu, co kilkanaście sekund o włos unikając mijanych słupów. Niektórzy podróżują na dachu pomimo napisów na prawie każdej stacji informujących, że jest to bardzo niebezpieczne. W ogóle zabawne jest, że trzeba o tym informować, ale najwyraźniej jest taka potrzeba. Rocznie w pociągach ginie w Bombaju ponad 3000 osób. Powodem śmierci są najczęściej zgniecenia, udary cieplne, a także pocięcie i porażenie prądem przez druty trakcji elektrycznej. Nieco lepiej wygląda to w wagonach zarezerwowanych dla kobiet, jakie są na początku każdego składu kolejowego, ale tam też trzeba mieć twarde łokcie. Miła niespodzianką jest brak w centrum hałaśliwych riksz motorowych. Mają one zakaz wjeżdżania do śródmieścia, gdzie dominują taksówki. Jednak w innych dzielnicach są one tak samo popularne i liczebne jak w innych miastach Indii. Riksz rowerowych nie ma w Bombaju w ogóle.




Pociągi w Bombaju

Chyba nigdzie indziej w Indiach kontrasty pomiędzy bogactwem a biedą nie są tak ewidentne i widoczne jak właśnie w Bombaju. W centrum, tuż obok dzielnicy Colaba gdzie mieszczą się w rezydencje bogaczy i najdroższe w mieście hotele, znajdują się nadmorskie slumsy rybaków. Trafiliśmy tam zupełnie przypadkiem, szukając drogi na skróty. W jednej sekundzie z wielkiej promenady z pędzącymi po niej drogimi samochodami trafiliśmy w wąskie i mroczne uliczki pomiędzy byle jak zbudowanymi parterowymi domkami, gdzie ścieki płyną wprost do morza rynsztokami, a życie toczy się w większości na progach domów, bo w mikroskopijnych jednoizbowych domach bez okien nie da się wytrzymać. Na wąziutkich uliczkach się siedzi i rozmawia ze znajomymi, a także pierze, czyści ryby i ogląda telewizję.




U rybaków w Bombaju (fot. Agnieszka)

Wszędzie kręcą się dzieciaki, które powinny być w szkołach, ale ich rodziców nie stać na takie ekstrawagancje, lub po prostu nie przychodzi im to do głowy. Choć nie jest to najbiedniejsze miejsce w Bombaju, robiłoby ono przygnębiające wrażenie ze względu na kontrast z tym, co widać obok (czasem na końcu wąskich uliczek majaczą w górze drapacze chmur), gdyby nie uśmiechnięte twarze spotkanych tam ludzi. Kiedy trafialiśmy w takie miejsca w innych częściach Indii zazwyczaj od razu otaczał nas tłum agresywnych żebraków, a ludzie byli raczej wrogo nastawieni. Tutaj spotkaliśmy się z przemiłym przyjęciem. Co chwila ktoś nas przyjaźnie nagabywał, zapraszał na herbatę i nie protestował, kiedy robiliśmy zdjęcia. Ani razu nie padła prośba o datek.




Suszenie rybek – w tle widać bieda-domki rybackie (fot. Agnieszka)

W poszukiwaniu innych oblicz Bombaju postanowiliśmy pojechać w nieco inne okolice. Dotychczas kręciliśmy się albo po bogatym i eleganckim centrum miasta, albo w okolicy domu gdzie mieszkaliśmy, które mieści się w „normalnej” dzielnicy zamieszkałej przez klasę średnią, ale jednak w śródmieściu. Za radą naszych gospodarzy pojechaliśmy pociągiem miejskim na stację Sion. Okolica ta słynie z wyrobu produktów skórzanych. Mieszkańcy tych terenów to mieszanka muzułmanów, którzy zajmują się właśnie garbowaniem i szyciem skór, i hindusów. Większość z nich to ludność napływowa pochodząca z wiosek i w związku z tym raczej biedna. Tutaj też włócząc się po okolicy trafiliśmy do slumsów. Wyglądały jednak one znacznie gorzej od tych rybackich. Choć to prawie niemożliwe, uliczki były jeszcze węższe i mroczniejsze. Było też znacznie brudniej i ewidentnie biedniej. Przyjęcie, z jakim się spotkaliśmy było bardzo podobne. Wszyscy byli bardzo serdeczni i bez problemów pozwalali na podglądanie ich życia codziennego.




Sion - slumsy (fot. Agnieszka)

Tuż przed wyjazdem z Bombaju nasi bardzo do tej pory zapracowani gospodarze znaleźli dla nas trochę czasu. Zjedliśmy razem kolację przygotowana oczywiście przez niezawodnego Choto i rozmawialiśmy o wielu rzeczach. Ciekawiły nas zwłaszcza diamenty. Chcąc zaspokoić naszą ciekawość Ravinda, czyli pan domu, wyciągnął z kieszeni spodni niewielką sakiewkę i rozpoczął wykład o diamentach. Najpierw dostaliśmy do obejrzenia niepozorny, lekko żółtawy kamyczek, który prawie ginął w dłoni. Kiedy dowiedziałem się, że jego wartość przekracza 10 000 USD trochę bardziej mi zaciążył na ręku. Potem oglądaliśmy jeszcze wiele innych kamieni i sporo dowiedzieliśmy się o rodzaju i jakości diamentów, a także sposobach ich szlifowania. Najbardziej zaskakującym i niesamowitym wydał nam się sposób, w jaki tymi szlachetnymi i niesamowicie drogimi przecież kamieniami handluje się w Indiach. Otóż zakup diamentów odbywa się często na ulicy, na zwykłym bazarze. Wszystko oparte jest na zaufaniu, a to dlatego, że „diamentowym” biznesem parają się głównie wyznawcy religii dżinijskiej, która powstała mniej więcej w tym samym okresie, co Buddyzm i w wielu aspektach jest do niej zbliżona. Opis wierzeń i praktyk dżinijskiech to temat na osobny referat. Dość powiedzieć, stanowią oni niewielką jak na Indie grupę, która jednak przez wieki miała ogromny wpływ na politykę, a jej wyznawcy należą do najbardziej prominentnych biznesmenów Indii. Od wieków też tradycyjnie zajmują się handlem diamentami, a Bombaj jest miejscem, gdzie mieszka ich największa liczba w Indiach.

Bombaj opuszczaliśmy z wrażeniem niedosytu. Za mało czasu spędziliśmy w tym fascynującym kosmopolitycznym mieście. Nasza rodzinka była wspaniała. Polubiliśmy się wzajemnie i kiedy odwozili nas na dworzec kolejowy nalegali na nasz powrót. Ja mam się nauczyć trudnej sztuki handlu diamentami, a Agnieszka poznać tajniki kuchni indyjskiej. Kto wie, może jeszcze w czasie tej podróży skorzystamy z tego zaproszenia?

11 - 19 Listopada 2006

Goa. Goa. Goa. Przepiękne plaże osnute mitem niesamowitych imprez, transowej muzyki, hedonizmu i raju dla wszelkiego rodzaju niebieskich ptaków, gdzie alkohol jest tani, narkotyki łatwo dostępne i popularne. I być może kiedyś tak było, ale mniej więcej od początku XXI wieku władze tej prowincji postanowiły ukrócić ten proceder i zmienić oblicze Goa na lepsze. Wprowadzono zakaz grania głośnej muzyki w miejscach publicznych, czyli również na plażach i zaczęto ścigać organizatorów rave-ów, a także handlarzy ganji, haszu i cięższych narkotyków. Oczywiście odpowiedniej wysokości bakszysz pozwala załatwić każdy problem, ale wysokość żądanych łapówek stają się coraz wyższe. Dużych imprez na plażach już prawie nie ma. W międzyczasie, czyli przez około 15 ostatnich lat nastąpiła stopniowa komercjalizacja większości spokojnych wcześniej miejsc. Pojawiły się wypasione hotele, których głównymi klientami są bogaci turyści przybywający w zorganizowanych grupach. Imprezy przeniosły się do klimatyzowanych klubów, gdzie za wszystko trzeba słono płacić, a atmosfera i muzyka podobno jest zdecydowanie „mainstreamowa”.

My w poszukiwaniu spokojnego miejsca, gdzie nie ma tłumu wycieczek udaliśmy się do Arambol, znajdującego się w północnej części Goa. Doznaliśmy jednak rozczarowania, bo zamiast małego miasteczka z kilkoma chatkami na plaży znaleźliśmy się w miejscu dosyć turystycznym. Czyli jak zwykle pełno knajpek z potrawami izraelskimi w menu, hoteliki, stragany z badziewiem i salony piękności odwiedzane najczęściej przez Angielki, którym nawet bóg, a już na pewno nie pani z salonu na Goa, nie pomoże. No i „bajłanki”, czyli kobiety ze stoisk z souvenirami, które niezmordowanie zaczepiają każdego przechodzącego „białasa” frazą „buy one”. Można je też nazwać „luksamfingami” :) Naprawdę są wytrwałe, bo czasami idąc do i z hotelu przechodziliśmy przecież koło tego samego miejsca czasem i z 10 razy dziennie i zawsze usłyszeliśmy zachęcający głos tej samej przekupki. Pewnie nie rejestrują już twarzy nawet i klepią te swoje teksy odruchowo.




Jedna z plaż w okolicy Arambolu.

Przynajmniej plaże była ładne, ale też nie dało się na niech zbyt spokojnie poleżeć. Najpierw trzeba było odgonić upartego pana oferującego leżaki i parasole. Często taki człowiek pojawiał się już 200 metrów przed samą plażą, bo konkurencja tutaj panuje ostra. Po odmówieniu leżaka niezawodnie oferował haszysz, a potem mówił „maybe tomorrow”. Już na samej plaży, zaraz po rozłożeniu ręcznika na ślicznym piaseczku pojawiała się pani sprzedająca chusteczki, ręczniczki i inne tekstylia, które nosiła w koszu na głowie. Potem następna, i jeszcze jedna. Ogólnie po 15 minutach opędzania się od tego typu natrętów człowiek miał w końcu spokój.

Miła niespodzianką był hotelik, jaki sobie znaleźliśmy. Położony był na wzgórzu nad morzem (w tym miejscu wybrzeża znajduje się Morze Arabskie, część Oceanu Indyjskiego) dobre 15 minut drogi od samego Arambolu. Nowiutki, czyściutki i z balkonikiem, z którego z dobrym rozpędem można było wskoczyć na palmę, a potem do morza. No i dosyć jak na Goa tani.




Widok z naszego balkonu.

Na Goa niewiele jest do roboty. Plaża, knajpa, książka czytana w cieniu palmy i trudne decyzje pt. „co by tutaj dzisiaj zjeść na kolację”. Alkohol tani, więc nadrabialiśmy pijackie zaległości nieco. W knajpach niedrogie owoce morza, ale wcale nie tak fantastycznie przyrządzane jak się tego spodziewałem. Raczej masówka, chociaż w niektórych miejscach dało się smacznie zjeść. I to w zasadzie wszystko, co większość przybywających tutaj ludzi robi. Warto jednak ruszyć się nieco poza obręb plaż, bo Goa ma ciekawą historię i sporo zabytków do zobaczenia.




Widoki po drodze do Old Goa.

Pierwszym Europejczykiem, który tutaj dotarł drogą morską był Vasco da Gama. Portugalski podróżnik finansowany przez króla Manuela, przybył tutaj w roku 1498 z zamiarem utworzenia kolonii, która miała stać się centrum handlu przyprawami czyniąc z Portugalii monopolistę w tej branży. Spotkał się jednak z bardzo niemiłym przyjęciem ze strony muzułmańskich kupców i lokalnych władców. Z trudem udało mu się ujść z życiem i powrócić do Portugalii. Droga morska została jednak wytyczona i jego następcy, admirałowi Alfonso de Albuquerque udało się w 1510 roku podbić tą prowincję. Portugalczycy założyli miasto Velha Goa, znane dzisiaj jako Old Goa, które stało się stolicą nowo powstałej kolonii. W czasach Inkwizycji zaczęto ogniem i mieczem nawracać lokalną ludność na wiarę chrześcijańską. W Old Goa jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kościoły i klasztory. Pojawili się tutaj Jezuici ze słynnym Franciszkiem Xavierem na czele. Kolonia okrzepła w siłę i stała się bardzo dla Portugalii dochodowa, a także bardzo ważna, bo większość innych kontrolowanych przez nich regionów w Indiach stopniowo przeszła w ręce Brytyjczyków i Holendrów. Ludność Portugalska była zachęcana do przenoszenia się tutaj i zawierania związków małżeńskich z miejscową populacją. W 1843 roku przeniesiono stolicę do miasta Panjim. Kiedy Indie uzyskały niepodległość w 1947 roku Portugalczycy odmówili przekazania Goa nowo powstałemu państwu hinduskiemu. ONZ uznał Goa za obszar, który powinien być niezależny od Portugalii i Indii. Polityczne przepychani trwały aż do 1960 roku, kiedy to armia indyjska wkroczyła na tereny Goa. Po krótkich walkach przyłączono tę prowincję do Indii, a rezolucję potępiającą ten czyn zablokowało veto Związku Radzieckiego. Portugalia oficjalnie uznała aneksję Goa przez Indie dopiero w 1974 roku.




Takich krzyży na plażach Goa można spotkać wiele.

Po panowaniu portugalskim pozostały w Goa wyraźne ślady. Znaczna część populacji tej prowincji jest wyznania katolickiego, i wciąż zdarzają się ludzie, którzy mówią po portugalsku. Ich pochodzenie widać wyraźnie w rysach twarzy i jaśniejszym odcieniu koloru skóry. Większość nazw miast i wiosek również jest portugalska. Wszędzie napotkać też można kościoły zbudowane przez poprzednich władców Goa. Najstarsze i najpiękniejsze znajdują się w Old Goa, ale praktycznie w każdej większej wiosce stoi katolicka świątynia. Wyglądają one bardzo egzotycznie na tle palm.




Kościół nieopodal Arambol (fot.Agnieszka)

Goa najlepiej zwiedza się jeżdżąc na skuterze. Odległości tutaj są bardzo niewielkie i w sumie w jeden lub dwa dni można z powodzeniem objechać większość ciekawych miejsc, a także odwiedzić kilka plaż. Trzeba tylko uważać na miejscową policję, która lubi wyłudzać od turystów łapówki. Oficjalnie trzeba posiadać międzynarodowe prawo jazdy i upewnić się, że skuter, który pożyczamy ma ubezpieczenie. My nie mieliśmy wątpliwej przyjemności spotkać się z goańskimi stróżami porządku, ale poznaliśmy Polaków, którzy zapłacili 900 rupii łapówki za brak prawka. To dużo za dużo, ale nie znali realiów indyjskich, bo byli tutaj zbyt krótko po prostu. Z Arambol pojechaliśmy do Old Goa oddalonego o około godzinę jazdy. Drogi w Goa są bardzo dobre jak na standardy indyjskie, ale klakson wciąż jest podstawowym i nieodzownym wyposażeniem każdego pojazdu. Po drodze zahaczyliśmy o kilka innych plaż, które moim zdaniem były znacznie mniej ciekawe od okolic Arambolu. Na jednej z nich, w Vagator, zobaczyliśmy turystów leżących na leżakach w otoczeniu krów. A gdzie są krowy, tam nieuchronnie pojawiają się ich odchody i trzeba na nie uważać, kiedy beztrosko hasa się po plaży.




Święte krówki na plaży Vagator (fot.Agnieszka)

Old Goa dzisiaj to tylko cień dawnej świetności. Po przeniesieniu stolicy do pobliskiego Panjim i kilku epidemiach cholery i malarii większość mieszkańców opuściła to miasto. Najbardziej okazałą architektoniczną pozostałością po czasach, kiedy rządzono stąd całą kolonią jest bazylika Bom Jesus wybudowana w 1605 roku. W jej wnętrzu znajdują się prochy Św. Franciszka Xaviera, znanego jako „apostoła Indii”. Jezuita ten przybył do Goa w 1541 roku z podwójną misją ewangelizacji i ukrócenia korupcji panującej wśród portugalskich urzędników. Powiodło mu się w obu aspektach wyprawy. Ponoć nawrócił ponad 30000 osób i zasłyną wieloma standardowymi cudami typu wskrzeszanie umarłych i leczenie chorych za pomocą dotyku rąk. Zmarło mu się podczas wyprawy do Chin, ale jego ciało przywieziono w końcu do Old Goa i pochowano w bazylice Bom Jesus. Nie dane jednak mu było zaznać spokoju po śmierci, bo jego truchło nie chciało się psuć. Zaczęto je rozczłonkowywać wysyłając poszczególne części w różne rejony świata jako święte relikwie. To, co pozostało, znajduje się w bazylice w Old Goa w pięknym sarkofagu na podwyższeniu i otaczane jest wielką czcią przez przybywających tutaj wiernych. Ponieważ był wielkim podróżnikiem – oprócz Indii i Chin dotarł także do Japonii i Sri Lanki – Św. Franciszek Xavier jest też patronem nawigatorów. Uznawany jest za jednego z największych chrześcijańskich misjonarzy. W jednym z pomieszczeń bazyliki, w którym znajduje się malutkie muzeum, można zobaczyć obrazy namalowane przez współczesnego indyjskiego malarza przedstawiające kolejne etapy jego życia. Malunki są w stylu oniryczno-kubistycznym z lekkimi naleciałościami estetyki zaczerpniętej z estetyki prac Daliego i naprawdę warto zapłacić 2 rupie (sic!) za wstęp, żeby je zobaczyć. Reszta obiektów zgromadzonych w owym muzeum to figury świętych z różnych regionów Goa i kolekcja zupełnie beznadziejnych fotografii. Nasze są o niebo lepsze.




Bazylika Bom Jesus w Old Goa (fot. Agnieszka)

Najlepiej zachowanym, albo najlepiej odrestaurowanym, kościołem w Old Goa jest kościół Św. Kajetana. Architekci tej konstrukcji powstałej w 1651 roku wzorowali się na rzymskiej bazylice Św. Piotra. Skala konstrukcji jest sporo mniejsza, ale nawet jako kopia wciąż robi wrażenie. Jej sufity nie są pokryte freskami jak jest w przypadku pierwowzoru, i przez to sprawia wrażenie znacznie większej niż jest w rzeczywistości. Kościół położony jest nieco na uboczu i nie dociera tutaj zbyt wiele osób. Jego puste, śnieżnobiałe przestrzenne wnętrze ma podniosłą atmosferę. Całości dopełnia piękna rzeźbiona ambona. Warto się tam wybrać zwłaszcza w południe, kiedy przez okna w kopule wpadają promienie słońca oświetlając skromny rzeźbiony ołtarz.




Kościół Św.Kajetana w Old Goa (fot. Agnieszka).




Kościół Św.Kajetana w Old Goa – wnętrze.

Jeżdżenie po Old Goa i okolicach skuterem gwarantuje napotkanie jeszcze wielu innych sakralnych budowli w różnej fazie rozkładu. Niektóre z nich są wciąż używane jako miejsca kultu, inne zostały zamienione na muzea, a jeszcze inne jak na przykład kościół Św.Augustyna popadły w całkowitą ruinę i po prostu się rozsypały. Miasteczko jest senne i sprzyja kontemplacji. Nie ma tutaj nachalnych handlarzy i można spokojnie spędzić cały dzień włócząc się po okolicy. Jest naprawdę przyjemnie, częściowo ze względu na trącącą Europą zabudowę, jak kontrastowe dla nas zestawienia palm, kościołów i wiernych się w nich modlących, a zwłaszcza kobiet, ubranych w kolorowe sari. Nie każdy katolik nosi moherowy beret...




W ruinach kościoła Św.Antoniego (fot. Agnieszka).

Pomimo początkowego zniesmaczenia Arambolem zostaliśmy tam aż przez osiem dni. Częściowo było to planowane lenistwo po treku w Nepalu, a częściowo spowodowała to gastryczna choroba Agnieszki. Ja też przez jeden dzień czułem się nieco podtruty, co tylko dowodzi naszej tezy, że najbardziej niebezpieczne są knajpy dla turystów. Zwykle w nich nie jadamy i na ogół czujemy się dobrze. W drodze do Hampi - naszego następnego przystanku na południu Indii, mieliśmy jeszcze przymusowy przystanek w Margao, czyli kolejnym mieście o portugalskich korzeniach. Nie zachwyciło nas ono zbytnio, głównie ze względu na astronomiczne wręcz ceny noclegów zupełnie nie współmierne do oferowanego standardu, ale trafiliśmy tam na bardzo ciekawy bazar znajdujący się w labiryncie malutkich uliczek. W ofercie handlowców było prawie wszystko, z czego słynie Goa. My zaopatrzyliśmy się w orzeszki nerkowce (cashew nuts), a także w kilka buteleczek lokalnego specjału alkoholowego zwanego feni, czyli bimberku pędzonego właśnie z nerkowców i kokosa. Na dalszą drogę będzie jak znalazł, zwłaszcza, że Hampi to święte miasto i nie sprzedaje się tam napojów wyskokowych.

21 - 23 Listopada 2006

Kolejna całonocna podróż pociągiem to już w zasadzie nawyk, prawie nałóg. Polubiłem indyjskie koleje państwowe. Nocą jeździ się doskonale przy założeniu, że mamy rezerwację na górną koję w wagonie sypialnym. Oczywiście tym bez klimatyzacji, bo jest trzy razy tańszy. Zresztą klima teraz już nie jest potrzebna. Nocą jest przyjemnie chłodno. Tak w sumie to ani razu nie pozwoliliśmy sobie na luksus podróży w wagonie z szybami – tylko te z klimą je mają. Zawsze jeździmy „więziennymi”, czyli drugą klasą z kratami w oknach. Podróż do Hampi minęła spokojnie. Nie było płaczących dzieci i chrapiących panów z wąsem, które są bardzo dla Hindusów charakterystyczne. Na południu w zasadzie każdy je nosi i są ewidentnym powodem do dumy, a także służą do podkreślenia dorosłego wieku. Kiedy golę się u fryzjera, a od pół roku golę się tylko u fryzjera, zawsze kilka razy upewnia się on czy aby na pewno chcę zgolić wąsy. Cóż, taka moda jak widać. Do kompletu jest jeszcze ubranko, czyli obcisłe spodenki i koszula z długim rękawem. Większość tak ubranych kolesi wygląda jak relikty z lat siedemdziesiątych. U nas nazywano by ich „wieśniakami”, a tutaj cała nacja prawie tak się nosi.




Po drodze z Hospet do Hampi.

Dotarcie do Hampi oznacza dojazd do pobliskiego Hospet, a potem pokonanie 15 kilometrów albo rikszą, albo autobusem. My pojechaliśmy tym pierwszym środkiem transportu, bo kierowca zaoferował fantastyczną cenę niewiele większą od kosztu przejazdu autobusem. Węszyliśmy w tym oczywiście jakiś podstęp. Oczywiście zaproponował nam, że zawiezie nas do hoteliku jego brata, ale ponieważ okazało się, że to jest jedno z miejsc, które mieliśmy tak czy inaczej zamiar sprawdzić, nie protestowaliśmy. Pochodził z Hampi, więc w sumie jechał też do domu po prostu i opłacało mu się wziąć nas za tak niską cenę, licząc dodatkowo na prowizję z hotelu. W Indiach rikszarz przywożący turystów zwykle dostaje tyle, ile płacą oni za jedną noc. Wesoło było, bo jechaliśmy w kolumnie około 4 riksz pełnych turystów, ale oni jechali za sumy trzykrotnie wyższe. Na wjeździe do miasta zatrzymali nas strażnicy wręczając bilecik na 10 rupii, który rzekomo trzeba zapłacić, aby wjechać do Hampi. Na świstku papierku napisane było „Vehicle Entry Fee”, więc z uśmiechem odpowiedziałem, że ja nie mam pojazdu, i w związku z tym nie zamierzam uiszczać żadnej opłaty. Koleś coś tam protestował, ale widząc, że tym razem nie trafił na „jelenia”, dał sobie spokój, tym bardziej, że turyści z innych riksz płacili bez szemrania. To nie jest tak, że my jesteśmy jakimiś wyjątkowymi cwaniakami, ale po prostu nie lubimy oszustów, a niestety ich ofiarą pada wiele naiwnych osób. Pewnie w większości przypadków robią to dla świętego spokoju i płacą za nic, tylko dlatego, że są to zazwyczaj jakieś grosze. Niemniej nas to denerwuje i nie mamy zamiaru się dać rolować. I nie dotyczy to tylko „białasów” – podobnie traktuje się podróżnych z innych regionów kraju, którzy nie znają miejscowych realiów. Oni też przepłacają, często nawet więcej, bo my przynajmniej znamy orientacyjne ceny dzięki przewodnikowi, a Hindusa z takowym jeszcze nie widziałem.




Sprzedawczynie bananów przed świątynia (fot. Agnieszka)

Po „zaoszczędzeniu” 10 rupii pan rikszarz zawiózł nas do hotelu, który okazał się być całkiem w porządku i pod względem ceny i jakości, ale jakoś mieliśmy jeszcze siłę i energię, żeby sprawdzić kilka znajdujących się obok. W Hampi jest mnóstwo hotelików. Przeszliśmy zaledwie kilka kroków, kiedy kobieta na ulicy zaoferowała nam pokój za 80 rupii (mniej niż 2 USD). Wyro, moskitiera i domowa atmosfera, bo „hotel” składał się z czterech pokoików ze wspólną łazienką. Zostaliśmy. Po dniach rozpusty na Goa postanowiliśmy pożyć oszczędniej.




Okolice Hampi.

Wioska Hampi mieści się w ruinach Widżajanagaru, czyli Miasta Zwycięstwa. W XIV wieku, kiedy to wpływy muzułmańskie panowania Mogolów rządzących północną częścią Indii, dotarły do płaskowyżu Dekan dwóch braci wyznania hinduskiego, Harihara i Bukka założyło państwo, które w ciągu kilku lat kontrolować zaczęło znaczne obszary Dekanu sięgając od Morza Arabskiego aż po Zatokę Bengalską. Tak szybki rozkwit imperium był efektem silnego utożsamiania się miejscowej ludności z religijnym charakterem państwa, które było hinduistyczne. Przez ponad 300 lat imperium Widżajanagar opierało się ekspansji islamskiej stając się bastionem kultury i religii hinduskiej. Jego stolica, czyli Miasto Zwycięstwa, zbudowane zostało w niezwykle dogodnym ze strategicznego punktu widzenia położeniu, nad brzegiem rzeki Tungabhadry, w górzystej okolicy. Dodatkowym atutem tego miejsca był fakt, że wedle przekazów z Ramayany – wielkiego eposu hinduskiego, kiedyś istniało tutaj mityczne państwo małp, a sam bóg Hanuman o postaci pół człowieka, pół małpy narodził się nad brzegami Tungabhadry. Widżajanagar, dzięki naturalnym górskim fortyfikacjom był olbrzymią twierdzą praktycznie nie do zdobycia. Do dziś widoczne są w niektórych miejscach mury obronne wplecione pomiędzy kamieniste wzgórza. Upadek imperium spowodowany został nierozwagą ówczesnego regenta Widżajanagaru, Rama Raya, który w 1556 roku podjął decyzję, aby przyjąć bitwę poza murami miasta. W starciu z przymierzem lokalnych sułtanatów został on prawdopodobnie zdradzony przez swoich muzułmańskich generałów i bitwa, która miała być łatwym zwycięstwem, przerodziła się w prawdziwą klęskę. Rama Raya zginą w boju, a wojska muzułmańskie złupiły bezbronne miasto z wyjątkowym okrucieństwem, obracając je w ruinę. Taki był początek końca tego imperium, którego resztki istniały jeszcze przez kilkadziesiąt lat, aby w połowie XVII wieku wpaść w ręce sułtana Bijapuru.




Główna ulica miasta, które już nie istnieje.

To, co pozostało, robi niesamowite wrażenie. Widżajanagar to olbrzymie miasto ruin. Wioska Hampi znajduje się w mniej więcej w centrum wielkiego terenu, który pierwotnie cały otoczony był wysokimi murami. Hampi dosłownie powstała na gruzach stolicy dawnego imperium. Główna, bo jedyna, ulica tej wioski wiedzie od świątyni Wirupaksza w kierunku wzgórz, gdzie znajduje się świątynia byka Nandi. Na całej jej długości znajdują się ruiny dawnego bazaru, które w znacznej części zostały przez mieszkańców zaanektowane na domy mieszkalne i sklepiki. Ulica jest wielka i reprezentacyjna, a wioska mała i biedna. Ciekawy kontrast.




Mieszkanie w ruinach.

Świątynia Wirupaksza górująca nad okolicą i widoczna prawie z każdego punktu wewnątrz murów miasta jest typowym przykładem architektury sakralnej południa Indii.
Główne wejście zwane gopurą, stanowi skrzyżowanie bramy ze schodkowo zbudowaną wieżą o jedenastu kondygnacjach. Inne bramy, których zazwyczaj jest cztery, również zwieńczone są podobnymi konstrukcjami, ale znacznie mniejszymi. Wejść do świątyni może każdy, a najlepiej zrobić to kiedy trwa arati, czyli modlitwa. Arati odbywają się o poranku i pod wieczór. Można wówczas podpatrywać, a nawet brać udział w sakralnych obrządkach hindusów. Za 50 pajsa przy wejściu kupić orzech kokosowy i złożyć go w ofierze wybranemu bóstwu. Wirupaksza dedykowana jest Sziwie i jest jedna z nielicznych świątyń pozostałych po imperium, która wciąż jest używana do celów religijnych.




Świątynia Wirupaksza

Zwiedzanie okolic Hampi to po prostu wędrówka od ruin jednej świątyni do drugiej. Jest ich tutaj naprawdę mnóstwo, niektóre opisane w przewodnikach, a niektóre zagubione pomiędzy skałami, nad brzegiem rzeki. Warto wypożyczyć rower, bo odległości są czasem spore. Okolice są naprawdę przepiękne. Wszędzie rosną banany i palmy kokosowe, a także trzcina cukrowa. Po raz pierwszy w życiu miałem okazję znaleźć się w bananowym lesie :) Zamiast o tym pisać postanowiłem pozwolić zdjęciom przekazać piękno i atmosferę Hampi. Oto rezultaty, czyli nieco przypadkowy zbiór fotografii z tych okolic, a po więcej odsyłam do galerii.




Świątynia Achyutharaya widziana ze wzgórza Matanga




W świątyni Achyutharaya.




W świątyni Achyutharaya.




Erotyczna płaskorzeźba w jednej ze świątyń. Całkiem hardcore.




Łaźnie publiczne – każda ważna rodzina miała tutaj swój schodek z wyrytym nazwiskiem.




Świątynia Vitthala




Rydwan procesyjny w świątyni Vitthala (fot.Agnieszka)




Świątynia Vitthala

:: Next Page >>

pt src="http://www.google-analytics.com/urchin.js" type="text/javascript">