Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Myanmar15 Stycznia 2007Po krótkim locie trwającym niecałe dwie godziny, ale za to kosztującym całkiem sporo, bo około 220 USD wylądowaliśmy na lotnisku w Yangon. Temperatura na zewnątrz to przyjemne 31 stopni. Gorąco, ale na szczęście nie jest wilgotno. Terminal na lotnisku wypasiony na maksa. Gustownie połączone szkło, aluminium i marmury. Wszystko nowiutkie – gdzieniegdzie trwają jeszcze prace wykończeniowe. Naprawdę elegancko to wygląda. Obok stary terminal międzynarodowy, bardzo ciekawy, bo architektura typowo birmańska, stylizowana na pagody. Też ładny i bardziej oryginalny. Mam nadzieję, że z niego za miesiąc odlecimy do Bangkoku, bo jeśli nie, to pójdę go sobie po prostu zwiedzić. Odprawa na granicy przebiegła niesamowicie sprawnie. Po Indiach to szok. Wszyscy mili i uśmiechnięci, zero pytań, jakieś minimalne formalności deklaracyjne. Pogranicznicy w białych uniformach, w których wyglądają jak marynarze. Gdzieniegdzie kolesie w niebieskich koszulach mundurowych z pagonami i w spódnicach, czyli lungi – tradycyjnym stroju męskim niezwykle ponoć praktycznym w tutejszym gorącym klimacie. Przed lotniskiem oczywiście taksówkarze oferujący swoje usługi za podwójną cenę. Wychodzimy na ulicę i 100 metrów dalej łapiemy taksówkę, która za 3 USD zawozi nas do hotelu White House. Zabawna nazwa moim zdaniem, zważywszy na to, że kilka lat temu Bush wprowadził całkowite embargo na handel z Birmą. Hotel drogi – dwójka 10 USD. I tak mieliśmy w planie wybyć z Yangon jeszcze tego samego dnia, a do centrum udaliśmy się po to, aby wymienić pieniądze. W państwowym kantorze na lotnisku oferują 450 kyatów, czyli jednostek lokalnej waluty, za dolara, ale wiemy, że to fikcja ekonomiczna. Na czarnym rynku cena przekracza 1200 kyatów. Wymieniamy około 400 USD na lokalne diengi i dostajemy 500 banknotów (1 USD = 1250 kyatów),bo najwyższy dostępny nominał to 1000 kyatów. Reklamówka pieniędzy. Eleganckie pliki powiązane gumką robią niezłe wrażenie, tylko gdzie tą makulaturę pochować? Upycham po kieszeniach i w plecaku podręcznym. Będzie zabawnie. Potem koleś z hotelu upiera się, żeby udzielić nam informacji turystycznych. Właściwie to pytaliśmy go o kilka rzeczy, ale on zamiast odpowiedzieć na pytania, traktuje nas jak idiotów i zaczyna wykład na temat tego, co powinniśmy zobaczyć. Rozpoczyna genialnie od wyjaśnienia nam, że oto jesteśmy w Yangon. Potem wymienia kilka największych turystycznych atrakcji Birmy rysując na kartce kółeczka i nazwy. W zasadzie to już nam organizuje wycieczkę. Bilety rezerwuje i tak dalej. A wszystko oczywiście z niezłą prowizją, twierdząc, że robi nam ogromną przysługę. Na uwagę Agnieszki, że drogo to u niego wychodzi oburza się i w ogóle przestaje z nami gadać. Olewamy typa i zabieramy się taksówką na dworzec autobusowy, skąd łapiemy lokalny autobus do Bago. Po drodze przejeżdżamy obok słynnej stupy Shwedagon. Robi wrażenie. Na pewno ją obejrzymy dokładniej, ale to już przed wylotem z Myanmar. Obok dworca dostrzegamy kolejną całkiem ciekawie wyglądającą stupę i też postanawiamy do niej zajrzeć będąc tutaj następnym razem. Kiedy wchodzimy do autobusu wywołujemy spore zainteresowanie. Depcząc po worach pełnych diabli wiedzą, czego należących do któregoś z pasażerów, które rozłożone są w przejściu pomiędzy siedzeniami, przebijamy się do naszych miejsc na końcu autobusu. Pojazd wygląda na 30 letni, ale nie jest całkowicie zdezelowany. Ot taki zwykły azjatycki autobus. Dzwoniące na wybojach szyby w oknach są, silnik rzęzi, skrzynia biegów wydaje makabryczne odgłosy, a całość poruszą się do przodu, czyli wszystko gra. Ludzie nie przyglądają się nam tak napastliwie jak w Indiach. Są bardzo mili i uśmiechają się szczerze i szeroko. Od sprzedawcy orzeszków dostaję w prezencie kapelusz wypleciony z bambusa, bo ubolewałem nad tym, że gorąco mi w łysą głowę. Podarunku jednak nie przyjmuję, bo rozmiar jest za mały. Ale kupię sobie taki, a może wyplotę :) Po kilku minutach ludzie zaspokajają swoją ciekawość i nie zwracają na nas już zbytnio uwagi. Na drodze ruch całkiem spory, ale kulturalnie się to odbywa. Prawie nikt nie używa klaksonu - znowu szok. Za długo jestem w Azji chyba, bo zaczynają mnie dziwić rzeczy zdawałoby się normalne. Szosa średnio rozwalona, ale większych dziur nie ma. Po wyjeździe z Yangon wjeżdżamy na płatną „autostradę”, która od poprzedniej drogi różni się tylko tym, że nie jest darmowa. Autobus zasuwa całkiem szybko, ale kierowca nie przesadza i ma chyba trochę na uwadze wygodę pasażerów. Po drodze wsiadło jeszcze parę osób i teraz wory leżące na środku służą kilku paniom za wygodne legowiska. Jedzie się całkiem przyjemnie – widać, że ludzie są tutaj bardziej dla siebie wyrozumiali niż w Indiach i lepiej się nawzajem traktują. Te ciągłe porównania z Indiami jakoś same mi przychodzą na myśl, być może dlatego, że trochę tam byłem i jakoś przywykłem do ich stylu życia i odnoszenia się do siebie. Mam nadzieję, że za kilka dni mi to minie. Przy okazji opisu jazdy autobusem kolejna paranoiczna ciekawostka: zrywając z kolonialną przeszłością rządzący krajem postanowili któregoś pięknego dnia, że od jutra jeździmy po prawej stronie. Stało się to 1970 roku. Tylko, że w swej nieskończonej mądrości zapomnieli chyba jakoś, że wszystkie samochody mają kierownicę z prawej strony, czyli po przeciwnej stronie niż tam, gdzie powinna być przy ruch prawostronnym. Większość samochodów jeżdżących w Birmie to kilkunastoletnie sprzęty sprowadzane z Japonii i praktycznie wszystkie mają kierownice ze złej strony. Wyprzedzanie jest przez to mocno utrudnione i oczywiście bardziej niebezpieczne. Czasem robi się to prawą stroną. Niemniej na ulicach porządek panuje nieporównywalnie większy od tego, co widziałem na wszystkich drogach na wschód od Istambułu. Pod wieczór docieramy do Bago, o czym informują nas mili współpasażerowie. Z autobusu zwija nas właściciel hotelu, do którego mieliśmy zamiar tak czy inaczej iść. Dostajemy mały, ale czyściutki pokoik w bardzo zadbanym hoteliku Myananda po bardziej dla nas przystępnej cenie 4 USD. Łazienka na zewnątrz, ale jest prysznic z gorącą wodą. W Birmie za hotele płaci się najczęściej w dolarach, które są jakby drugą walutą tego kraju, przynajmniej w przypadku turystów. Mają tutaj hopla na punkcie jakości banknotów. I tak na przykład wszelkie bazgroły, większe zagięcia, czy też nie daj boże naderwania, dyskwalifikują banknot. Można go wciąż wymienić na kyaty, ale po znacznie gorszym kursie. Zresztą kurs i tak zależy od nominału. Najwięcej dostaje się za nowe stówki, ale nie mogą one mieć numeru zaczynającego się od CB. Taki banknot jest o 20 kyatów tańszy za dolara. Ponoć sporo podrobionych banknotów o takim numerze seryjnym krąży po Birmie. Za banknoty o niższych nominałach dostaje się średnio 20-30 kyatów mniej za dolara. Z podobnymi praktykami spotkałem się już wcześniej w Nepalu i Indiach, ale nie były one tak nagminne. Banknoty sprzed 2000 roku są prawie w ogóle nie do wymienienia. Akurat mamy jedną ładną setkę o numerze zaczynającym się od CB – liczymy na to, że nie będziemy jej musieli wydać :) Zaliczamy jeszcze lokalną knajpkę, gdzie spożywamy kolację, czyli warzywa w stylu chińskim i ryż. Nic specjalnego, ale smaczne. Do tego piwo!!! Nareszcie można po prostu zamówić browar do obiadu i to nie po jakiejś astronomicznej cenie, tylko za 400 kyatów (0.30 USD) za kufel. Zaskakująco dobre – wypijam dwa i mam ochotę na jeszcze, ale zaczyna ciążyć mi głowa. Czas spać. Jutro birmański dzień numer dwa. Na razie mi się podoba. 16 Stycznia 2007Historia Myanmar jest ściśle związana z geograficznymi uwarunkowaniami tego regionu. Tereny te były zasiedlane przez kolejnych osadników przybywających z północy, głownie z terenów Tybetu i Chin. Ich osadnictwo koncentrowało się wzdłuż rzeki Ayeyarwady, która płynie z północy i wpada do Morza Andamańskiego. Pierwszymi przybyszami na tych terenach byli Monowie, którzy pojawili się tutaj około 3000 lat p.n.e. W późniejszym okresie ich panowania dotarł na te tereny Buddyzm, najpierw przez żeglarzy przybywających z Indii, a potem już formalnie, dzięki poselstwu mnichów wysyłanych przez indyjskiego imperatora Ashokę. Pod koniec IX wieku Monowie opanowali całą południową cześć Myanmar, podczas gdy tereny północne kontrolowane były przez liczne niezależne księstwa. Przez cały ten czas trwała migracja różnych nacji wzdłuż rzeki. Pojawili się Bamarowie, Shanowie(?) i Kachinowie(?). Spory wkład w rozwój kultury tego regionu mieli Pyu, którzy przybyli tutaj prawdopodobnie w I wieku. Założyli oni swoja stolicę w Pyay i kontrolowali około 18 pomniejszych księstw. Podobno byli pokojowo nastawionym narodem kierującym się bardzo literalnie naukami Buddy. Nie toczyli wojen pomiędzy sobą, a spory rozstrzygali poprzez pojedynki władców, lub... w konkursach budowlanych. Dzieci, zarówno chłopcy jak i dziewczynki, spędzały trzynaście lat życia w klasztorach buddyjskich rozpoczynając nowicjat w wieku lat siedmiu. Ich cywilizacja wciąż jednak nie wytworzyła jednolitego państwa, opierając się na systemie państw-miast, z których niektóre, jak np. Sri Ksetra, miały dominujące znaczenie. Pierwszym tworem państwowym było bamarskie królestwo Pagan. Liczne małe księstewka zjednoczył pod swoją władzą król Anawrahta w drugiej połowie XI wieku. Kolejnym następcom tronu udało się rozszerzyć strefę wpływów prawie na całą zachodnia część południowej Azji. Na wschodzie w tym czasie powstało inne wielkie imperium Khmerów. Jednak to nie Khmerowie doprowadzili do upadku owego wielkiego państwa. Stało się to na skutek wewnętrznych problemów spowodowanych wzrastającą pozycją duchowieństwa buddyjskiego zwanego sanghą. Przez lat gromadzili oni dobra materialne i wpływy polityczne, a klasztory stawały się powoli nieformalnymi ośrodkami władzy. Gwoździem do trumny imperium była inwazja Mongołów, sprowokowana przez króla Narathihapate wyprawą wojskową do Yunanu. Jak to często bywa próżnię po upadku mocarstwa wypełniły lata chaosu i walk wewnętrznych. Zakusy na terytorium Myanmar czynili wszyscy sąsiedzi i poprzedni sojusznicy. Kolejnego zjednoczenia dokonał na początku XV wieku bamarski król Tabinshwehti, ustanawiając dynastię Taungoo. Nazwa pochodzi od miasta, które zostało stolicą królestwa. Mniej więcej w tym samym okresie Portugalczycy podbili Malakę i zaczęli powolny proces ekonomicznej i militarnej kolonizacji regionu. Kolejni władcy z dynastii Taungoo usiłowali ogniem i mieczem poszerzać swoje panowanie, co początkowo przynosiło niezłe rezultaty, aby jednak w końcu obrócić się przeciwko nim. W państwie wybuchły liczne rebelie, które w rezultacie doprowadziły do upadku dynastii. Dobrze zorganizowany aparat państwowy przetrwał jednak krótki okres chaosu, po którym nastąpiła restauracja monarchii. Panowanie nowej dynastii Konbaung było okresem największej świetności Myanmar. W 1752 roku król Alaungpaya zaatakował brytyjskie kolonie w Negrais, a także Siam, czyli dzisiejszą Tajlandię. Jego syn Hsinbyushin dotarł aż do Ayutthaya, które to miasto zostało przez niego spalone. W późniejszych latach dynastia Konbaung utraciła kontrolę nad Siamem, ale kolejnemu królowi udało się podbić Arakan, będący bogatą prowincją graniczącą z Bengalem. Później ofiarą birmańskiej ekspansji padł również Assam. Spowodowało to konfrontację z Brytyjczykami zaniepokojeni militarnymi sukcesami Myanmaru. W roku 1824 wybuchła pierwsza wojna birmińsko-angielska. W wojnie tej Brytyjczykom pomagali Tajowie. Zakończyła się ona klęską Birmy i podpisaniem paktu w Yandabo. Skutkiem tej wojny była utrata przez Myanmar prowincji Assam, Manipur i Arakan. Na tym jednak brytyjskie zakusy na Birmę się nie skończyły. W 1852 roku rozpoczęli oni, pod pretekstem nieprzestrzegania przez Birmę niektórych punktów traktatu z Yandabo, kolejną wojnę. Nastąpiła aneksja kolejnej birmańskiej prowincji, Pegu. Przegrana wojna wywołała pałacową rewolucję w Myanmar. Na kolejną wojnę nie trzeba było długo czekać. W 1885 roku Birma stała się kolejną zdobyczą kolonialną Imperium Brytyjskiego. Administracyjnie stała się prowincją Indii ze stolicą w Rangoon. Panowanie brytyjskie było bardzo wyniszczające. Olbrzymie wpływy zdobyli również Hindusi, którzy jako zaufani Brytyjczyków kontrolowali służbę cywilną, a także znacznie przeważali w armii. Wszelkie ruchy nacjonalistyczne i wielokrotnie podejmowane przez Birmińczyków próby oporu były brutalnie tłamszone w zarodku. W czasie drugiej wojny światowej Birma została zdobyta przez Japończyków, którzy początkowo obiecywali jej mieszkańcom niepodległość. Myanmar stał się niezależnym państwem dopiero po wojnie, w lipcu 1947 roku. Dalsze dzieje Birmy dokończę opisywać innym razem :) 17 Stycznia 2007Z porannego wstawania nic nie wyszło. Górę wzięło lenistwo i zmęczenie. Wytoczyliśmy się dopiero około 10 i najpierw zjedliśmy hotelowe śniadanie wliczone w cenę pokoju. Całkiem poprawne tosty i omlet, a do tego kilka rodzajów dżemów, m.in. cytrynowy a ananasowy, plus kawa i herbata. Podano nam to błyskawicznie. Atrakcją turystyczną tych okolic będącym równocześnie miejscem otaczanym przez birmańskich buddystów kultem, jest Złota Skała, czyli olbrzymi kamień na znajdujący się na szczycie góry Kyaiktiyo, na którym stoi niewielka, bo zaledwie nieco ponad siedmiometrowa stupa. Dostać się tam można całą trasę, czyli około 11 kilometrów, idąc na piechotę, lub dojechać ciężarówką, na co decyduje się większość pielgrzymów, do parkingu położonego około 45 minut drogi od szczytu. Ponieważ zaspaliśmy w grę wchodziła jedynie druga opcja. Ciężarówki dostosowane są do przewozu ludzi ten sposób, że zainstalowano na ich pakach drewniane ławeczki bez oparć szerokości może 10 cm. Odległość pomiędzy jedną a drugą wynosi co najwyżej 20 cm. Ilość jednorazowo przewożonych osób przekracza 35 i w związku z tym cała jazda trwająca około 45 minut jest pokutą, za która zapłacić trzeba 1000 kyatów. My na szczęście nie odbiegamy gabarytami od przeciętnego Myanmarczyka, więc jakoś się wcisnęliśmy, ale i tak jechałem w pozycji półklęczącej nie mogąc zmieścić kolan pomiędzy ławeczkami. Osobom nieco wyższym polecam stanie z przodu pojazdu. Kolesie kręcący tym transportowym interesem mają monopol na jeżdżenie pod górkę z pasażerami. Majętni mogą sobie wynająć całą ciężarówkę, ale nie pytaliśmy nawet o cenę. Prywatne pojazdy nie są wpuszczane. Od parkingu, na którym nas wysadzono, pod górę prowadzi wybetonowana droga, ale tam już ciężarówki nie jeżdżą, chociaż w sumie nie wiem dlaczego, bo swobodnie mogłyby jeszcze spory kawałek dalej. Być może, aby teraz zarobić mogli tragarze. Istnieje opcja dostania się na szczyt na ich ramionach będąc niesionym w lektyce. Koszt takiej usługi to około 17000 kyatów – przynajmniej dla białych turystów – podsłuchaliśmy rozmowę z tragarzami jakiejś starszej pary chyba z Anglii. My postanowiliśmy iść na piechotę i to nie główną drogą, ale trochę na około ścieżką prowadzącą przez dżunglę. Szlak ten jest po pierwsze o wiele ciekawszy, a po drugie pozwala uniknąć płacenia 6 USD za wejście na wzgórze. Opis i szczegółowe wskazówki dostępne są na liście dyskusyjnej travelbitu (www.travelbit.pl). Trasa najpierw wiedzie w dół. Wygląda to nieco myląco, bo Złotą Skałę widać wysoko ponad nami po prawej stronie i logika nakazywałaby raczej wspinanie się, a nie schodzenie. Po wejściu w dziką gęstwinę zarośli zdominowaną przez bambusy wycieczka robi się całkiem miłą. Na początku szliśmy zupełnie sami i dopiero po dojściu do sporej polany, na której stało kilkanaście niewielkich biały i złotych stup zaczęli pojawiać się inni ludzie. Od tego momentu ścieżka zaczęła prowadzić ostro pod górę. Wpinaliśmy się więc w towarzystwie roześmianych i zasapanych Myanmarczyków, u których nasz widok wzbudzał sporą dobroduszną wesołość. Potem śmialiśmy się z siebie nawzajem, że wszyscy tacy spoceni i zmachani. Co chwila zapraszano nas, aby przysiąść w cieniu i odpocząć. Po około godzinie dotarliśmy do niewielkiego klasztoru położonego prawie na samej górze. Jakieś małe dziecko kręcące się po okolicy zaprowadziło nas do jaskini, w której znajdował się – jakże by inaczej – posążek Buddy. Na bosaka po zimnych kamieniach kręciliśmy się jeszcze przez parę minut po klasztorze, aż trafiliśmy do sali modlitewnej, gdzie siedział sobie mnich i kobieta, którą wcześniej spotkaliśmy na trasie. Oboje bardzo mili, ale bariera komunikacyjna była nie do pokonania. Siedzieliśmy sobie więc patrząc na siebie i uśmiechając się nawzajem. Poczęstowano nas herbatką i pytano, czy nie jesteśmy głodni. Wszystko oczywiście na migi. Potem powędrowaliśmy dalej w górę mijając po drodze mnóstwo różnego rodzaju stup. Po dotarciu na górę naszym oczom ukazało się małe miasteczko. Cała powierzchnia szczytu tego niezbyt wysokiego wniesienia jest zagospodarowana. Wrażenie robi to raczej średnie. Po raz kolejny stwierdziłem, że w miejscach kultu religijnego powinien obowiązywać zakaz budowania czegokolwiek, co uchroniłoby mistycyzm tych miejsc przed pamiątkarsko-odpustowym komercjalizmem obdzierającym ludzi z resztek złudzeń, że chodzi tutaj o coś więcej niż tylko pieniądze. Stragany niech sobie stoją, ale nie w promieniu 5 km. Złota skała i mnich(fot. Agnieszka). Złota Skała to sporej wielkości głaz, który, jak głosi legenda, został tam położony 2500lat temu przez dwa birmańskie duchy nat. W XI wieku birmański król Tissa wybudował na jego szczycie kilkumetrową stupę, w której umieścił włos Buddy. Od tego czasu miejsce to stał się jednym z najbardziej czczonych miejsc buddystów z tego regionu świata. Pielgrzymi odwiedzają je tłumnie i prawie każdy z mężczyzn, którzy tu przybywają, nakleja mały kawałek złota na kamień. Złote listki można nabyć w okienku nieopodal. Kobietom nie wolno dotykać, ani nawet zbyt blisko podchodzić do świętej Złotej Skały, co nijak ma się przecież do nauk Buddy, wedle których pomiędzy istotami żyjącymi na ziemi nie ma żadnych różnic, a bycie człowiekiem jest tylko szansą na wyrwanie się z odwiecznego ciągu narodzeń i śmierci. Nowy kawałek złota ku chwale Buddy Dookoła Złotej Skały znajduj się olbrzymi marmurowy plac, wokół którego znajdują się noclegownie dla pielgrzymów, w którym turystom niestety nocować nie można. Jeśli ktoś chce się przespać w pobliżu szczytu, to może to zrobić, bo hotele turystyczne są, ale kosztować go to będzie 40 lub więcej dolarów za noc. Jarmarczna atmosfera otaczająca całe to miejsce jest żenująca. Najciekawszym aspektem całej wycieczki okazała się być wspinaczka z licznymi pielgrzymami alternatywnym szlakiem. W dół zeszliśmy już normalną drogą, wzdłuż której pełno jest straganów z odpustowym badziewiem. Bramkę gdzie kupuje się bilety minęliśmy szybkim i pewnym krokiem, ciesząc się bardzo, że nie uiściliśmy żadnej opłaty, bo naprawdę nie warto chyba. Po drodze jeszcze doświadczyliśmy próbki tego, jak bardzo psują ludzi turyści, kiedy to za sfotografowanie małej małpki pani zażądała dolara. Wyśmialiśmy ją, sugerując, że powinna żądać 10 lub więcej. A zdjęcia nie zrobiliśmy. W drodze powrotnej minęliśmy kilku białasów usiłujących się opędzić od kolesi z lektykami, którzy szli za nimi od samego dołu. Potem wróciliśmy nieco zdegustowani tym co widzieliśmy ciężarówką do Kinpun. Przy okazji pobierania opłaty gówniarz, który to robił, usiłował wyłudzić od nas podwójną stawkę. Coraz bardziej wkurzają mnie Myanmarczycy tą swoją nieuczciwością. A to był dopiero początek... Pod wieczór zdecydowaliśmy się kupić bilety na autobus do Bago. Koleś sprzedający bilety zażądał 3000 kyatów, za przejazd, który kosztuje 2000. Powiedziałem mu, że znam cenę i żeby nie ściemniał, a on mi na to, że to jest cena dla Myanmarczyków, a ja jako turysta mam płacić więcej i kropka. Na moje uwagi, że jest to nielegalne, a poza tym bardzo nieładne w stosunku do gości reagował głupim uśmiechem i udawał, że nie rozumiem, co do niego mówię, chociaż dobrze władał angielskim, co udowodnił we wcześniejszej rozmowie. Zupełnie na spokojnie powiedziałem mu, że pójdę na policję, a on na to, że proszę bardzo i w śmiech. Agnieszka nalegała, żebyśmy nie popuszczali i w końcu faktycznie zdecydowaliśmy się pójść do glin. Spytaliśmy się więc na ulicy, gdzie tutaj jest komenda i jakiś koleś, który w końcu zajarzył, o co nam chodzi zaprowadził nas do knajpy, gdzie kolejny koleś, który jarzył jeszcze lepiej wysłał nas z małolatem pomocnikiem, aby ten nas zaprowadził na miejsce. Po jakiś wertepach doszliśmy do miejsca w lesie na skraju wioski, które wyglądało jak obóz cygański. Kilka ciemnych chat z bambusa, dzieciaki, psy i kobieta gotująca jakąś strawę na piecyku przed domem. Znak przy wejściu głosił jednak, że to policja i nawet było napisane „May I help you”. Po drodze tam przypałętał się kolejny koleżka, który zaczął referować naszą sprawę policjantowi. Glinę można było poznać tylko po kurtce moro, którą założył na mocno przybrudzoną koszulkę na ramiączkach. Do kompletu miał spódnicę lungi. Tak w ogóle to go chyba obudziliśmy, bo nie wyglądał na zbyt szczęśliwego. Wciąż nikt nie mówił ani słowa po angielsku i nie mieliśmy pojęcia, o czym kolesie rozmawiają. Z gliną w koszulce-gimnastiorce, nieznanym nam kolesiem, co tłumaczył mu naszą sprawę i małolatem, który nas zaprowadził na „posterunek” poszliśmy spowrotem do miasta. Po drodze przyczepiło się ze dwóch ciekawskich. Dotarliśmy do kolejnej knajpy, gdzie za stołem zastawionym żarciem nieco podpity siedział jakiś ważniejszy glina, który nawet coś tam mówił po angielsku. Znowu wyręczono mnie w tłumaczeniu, o co chodzi. Ważniak zaproponował kolację, a kiedy odmówiliśmy powiedział, że nasza sprawa zostanie załatwiona i nakazał swojemu podwładnemu w gimnastiorce, aby udał się ze mną do kasy biletowej. Sprzedawca biletów miał bardzo głupią minę, kiedy tam weszliśmy. Koniec końców sprzedał nam bilety po uczciwej cenie. Na koniec chciałem mu jeszcze powiedzieć „w imię zasad skurwysynu”, ale on tego filmu i tak nie widział. Cała ta zadyma zaoszczędziła nam czterech złotych, czyli sumy śmiesznej w sumie, ale nie o to przecież chodziło. Wielu turystów nie ma nawet pojęcia o tym jak bardzo są przez miłych Myanmarczyków oszukiwani. Ich pojęcie o tych ludziach jest przez to bardzo wyidealizowane, bo kiedy płaci się więcej, to są oni naprawdę bardzo mili. Ale w momencie, kiedy płacimy uczciwą cenę fasada znika. I niestety nie dotyczy to tylko ludzi, którzy zajmują się biznesem turystycznym. Z przykrością muszę stwierdzić, że podobnie zachowują się prawie wszyscy uliczni sprzedawcy owoców i jedzenia. Być może jak zwykle jest to symptom tego, że poruszamy się na bardzo utartym szlaku i przesłanka, aby z tej wydeptanej drogi zejść. Postaramy się to uczynić, ale na razie jeszcze przez ileś dni niestety będziemy poruszać się od zabytku do zabytku, bo niektóre z nich są na pewno ciekawe i warte zobaczenia. I nie będziemy już nikogo straszyć policją. Po prostu przepłacimy tu i ówdzie po kilka złotych, ale świadomie. Niesmak pozostanie. 18 Stycznia 2007Z autobusu do autobusu. Najpierw z Kinpun do Bago, a potem dalej do Kalaw, czyli miejscowości położonej w górach. Czas w Bago pomiędzy autobusami wypełniamy sobie łażeniem po bazarze i jedzeniem kulinarnych specjałów sprzedawanych na ulicy. W ofercie są placki wypełnione jakiegoś rodzaju fasolką, które sprzedawczyni kroi mi nożyczkami na małe kawałki. Przy zakupie wody na podróż znowu mała chryja, bo kobieta usiłuje sprzedać mi wodę o stówę drożej. Idę więc do sklepu obok gdzie cena jest uczciwa, a sklepikarka za mną, żeby wpatrzeć, kto się wyłamuje z kantowania turystów. Potem uczę się jeszcze obsługi zapalniczki, która wygląda jak skrzyżowanie silnika z tokarką. Przedziwne to urządzenie o wielkich gabarytach stoi na stole, zza którego sprzedawane są papierosy na sztuki. Aby sobie odpalić szluga należy zdjąć mały kapturek z knota i zakręcić kółkiem. Podsycany benzyną płomyczek okazuje się być dosyć trudny do zdmuchnięcia. Bardzo osobliwe. Ciekawe jak często eksploduje. To coś na pierwszym planie to właśnie zapalniczka. Kolejną godzinę spędzamy czekając na autobus przed knajpą, która przy okazji jest też punktem sprzedaży biletów. Oczywiście przepłacamy i nic się nie da na to poradzić. Na policję już nam się nie chce iść. Obserwujemy sobie ruch uliczny. Nikt nas nie zaczepia i nikt się za bardzo nami nie interesuje. Ludzie miło się uśmiechają, a czas płynie leniwie. Z godzinnym opóźnieniem pojawia się nasz bardzo porządnie wyglądający chińskiej produkcji autobus. Wewnątrz temperatura sięga około 40 stopni Celsjusza, bo klimatyzacja praktycznie nie działa, a producent nie umożliwił otwierania okien, bo jest klima przecież. Przed nami jakieś 15 godzin podróży. Pan sobie „jedzie” 22 Stycznia 2007Bladym świtem wypływamy na jezioro Inle. Usadowieni na wygodnych krzesełkach w długiej na 8 przynajmniej metrów łodzi z głośnym dieslowskim silnikiem za plecami wyglądamy jak klasyczni turyści ze zorganizowanej wycieczki. W Myanmar ciężko być podróżnikiem. „System” na to się nie godzi i nie pozwala, a lokale opanowani rządzą pieniądza robią wszystko, aby komukolwiek, kto próbuje obrzydzić to i utrudnić. Pogodzony z tym faktem wręcz niechętnie udaje się na tą wycieczkę. Jezioro spowija poranna mgła unosząca się nad dziwnymi szuwarami wzdłuż kanału, którym płyniemy. Jest pięknie i spokojnie, minus ryk silnika. Jest zimno, tak bardzo, że zakładam kapok jako dodatkową warstwę chroniącą przed chłodem. Zza otaczających jezioro gór powoli wychyla się rozmyte mgłą słońce, które jeszcze nie ogrzewa, ale mruży mi oczy i powoduje, że cała niechęć powoli znika. Rejs na koniec tego świata trwa. Po drodze mijamy zabudowania mieszkańców tej okolicy. W większości są to bambusowe rusztowania na palach. Ściany zbudowane są z wiklinowych mat. Na dachach sitowie. Buduje się z tego, co jest pod ręką. Z tataraku w łodziach dłubankach wypływają rybacy. Wiosłują w przedziwny sposób nogą, trzymając wiosło pod ramieniem i stojąc na rufie czółna. Wolnymi rękoma wyciągają z wody sieci. W zębach nieodłączny papieros, albo częściej lokalnej produkcji cygaro, czyli liść zawinięty w liść tytoń z domieszkami przeróżnych ziół. Geniusze akrobacji, którym fale tworzone przez naszą szybko pędzącą łódź w niczym nie przeszkadzają. Rybak - ekwilibrysta Inle jest osobliwym jeziorem. Znaczna jego część porośnięta jest pływającą roślinnością. Splątane hiacynty i lotos tworzą małe wyspy. Linia brzegowa w zasadzie nie istnieje. Jezioro zamienia się w moczary, gdzieniegdzie pozwalające na pływanie płaskodennym łodziom. W innych miejscach jest to możliwe tylko przy znajomości kanałów łączących rozsiane wokół niego wioski z otwartym akwenem. My płyniemy na jego południowy koniec, co zajmuje ponad półtorej godziny. Po drodze mijamy sporo rybaków i dużych łodzi-barek podobnych do naszej, wyładowanych przeróżnymi towarami zmierzającymi głównie w kierunku Nyaungshwe, czyli miejsca skąd wypłynęliśmy. Turystów na szczęście mało. Po drodze przepływamy przez kilka wiosek wybudowanych na wodzie. Zamiast ulic - kanały, w miejsce rowerów czy samochodów oczywiście łódki. Są sklepy, knajpy, reklamy alkoholi i papierosów wiszące na ścianach i nawet stacja benzynowa. Wszystko w budynkach stojących na palach, z których wiele ma również bambusowe, pływające ogrodzenia. Miejscami biednie, gdzie indziej bogato i widać nawet anteny satelitarne. Prąd doprowadzony jest po bambusowych słupach z lądu. W oddali pomalowane na złoto iglice licznych stup odbijają słoneczne światło. Mijamy również sporo klasztorów również stojących na palach. Niektóre na środku jeziora, otoczone zewsząd wodą, jakby dla podkreślenia, że są pustelniami. Wioska na wodzie W pewnym momencie nasza łódka wpływa w gęstwinę zarośli pływających po powierzchni. W życiu bym nie zgadł, że tędy wiedzie jakaś woda droga. A jednak. Płyniemy teraz znacznie wolniej i uważniej, zwłaszcza, że w wąskim wodnym korytarzu, jaki pojawia się po chwili sporo pływa małych lokalnych łódeczek, a w nich czasem dzieci i kobiety. Nasz sternik uprzejmie zwalnia na ich widok, aby nie powodować fal i nie ochlapywać ich wodą pryskającą z płytko zanurzonej śruby naszej łodzi. Po drodze mijamy ludzi brodzących po piersi w wodzie z sieciami w kształcie worka rozpiętego na bambusowej obręczy. Wkładam rękę do wody i przebiegają mnie ciarki, myśląc o tym, jak bardzo musi być im zimno. Wciąż jeszcze jest bardzo wcześnie i słońce wiszące nisko nad górami nie daje zbyt wiele ciepła. Labirynt korytarzy kończy się tak samo gwałtownie jak się zaczął i dobijamy do wioski Kyauk Taung znajdującej się na stałym lądzie. Jej mieszkańcy specjalizują się w garncarstwie. Gotowe wyroby leżą na brzegu. Sternik prowadzi nas przez wioseczkę do domu wójta chyba – jedyny murowany budynek w osadzie. Częstują nas herbatą i nie próbują niczego sprzedać, chociaż widzimy już po drodze jakiś straganik z pamiątkami. Potem udajemy się do warsztatu, gdzie młoda dziewczyna siedząc w kucki przy napędzanym ręcznie kole garncarskim produkuje gliniane miseczki. Nieopodal jest wkopany w ziemie piec służący do ich wypalania. Palenisko oddalone jest od głównej komory o kilka metrów, a gorące powietrze przechodzi przez podziemny korytarz, w którym układa się gliniane wyroby. Właśnie wypalają następną partię doniczek i dzbanków. Garncarka Włócząc się po wiosce trafiam przypadkiem do szkoły. W zasadzie to nie tak całkiem przypadkiem, bo donośne skandowanie dobiegające z nieopodal zwabiło mnie w tamte okolice. Myślałem, że to młodzi mniszkowie ze znajdującego się w wiosce klasztoru, uczą się modlitw głośno je recytując. Niezauważony zaglądam sobie przez okienko i przez dłuższą chwilę obserwuje jak przebiega proces nauczania. W wielkim drewnianym budynku, ale jednoizbowym, znajdują się trzy tablice. Przed każdą z nich gromadka dzieciaków na krzesełkach. Jedna grupa uczy się myanmarskiego, druga angielskiego, a trzecia matematyki. Nauka polegała na powtarzaniu za nauczycielką tego, co ona odczytuje z tablicy. Kakofonia i harmider powstający przy tym jest koszmarny. Po chwili zostaje dostrzeżony, co ucisza i nieco konfunduje wszystkich obecnych, a zwłaszcza dzieciaki. Zamieniam kilka słów z nauczycielką angielskiego i pozostawiam dzieciaki w spokoju, zastanawiając się, jak w takich warunkach można w ogóle się czegokolwiek nauczyć. Dziwny system. Wystarczy przecież wybudować trzy osobne sale, zamiast jednej wielkiej i poziom edukacji wzrósłby znacznie. Nie wyjaśnia tego wcale bieda, bo szkolny budynek był naprawdę ogromny i z łatwością można było podzielić go na kilka klas. Kołodziej Idąc dalej znajduje warsztat kołodzieja i czuję się jakbym cofnął się w czasie o kilkaset lat. Wielkie koła ponad metrowej średnicy używane do wozów ciągniętych przez woły stoją oparte o płot, a cieśla i jego pomocnik pracują właśnie nad następnym. Spoglądają na mnie raczej niechętnie, więc nie zabawiam tam długo. Nieopodal kobieta szatkuje słomę używając do tego maszyny zbudowanej z giętkiej gałęzi, do której przywiązany jest sznur poruszający ostrzem umieszczonym w wydrążonym kawałku wbitego w ziemie drewna. Całość napędzana jest pedałem, na który staruszka naciska nogą. Kiedy podchodzę wieśniaczka nie przerywa swojej pracy i widzę, że moja obecność jej nie drażni. Patrzy na mnie z wyrazem podobnego zaciekawienia, jak ja na nią. Szatkowanie słomy Z wioski garncarzy płyniemy do położonej na zachodnim brzegu świątyni. Widać ją z daleka, bo położona jest na wzgórzu. Otaczaj ją mały las stup, z których większość jest dopiero co wyremontowana. Wiele osób zżyma się widząc świeżą farbę i murarskie poprawki na kilkusetletnich budowlach. Dla turystów są to zabytki, do których podchodzić należy z szacunkiem, podobnie jak robi się to w zachodnim świecie. Dla autochtonów jednak są to święte miejsca i nie wyobrażają oni sobie, jak można ich nie remontować, odmalowywać i ciągle upiększać. Jeżeli któraś z tych budowli się rozpada, to po prostu stawiają w jej miejsce nową. Pewnie można by to zrobić z dbałością o historyczny aspekt budynku, ale nikt tutaj w ten sposób nie rozumuje. Stupy Na szczycie wzgórza otoczona stupami stoi pagoda z przepięknym wielokondygnacyjnym dachem pomalowanym na złoty kolor. Wewnątrz znajduje się sporej wielkości posąg siedzącego Buddy, też oczywiście złoty. Dookoła widoki na okoliczne wzgórza i jezioro. Przyjemne miejsce, gdzie poza kilkoma lokalami nie ma żywej duszy. Nastroju nie psuje nawet fakt, że tuż obok świątyni buddyjski sprzedawca kokosów usiłuje nam je sprzedać za 1000 kyatów sztuka, gdy porządna cena dla I jeszcze kilka stup. Następnym punktem programu jest lokalna bimbrownia. Na jeziorze panuje już zdecydowanie większy ruch. Pojawiają się też wodne bawoły, które pasą się na płyciznach. Przedziwne te zwierzęta mają bardzo sympatycznie wyglądające mordy i mniej sympatyczne olbrzymie rogi. Potrafią być bardzo niebezpieczne - jeden z birmańskich królów zginął właśnie zabity przez takiego stwora. A my widzieliśmy małych chłopców jeżdżących na nich na oklep. Może lubią dzieci po prostu? Wóda z ryżu. Strzelamy po małej lufie na pustawe żołądki, co dobrze usposabia nas do dalszej części programu wycieczki. Niestety od tego momentu będzie już coraz gorzej, bo zaczynamy zwiedzanie najbardziej skomercjalizowanej części jeziorka. Na pierwszy ogień idzie przędzalnia. W sumie to jest to już chyba tylko przykrywka dla znajdującego się w tym samym miejscu sklepiku z bardzo ładnymi wyrobami, których cena jest około 4 razy wyższa niż na lądzie. Mocno wątpię, czy oferowane tam materiały pochodzą z tego warsztatu. Sklep zorganizowany jak nowoczesny butik w Paryżu. Miłe panie sprzedawczynie, darmowa herbatka i słodycze, a wszystkie ceny w dolarach. Niemniej zobaczyć tam można kobiety pracujące na archaicznie wyglądających krosnach napędzanych siłą ludzkich mięśni. Najciekawiej wygląda proces produkcji nici z lotosu. Jest to bardzo pracochłonne zajęcie polegające na nacinaniu łodyg i rozciąganiu ich włókien na desce, a potem zwijaniu ich ręką w nić. Podobno potrzeba około 10 dni pracy jednej osoby, aby zrobić w ten sposób wystarczającą ilość nici na utkanie jednego niewielkich rozmiarów szaliczka. Tutaj TODO jest filmik, na którym widać ten proces. Kobieta za krosnem. Po przędzalni przyszedł czas na fabrykę cygar także na wodzie. Schemat mniej więcej podobny. Herbatka i ciasteczka, ładne wnętrze, humanitarne warunki pracy. W ofercie jest degustacja wyrobów. Całkiem smaczne te cygarka, więc kupuje paczkę, bo tym razem mnie stać (100 kyatów za 12 małych sztuk - na rynku w mieście taniej). Trochę mnie dziwi, że robi się to na jeziorze, bo przecież tytoń trzeba tutaj dowozić z lądu, ale okazuje się, że można też kupić rzeźby i inne duperele, więc sprawa się wyjaśnia. Kolejna cepelia po prostu. Z zakładu tytoniowego płyniemy do jednego z najświętszych miejsc buddyjskich w Myanmar, czyli pagody Phawung Daw Oo. Pagoda jest osobliwa, bo jej iglica zbudowana jest z trzciny. To, co dzieje się dookoła niej to już jednak cyrk na maksa. Dolne pomieszczenia stupy przeznaczone zostały na bazar turystyczny. Można kupić „antyki” i ubrania, a także kapelusze, noże i inne tego typu pierdoły produkowane chyba w Chinach. Żenada po prostu. Odechciewa mi się już tej wycieczki kompletnie, a w planie mamy jeszcze kilka „atrakcji”. Sternicy łódek dorabiają sobie w ten sposób, bo za przywiezienie potencjalnego klienta, nawet, jeśli ów nic nie kupi, dostają jakąś drobną opłatę. Zgadzamy się więc na obwożenie nas po tych wątpliwych atrakcjach. W sumie to nawet ciekawie jest popatrzeć, jaką ciemnotę wciska się turystom. Przy okazji wciąż oglądamy fascynujące życie na wodzie. Płyniemy zatem do fabryki ręcznie wyrabianego papieru, gdzie dwie panie w galowych wręcz wdziankach tłuką drewnianymi młotkami jakieś wodne chaszcze na miazgę, z której potem wyrabia się papier. Potem fabryka parasolek i miarka się przebiera. Decydujemy, że wystarczy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze w Nga Hpe Kyaung, czyli starym drewnianym monastyrze wybudowanym na palach. Bardzo klimatyczne miejsce z piękną kolekcją rzeźb przedstawiających bez wyjątku Buddę. Niestety wewnątrz kolejna kuriozalna sprawa. Mnichowie z tegoż monastyru wytrenowali koty tak, aby na komendę skakały przez obręcz. Co kilkanaście minut, czyli kiedy zbierze się wystarczająco dużo turystów, zaczyna się show. Kotki skaczą, ludzie klaszczą i robią zdjęcia. A wszystko to wewnątrz pagody, tuż pod okiem Buddy. Obok bazarek z pamiątkami. Ciekawe czy mnisi mają jakiś odsyp od każdej sprzedanej tutaj rzeczy. Wszyscy módlmy się do pieniądza. No, skacz koteczku, skacz! Po powrocie do Nyaungshwe łapiemy pickupa, którym musimy dojechać do pobliskiego skrzyżowania, gdzie mamy czekać na autobus do Mandalay. Płacimy podwójną cenę za przejazd na oczach siedzących z nami ludzi, którzy w ogóle nie protestują. Kierowca z uśmiechem mówi, że wszyscy płacą tak samo, a potem na moich oczach wydaje kolesiowi resztę udowadniając mi przy tym, że jest kłamcą. Kiedy mu to mówię, wciąż się szczerzy i zaprzecza. Szkoda wysiłku i moich nerwów. Ludzie dalej nic. Przemili Myanmarczycy... Nasz autobus przyjeżdża spóźniony 2 godziny. Nad ranem mamy być w Mandalay. :: Next Page >> |
|