Przez świat
podroznik@gmail.com

Kraj : Tajlandia

9 Lutego 2007

Bangkok wita nas wyższą temperaturą i większą wilgotnością powietrza niż pożegnał nas Yangon. Lotnisko jest wielkie i robi spore wrażenie. Jest bardzo nowoczesne, i bardzo nowe. Szkło i aluminium w fuzji z tradycyjnymi akcentami tajskiej architektury. Wewnątrz przeszklonych budynków ogrody z wielkimi drzewami i roślinnością z dżungli. Formalności graniczne idą jak z płatka. Agnieszka ma wyrobioną jeszcze w Kalkucie wizę, a mi udaje się użyć kanadyjskiego paszportu i nie płacić za wjazd ani grosza. Piszę udaje się, bo to wcale nie jest takie oczywiste, ponieważ nie miałem w nim stempla wyjazdowego z Birmy. Usiłowałem takowy otrzymać w dwóch paszportach, ale birmańscy pogranicznicy, kiedy zobaczyli drugi paszport wpadli w niezłe zdziwienie. Rozmawiałem nawet z jakimś najważniejszym oficjelm na lotnisku w Yangon, ale nic nie wskórałem. Cholerni służbiści. Jednak Tajów w ogóle to nie interesowało, podobnie jak brak rezerwacji na wylot z kraju, która też teoretycznie jest przy wjeździe wymagana. Turyści są tutaj po prostu mile widziani.

Z lotniska pojechaliśmy najpierw darmowym autobusem na dworzec autobusowy znajdujący się nieopodal, gdzie wsiedliśmy w klimatyzowany autobus numer 552, który zawiózł nas do centrum Bangkoku. Tak łatwo jeszcze nigdzie do tej pory w trasie nie było. Cena przejazdu nieco ponad dolara. Mieszkanie mieliśmy już wcześniej zaklepane z HospitalityClub. Pani o dźwięcznie brzmiącym imieniu Noi dała nam namiary. Okazało się, że mieszka dosyć blisko centrum Bangkoku, chociaż w tym mieście trudno jest dokładnie powiedzieć gdzie centrum się znajduje. Miasto jest ogromne i nie ma jednego punktu centralnego. Umownie można powiedzieć, że stanowią je okolice nadrzeczne nieopodal ulicy Khao San Road, czyli turystycznego getta. My mieliśmy mieszkać jakieś 30 minut drogi stamtąd autobusem, przy ulicy Sukhumvit. Noi uprzedziła nas wcześniej, że będzie w domu dopiero po godzinie 18. Mieliśmy więc cały dzień dla siebie. W okolicach jej domu zrzuciliśmy graty w przypadkowym sklepiku i wybraliśmy się na pieszą eksplorację okolic. Już w drodze autobusem Bangkok zrobił na nas ogromne wrażenie. To olbrzymia metropolia poprzecinana wieloma autostradami, które krzyżują się na bezkolizyjnych skrzyżowaniach, z których niektóre mają po 4 poziomy. Ruch na drogach panuje olbrzymi. Jak wszędzie w Azji najwięcej jest motocykli i skuterów, ale sporo jeździ także samochodów osobowych. Większość pojazdów jest nowych, a sporo z nich raczej drogich. Ulice są szerokie, równe i zadbane. Wszystko wygląda na świeżo wybudowane. Wzdłuż głównych arterii miasta w oczy rzuca się nieprzebrana ilość kramików z jedzeniem, ale nawet one nie wyglądają zbyt „azjatycko”. Są czyste i świecące wypolerowanym aluminium, a dokoła nich ani jednego śmiecia. Dla nas szok po prostu. Jak to w ogóle jest możliwe? Przecież to Azja, a jakże inne od tej, którą oglądaliśmy do tej pory. Przez ponad rok przebywałem w miejscach mniej lub bardziej należących do krajów trzeciego świata, i to jak prezentuje się Bangkok przyprawia mnie o zawrót głowy. Nowoczesność egzotyczna, bo jednak pomimo wyglądu, jakiego nie powstydziłaby się żadna stolica krajów rozwiniętych (wstydź się Warszawo!), miasto ma jednak azjatycki charakter i jest bardzo moim zdaniem osobliwe.

Noi mieszka w dosyć bogatej części Bangkoku. Domy w tej okolicy to mieszanina ekskluzywnych apartamentowców i szeregowych domków rozciągniętych wzdłuż bocznych uliczek. W większości domów na parterze znajduje się jakiś biznesik, czyli mała knajpka, pralnia, sklep, biuro, salon masażu, etc. Jest cicho i spokojnie, chociaż w tle wciąż słychać ruch uliczny na głównej ulicy, a co jakiś czas przejeżdża SkyTrain, czyli nadziemny pociąg, który obok metra stanowi najszybszy sposób przemieszczania się po mieście. Włócząc się po okolicy trafiamy do supermarketu Carrefour. Takiego dziwu też od dawna nie widzieliśmy. Przyzwyczailiśmy się do niewielkich sklepików w Nepalu, Pakistanie, Indiach i Birmie, w których asortyment nigdy nie był zbyt bogaty. Zachowujemy się jak dzieci w sklepie z zabawkami, gdzie wszystkiego można dotknąć i wszystkim się pobawić. Albo jak Polacy wypuszczeni z PRL-u w 70-tych latach. Na kilka godzin trzypiętrowy sklep staje się dla nas po prostu atrakcją turystyczną. Dodatkową atrakcją jest klimatyzacja, bo po kilku godzinach spacerów po ulicach spaliny, a przede wszystkim wysoka temperatura i wilgotność dały nam nieźle popalić. Największą atrakcją są stoiska jedzeniowe, na których pełno jest gotowych potraw, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. No i owoce! Wszystko bardzo egzotyczne, ale podpisane również po angielsku. Na chybił trafił kupujemy coś, co się nazywa Dragon Fuit. Potem jeszcze dokupujemy jogurt, którego w Birmie nie mogliśmy nigdzie znaleźć, a na koniec absolutny rarytas – świeża bagietka!!! Nie ryż, nie jakieś gumowe pieczywo, ale prawdziwa, chrupiąca bułka! Stwierdzamy, że jesteśmy w klimatyzowanym raju. Potem konsumujemy to wszystko w sklepie na wygodnych i ultraczystych stolikach. Dragon Fruit staje się z miejsca naszym ulubionym owocem.

Pod wieczór logujemy się u Noi, która okazuje się być miłą panią w wieku lat około 40, matką dwóch dorosłych synów, z których żaden nie mieszka już z nią w domu. Dostajemy do dyspozycji pokoik i ulga stwierdzamy, że Noi do pedantów nie należy. W domu panuje wesoły rozgardiasz spotęgowany jeszcze faktem, że Noi niedługo się przeprowadza. Okazuje się, że zna ona Tajlandię całkiem nieźle, bo uwielbia podróżowanie, a z braku czasu, funduszy i trochę odwagi koncentrowała się dotychczas na rodzimym kraju. Resztę wieczora spędzamy na omawianiu potencjalnych planów na nasz pobyt w Tajlandii. Noi ma pełno tajskich magazynów podróżniczych i jest świetnym źródłem informacji, zwłaszcza, że my nie mamy jeszcze żadnego przewodnika po Tajlandii.

10 Lutego 2007

Wcześnie rano Noi zabrała nas do swojej siostry w miejscowości Pattaya. Pojechaliśmy tam jej samochodem, po drodze zabierając jeszcze dwoje członków rodziny z Bangkoku. Oddalona o dwie godziny drogi od Bangkoku Pattaya to miejsce otoczone sławą hedonistycznej stolicy Tajlandii. Korzenie tej reputacji sięgają czasów wojny w Wietnamie, kiedy to Pattaya stała się głównym miejscem odwiedzanym przez amerykańskich żołnierzy na przepustkach. W ofercie były wtedy głownie cztery rzeczy: słońce, plaża, narkotyki i seks. Zwabionych amerykańskimi dolarami zjeżdżało się tutaj mnóstwo młodych kobiet z najbiedniejszych regionów Tajlandii. Dzisiaj jest podobnie, aczkolwiek większość plaż należy już do drogich hoteli, a za narkotyki można bardzo łatwo trafić za kratki, bo minęły już w Tajlandii czasy nieskrępowanego palenia jointów i dostępu do taniego opium. Ale słońce i seks wciąż pozostają, chociaż podobno młode Tajki przestały być modne, i wypierane są przez konkurencję ze Wschodniej Europy. Zjeżdżają się tutaj masy ludzi – ponad milion turystów rocznie. Przez te lata z sennej rybackiej wioski miasteczko przekształciło się w ogromną bazę turystyczną. Na ulicy widzi się tutaj więcej białasów, głównie z Anglii, Niemiec i krajów skandynawskich niż Tajów. Wiele domów, hoteli i biznesów należy do Amerykanów i Europejczyków, którzy najczęściej mają tajską żonę lub męża. Inni siedzą tutaj latami jako turyści, w czym pomaga im oferta miejscowych biur podróży, z których każde proponuje jednodniowe wyjazdy do Kambodży, w celu odnowienia wizy tajskiej.

Siostra Noi, która wyszła jakieś 20 lat temu za Anglika, jest właścicielką dwóch domów w spokojniejszej części Pattayi. Ma ponad 60 lat, a jej mąż przekroczył już 80-tkę. Na stałe mieszkają w Londynie, a w Pattayi pojawiają się tylko raz do roku, w okresie zimowym i mieszkają wówczas w jednym z ich domów. Przez pozostały czas w roku stoi on pusty. Drugi dom wynajmowany jest białasom. Stary pan Angol za bardzo za tym miejscem nie przepada, chociaż na pogodę w tym czasie w Anglii narzeka równie mocno.
Noi wraz z siostrą zabrały nas na mała przejażdżkę po Pattayi. Miasteczko wygląda jak każdy kurort europejski, za wyjątkiem ulicy Hat Pattaya, która przy jej północnym krańcu dosłownie przeładowana jest barami go-go. Wygląda to jak małe, ale skoncentrowane Las Vegas w kiepskim stylu. Za dnia miejsce to wygląda na wymarłe. Widuje się tylko podstarzałych białasów leczących kaca piwem w cieniu parasoli w kilku zaledwie otwartych lokalach. W nocy miejsce to ożywa i staję się największym burdelem w Azji. Klientów nie brakuje, bo ceny usług są bardzo niewygórowane.




Ulica Hat Pattaya

W ogóle miasto podobno podzielone jest na część angielską i niemiecką. Ponieważ większość przebywających tutaj na stałe mieszkańców tych nacji pamięta jeszcze czasy wojenne, nie pałają do siebie sympatią. W swoich enklawach Anglicy mogą pochwalić się pubami z Guinessem, a Niemcy restauracjami serwującymi kapustę i kiełbasy.

Później Noi zawiozła nas na plażę, która w czasach jej młodości była publiczna, i gdzie obie z siostra lubiły się kąpać. Dzisiaj większa jej część należy do hotelu, a resztę zajmują emeryci niemieccy. Noi mówiła, że lokalni mieszkańcy nazywają to miejsce właśnie plażą emerytów. Przedstawia sobą smętny widok, bo jak inaczej można określić wielkie stado wyleniałych grubasów w obcisłych kąpielówkach zalegających na leżakach w cieniu parasoli z nieodłącznym piwem i niemiecką gazetą w ręku? To powinno być ustawowo zakazane!




Plaża emerytów.

Pod koniec samochodowej wycieczki po Pattayi podjechaliśmy jeszcze na rynek zrobić zakupy na obiad. Na stoiskach przeważały owoce morza, w większości mi znane. Przede wszystkim krewetki we wszystkich rozmiarach, od zupełnie maleńkich po wielkie jak moje przedramię prawie. Oprócz tego muszle, małże i kraby, a także kilkadziesiąt gatunków ryb. Wszystko to świeżo z morza wyłowione, jeszcze żywe najczęściej, albo suszone na słońcu. Albo już upieczone, albo przyrządzone na mnóstwo jeszcze innych sposobów. Niemniej kilka handlarek miało w ofercie przedziwne stworzonka, których nigdy wcześniej na obrazku nawet nie widziałem. Niektóre przypominały prehistoryczne morskie stwory.




To też się je.

Zakupiliśmy kilka kilogramów owych pyszności, głównie małże, muszle, kałamarnice i kraby. Oprócz tego sporo zieleniny, a także tajlandzki przysmak, czyli sałatkę z zielonej papai w wersji wegetariańskiej, a więc bez sosu rybnego, który Tajowie uwielbiają i używają w wielu potrawach. Sałatkę taką można kupić prawie wszędzie na ulicy. Jest przepyszna, ale najczęściej nieludzko ostra. Każda porcja robiona jest na oczach klienta w wielkim glinianym moździerzu, do którego wrzuca się niezliczoną ilość składników. Podstawowym jest oczywiście pokrojona na drobne paski zielona papaja. Oprócz tego lądują w niej jeszcze przeróżne orzeszki, cebula, marchewka, pomidory i kilkanaście rodzajów przecierów o gęstej konsystencji, których składów i pochodzenia nie znam, a także mnóstwo przypraw. Często dorzuca się jeszcze lekko podgnitego na słońcu kraba. Całość ubijana jest przez kilka minut w moździerzu, po czym jest gotowa do spożycia. Przepyszne, ale naprawdę diabelnie ostre. Trzeba uważać na kubeczki smakowe, które po jednej takiej porcji sałatki są bezużyteczne przez następną godzinę.

Potem było gotowanie i nauki kulinarne, które pobierałem u siostry Noi. Głównie to uczyłem się oprawiać kałamarnice, która to czynność jest naprawdę bardzo prosta. Wyrywa się po prostu „główkę” z otworem gębowym z ciała. Wewnątrz pozostają wnętrzności i szkielet stworzenia. Wygląda on jak wykonany z przezroczystego plastiku. Do konsumpcji nadaje się praktycznie wszystko oprócz owego „kręgosłupa” i flaków oczywiście. W międzyczasie Noi mordowała kraby wrzucając je żywcem do wielkiego gara na parę i kładąc na pokrywkę cegłówkę, aby nie uciekły. Wegetarianka Agnieszka patrzyła na to z przerażeniem w oczach. Potem na parę poleciały muszle i małże, a na koniec kałamarnice. Dla Agnieszki panie przyrządziły pyszną mieszankę smażonych warzyw, których tajemnym składnikiem było kilka szczypt cukru. A potem jedliśmy to przez ponad godzinę. Małe panie Tajki mają niezłe apetyty – wciągały owoce morza równo, a ja starałem się im nie ustępować. Jednak odpadem sporo przed finiszem. Stary Angol, zresztą przemiły człowiek, którego imienia niestety nie zapamiętałem, puszczał do obiadu muzykę poważną, i bardzo się ucieszył, że młodzież w dzisiejszych czasach jest jednak nieco okrzesana, kiedy rozpoznałem IX symfonie Beethovena. Potem opowiadał sporo o Polakach, których spotykał w okresie wojny, a także ostatnio w Londynie. Wyrażał się w samych superlatywach i nie robił tego bynajmniej z grzeczności, bo charakter miał taki, że nie owijał raczej nigdy niczego w bawełnę. Po prostu miał o nas bardzo dobre zdanie, zwłaszcza o pracownikach budowlanych, z których usług wielokrotnie korzystał. Psioczył za to na Angoli, że to leniwy naród. Skądinąd to nie pierwszy Anglik, Szkot czy też Irlandczyk, którego spotkałem w podróży mający o Polakach doskonałą opinię. Pod wieczór wróciliśmy do Bangkoku, gdzie resztę dnia i pół nocy spędziłem surfując na bezprzewodowym internecie sąsiada Noi, który o tym oczywiście nie wiedział. Mając laptopa i kartę Wi-Fi w Bangkoku łatwo jest się do netu podłączyć, bo sporo ludzi ma bezprzewodowe routery, w znacznej większości niezabezpieczone. U Noi miałem 4 sieci do wyboru :)

11 Lutego 2007

Noi znowu postanowiła dostarczyć nam atrakcji i zabrała na oddalony o około godzinę drogi od Bangkoku wielki bazar położony nad rzeką. Dojechaliśmy tam dosyć wcześnie rano i zaczęliśmy zakupy i zwiedzanie od wizyty w knajpie i śniadania. Jedliśmy na pływającym po rzece pomoście, dokoła którego dosłownie tłoczyły się grube ryby, w większości sumy. Zwierzaki te nauczone doświadczeniem wiedzą, że coś im tutaj zawsze skapnie, bo karmienie ryb poprawia karmę i robią to wszyscy jedzący tam Tajowie. Przy wejściu do restauracji stał sobie stoliczek z kilkoma daniami na talerzach i butelką otwartej mirindy ze słomką w środku. Początkowo myślałem, że to reklama jakiegoś zestawu śniadaniowego, ale okazało się, że to po prostu ofiara dla Buddy. Trochę to wydało mi się dziwne, bo potrawy były mięsne, a Budda był wegetarianinem i mirindy też raczej nie pijał. Ale co kraj to obyczaj. Na śniadanie było to, co można zjeść na obiad lub kolację, czyli ryż, zupy, smażone placki z mielonej ryby, sałatki, zupa i chińskie warzywa. W Tajlandii nie istnieje rozróżnienie pomiędzy śniadaniem, obiadem i kolacją. Na każdy z tych posiłków je się te same dania, ale ich wybór jest ogromny. Co prawda młodzi i bogaci Tajowie zaczynają nieco zmieniać te zwyczaje i zajadają rano grzanki z dżemem i chrupki z mlekiem, ale jak mówiła Noi to tylko nowobogaccy szpanerzy. Prawdziwy Taj bez ryż z rana się nie obejdzie. Tutaj po prostu ryż pełni taką rolę, jak w naszej kulturze chleb.

Zjedzenie śniadania było posunięciem strategicznym, abyśmy nie zwariowali na widok tego, co sprzedawano na targu i nie zbankrutowali kupując co popadnie. Noi jak powiedziała, również potrzebowała tego zabezpieczenia. Na targu sprzedawano głównie jedzenie w niezliczonych formach, postaciach, kolorach i zapachach. Wszystko przyrządzone i podane w fantastyczny sposób z równym naciskiem na smak, jak i prezencję. Największą uwagę przykładano jednak do czystości – nigdzie nie walały się żadne śmieci, nie panował typowy dla targów na całym świecie lekki rozgardiasz. Tutaj wszystko było prawie sterylnie czyste. Nawet pan, który kręcił mięsko na grilu zamiatał spadający z niego popiół co kilka minut. Wszystkiego można było przed zakupem spróbować. Grymaszenie i targowanie się należało do utartego zwyczaju. My jako „farangi” czyli biali obcy, których na tym targu prawie się nie widuje, otrzymywaliśmy preferencyjne traktowanie z wielkim uśmiechem na twarzy. Tajowie wciąż się uśmiechają, choć nie zawsze jest to szczere. Taki po prostu mają zwyczaj związany z tradycją „utraty twarzy”, o czym jeszcze później napiszę. Wróćmy do targu. Po około godzinnym spacerowaniu i próbowaniu wszelakich specjałów, Noi powiedziała: „Ok, now we start buying!” Spacer miał na celu rozrywkę, głównie dla nas, jak i badanie cen i jakości towarów. Z niesamowicie wypełnionymi brzuchami rzuciliśmy w wir zakupów. Ja robiłem głównie za tragarza, a Noi i Agnieszka szalały na stoiskach. Kupowaliśmy głównie owoce, zwłaszcza te, których nigdy wcześniej nie jedliśmy. Resztę zakupów przedstawiam w postaci mini foto-bloga poniżej.




Rybki w pudełku (fot.Agnieszka)




Lukrowane słodkości (fot.Agnieszka)




Rajskie jabłuszka (fot.Agnieszka)




Bananki z grila (fot.Agnieszka)




Pomelo, czyli oszukany grapefruit. Z wierzchu wielki, w środku maleńki. Bardzo smaczny (fot.Agnieszka)




Banany, czyli nic takiego, a poniżej kwiat banana, doskonały w sosie kokosowym. Wiem, bo jedliśmy na Andamanach (fot.Agnieszka)




Bananki z grila (fot.Agnieszka)




Szczyt higieny – rękawice, maska, okulary. (fot.Agnieszka)




Ciasteczka – każde ręcznie wiązane. (fot.Agnieszka)




Grillowane kałamarnice (fot.Agnieszka)




Stos rambutanów (fot.Agnieszka)




Dragon fruits, czyli smocze owoce (fot.Agnieszka)




Klejący się ryż na słodko zawinięty w liście bananowca (fot.Agnieszka)




Krabów sto – liczyłem! (fot.Agnieszka)




Grilowane kokosy – pyszne słodkie mleczko (fot.Agnieszka)




Ryba, najpierw na słońcu suszona, a potem usmażona (fot.Agnieszka)




Tajskie pomidory (fot.Agnieszka)




Agnieszka z owocem Jacka (jak się tłumaczy jackfruit?)




Owoce tamaryndowca (fot.Agnieszka)

Po powrocie do Bangkoku Noi wysadziła nas nieopodal wielkiego bazaru Chatuchak. Jest on olbrzymi, zdaje się, że największy w Tajlandii, a sprzedaje się tutaj w zasadzie wszystko. Mnie interesowały głównie ubrania, bo większość moich rzeczy, które przetrwały roczną podróż są w opłakanym stanie. Łażenie i gubienie się w labiryncie stoisk zajęło nam dobre trzy godziny, ale w końcu dopiąłem celu i kupiłem te kilka ciuchów, które potrzebowałem. Zobaczycie ja na zdjęciach :)

Z bazaru pojechaliśmy na Khao San Road w poszukiwaniu przewodnika po Tajlandii. Miejsce to jest słynnym na cały świat gettem backpakerów. Znajdują się tam niezliczone tanie i najczęściej obskurne hoteliki, kawiarenki, księgarnie, kafejki internetowe i knajpy. Od godziny 17 ulica zamknięta jest dla ruchu kołowego i wylegają na nią tłumy białasów, a także sporo lokalnych cwaniaczków. Rozstawiają się stoiska z ciuchami, gadżetami i jedzeniem. Na pierwszy rzut oka nie wygląda to wcale tak źle. Takie trochę ZOO, gdzie Tajowie przychodzą popatrzeć i pośmiać się z farangów, jak powiedziała nam Noi. Ani ładne, ani brzydkie, ot takie sobie zwykłe jak na mój gust. Jedni to miejsce lubią, inni nienawidzą, chociaż tych drugich nie do końca rozumiem, bo w Bangkoku da się tanio spać także w innych okolicach, więc po co tam jadą? Dla nas miejsce zupełnie obojętne, bo tam nie mieszkamy.

Kręcąc się po Khao San w poszukiwaniu przewodnika w przystępnej cenie spotkaliśmy starego znajomego jeszcze z Pakistanu – Juana. Pisałem o nim wcześniej, bo to naprawdę ciekawa postać – koleś jedzie stopem przez świat. Kiedy się rozstawaliśmy po wspólnym trekkingu w Karakorum jechał właśnie do Chin, aby próbować swoich sił w najtrudniejszym ponoć dla autostopowiczów regionie świata, czyli Tybecie. Później słyszeliśmy o nim od przypadkowo spotkanego człowieka gdzieś na trasie, że widział go właśnie na Dachu Świata gdzieś przy drodze. Wszyscy troje byliśmy równie zdziwieni, co uradowani tym spotkaniem. Świat jest jednak bardzo mały, stwierdziliśmy po raz wtóry. Umówiliśmy się na następny dzień na piwo, aby pogadać o przygodach, które przeżyliśmy od czasu naszego pożegnania.

12 Lutego 2007

Wcześnie rano wyszliśmy razem z Noi z domu. Ona jechała do pracy, a my do miasta, pozwiedzać. Noi w mieście nie jeździ samochodem, bo ze względu na korki zajmuje to jej zbyt wiele czasu. Preferuje SkyTrain. My też zaliczyliśmy naszą pierwszą podróż tym środkiem lokomocji. Kiedy weszliśmy na peron i oczekiwaliśmy na pociąg rzuciła mi się w oczy duża ilość ludzi ubranych w żółte koszule z królewskim emblematem na piersiach. Początkowo myślałem, że to może oficjalny strój pracowników administracji publicznej, ale ludzi tak ubranych było zdecydowanie zbyt wielu. Zapytana o to Noi, wyjaśniła mi, że poniedziałek jest dniem, kiedy Tajowie w ten sposób oddają hołd swojemu ukochanemu królowi. Wdaliśmy się w rozmowę na temat monarchii w Tajlandii, o czym za chwilę. W pewnym momencie zapytałem o następcę tronu, a Noi powiedziała mi, że książę jest playboyem, przez co nie ma wśród ludzi najlepszej opinii i nie wiadomo jak to z jego sukcesją będzie. Właśnie nadjechał pociąg i wsiedliśmy do wagonu, gdzie usiłowałem kontynuować rozmowę na ten temat, ale Noi ściszonym głosem powiedziała, że na te tematy możemy porozmawiać w domu.

Wysiedliśmy na ostatniej stacji Saphan Taksin, nieopodal której znajdowała się praca Noi, a my planowaliśmy stamtąd popłynąć dalej łodzią po rzece Mae Nam Cho. Kiedy wychodziliśmy ze stacji wybiła właśnie godzina 8 i nagle cały żwawo poruszający się do tej pory tłum zamarł w miejscu, a z głośników popłynęły dźwięki hymnu państwowego. Stanęliśmy na baczność i my. Po kilku minutach szalone tempo miasta wróciło do normy. Rytuał ten powtarzany jest wieczorem, o godzinie 18. Hymn gra się dwa razy dziennie o tych porach również w radiu i telewizji, a w mniejszych miasteczkach i wioskach nadaje się go przez system głośników „szczekaczek” rozmieszczonych na słupach.

Tajlandia była od końca XVIII wieku do 1932 roku monarchią absolutną, a kraj nazywał się Siam. Po przejęciu władzy przez rewolucjonistów nakłonili oni ówczesnego króla Prajadhipoka, zwanego Ramą VII, do przyjęcia systemu monarchii konstytucyjnej. Wkrótce po tych wydarzeniach zmieniono też nazwę kraju. Robiono to dwukrotnie, a ostatnio w 1949 roku. Od tego czasu kraj ten nazywa się Królestwem Tajlandii (Prathet Thai), co w przekładzie oznacza krainę ludzi wolnych. Przez lata rządziły tutaj różne militarne junty, na przemian z quasi-demokratycznymi rządami. Rola króla ograniczała się oficjalnie do celów prawie wyłącznie reprezentatywnych, pozostawał on jednak głównodowodzącym armią. Jego wpływy zawsze były bardzo silne i niewiele działo się w Tajlandii bez jego zgody. Obecnie rządzący król Bhumibol Adulyadej, zwany Ramą IX jest najdłużej panującym w historii Siamu (i Tajlandii oczywiście też). Urodził się w Cambridge w USA, gdzie wychowywał się i chodził do szkół. Królem został w 1946 roku, ale oficjalna koronacje odbyła się w 1950 roku. Jest to postać w Tajlandii uwielbiana. Panuje tutaj widoczny gołym okiem kult jego osoby. W każdym mieście widuje się jego wielkie portrety na poczesnych miejscach, a flagom Tajlandii gęsto wiszącym w tym kraju, zawsze towarzyszą żółte flagi królewskie. Król uznawany jest za autorytet absolutny. Jego poczynań, ani wypowiedzi nie odważy krytykować się żadna gazeta, choćby były najbardziej bzdurne. Prasa jest w teorii wolna, ale karą za obrazę majestatu jest do siedmiu lat więzienia. A gdzie kończy się rozsądna krytyka, a zaczyna obraza majestatu decyduje niezawisły, ale jednak w służbie króla, sędzia, więc nikt woli nie ryzykować. Podobnie jest z ludźmi, którzy w zaciszu domowym rozmawiają na temat monarchii całkiem otwarcie – przynajmniej Noi, a w miejscach publicznych wolą nabrać wody w usta. Noi uważała, że obecny król jest bardzo dobrym władcą Tajlandii. Wypowiadała się pozytywnie również o ostatnim przewrocie militarnym, twierdząc, że poprzedni rząd był bardzo skorumpowany i niezdolny do dalszego sprawowania władzy. Król Rama IX ów przewrót również poparł.Tak przynajmniej pisały gazety, oczywiście post factum.




Most w Bangkoku

Łodzią z przystani Tha Sathon popłynęliśmy aż na drugi koniec miasta wysiadając na Tha Thewet. Ten sposób transportu jest w Bangkoku bardzo popularny, bo szybki. W dawniejszych czasach całe miasto było pocięte siecią kanałów, z których większość jednak zasypano, budując w ich miejsce ulice. Te, które pozostały, jak również rzeka, są używane do dziś. Przepłynęliśmy cała długość miasta wraz ze spieszącymi się do pracy Tajami. Od strony rzeki miasto nie robi większego wrażenia. Dalej już na piechotę udaliśmy się do świątyni Wat Benachamabophit, która nie wywarła na nas większego efektu. Mam wrażenie, że po tym, co widzieliśmy w Birmie podobnie będzie z większością obiektów sakralnych w Tajlandii. Bardzo ładnie prezentowały się ogrody ją otaczające, a sama świątynie, niezwykle zadbana, kryje w sobie złotego koloru posąg Budy. Czysto i schludnie, ale jakoś „bezbożnie”.




Wat Benachamabophit (fot. Agnieszka)

Ponieważ popełniając ten sam, co zwykle błąd wybraliśmy się na zwiedzanie w samo południe, a żar z nieba tego dnia lał się niesłychany, olaliśmy wizyty w dalszych świątyniach na rzecz ocienionych alejek pobliskiego... Zoo. W Zoo każdy chyba był, a to w Bangkoku jest raczej małe i niespecjalnie robiące wrażenie, więc opisywać nie będę. Powiem tylko, że alejki faktycznie są ocienione, a wnętrza w większości klimatyzowane.

Tego samego dnia spotkaliśmy się z Juanem i jak przystało na podróżników z małym budżetem kupiliśmy piwko w sklepie, a następnie udaliśmy się na poszukiwanie stosownego miejsca do konsumpcji. Odeszliśmy od Khao San zaledwie kilkaset metrów i z wielkich bulwarów wspaniałej metropolii trafiliśmy w wąziutkie na szerokość zaledwie roweru ulice, po obu stronach szczelnie wypełnione niskimi drewnianymi domkami. Inny świat, inne tempo, a także styl życia. Turyści chyba zbyt często tu nie trafiają, bo spotkaliśmy się z zaciekawionymi spojrzeniami lokali. Na Khao San żeby wywołać zaciekawienie trzeba chyba wyjść na ulicę nago. Znaleźliśmy ocienioną ławeczkę tuż obok małego stoiska z zupkami i przy aprobujących spojrzeniach kilku lokali siedzących przy stolikach i konsumujących posiłek, rozpoczęliśmy naszą mała libację. Jedynym mankamentem tego miejsca, był fakt, że ilekroć pojawiał się rower lub skuter musieliśmy podkurczać nogi, aby zrobić mu miejsce na przejazd. Przygody Juana to inny temat i poczytać sobie o nich można na jego stronie. Link w dziale linki :)

Wynikać by mogło, że w Bangkoku wiele nie zobaczyliśmy, ale to trochę myląca konkluzja. Odpuściliśmy sobie bowiem zabytki, na rzecz kręcenia się po tym niesamowitym mieście po prostu. Mamy zamiar tutaj wrócić przed wyjazdem do Malezji i spędzić jeszcze kilka dni na przypadkowej eksploracji miasta, które wywarło na nas duże i pozytywne wrażenie.

13 - 14 Lutego 2007

Autobusem za 50 bahtów dojechaliśmy z Bangkoku do położonego 86 km na północ Ayutthaya. Miasto to było od XIV do XVIII wieku stolicą tajskiego królestwa, aż do momentu, kiedy Syjam podbili Birmańczycy. Doszczętnie je wówczas zrujnowali paląc i rabując. Z tego powodu niewiele budynków z dawnej świetności Ayutthaya przetrwało do dzisiaj. Miasto położone w miejscu, gdzie zbiegają się trzy rzeki: Mae Nam Chao Phraya, Mae Nam Pa Sak i Mae Nam Lopburi. Rzeki te tworzą, wraz z przekopanym pomiędzy nimi kanałem, swoistą fosę, otaczającą Ayutthaya, które w zasadzie znajduje się więc na wyspie. Miasto nie jest duże – ma około 87000 mieszkańców, ale wydaje się być bardzo rozległe. Ulice przecinają się tutaj pod kątem prostym, a dokoła wyspy, wzdłuż kanału biegnie jakby obwodnica. Miasto zatraciło swój pierwotny charakter, o którym przypominają tylko rozsiane po całym terenie ostrowu ruiny świątyń i monastyrów. Większość z nich znajduje się na terenie Parku Historycznego, figurującego na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO., Aby się po nim jakoś sensownie i niezbyt drogo przemieszczać wypożyczyliśmy rowery (30 bathów na dzień), stanowiące znacznie tańszą alternatywę od tuk-tuków, czyli motorowych riksz. To, co zobaczyliśmy nie wywołało większych zachwytów. Ruiny w większości są bardzo szczątkowe, a często także nieudolnie odrestaurowane przy użyciu betonu. Otaczające je zewsząd dosyć ruchliwe miasto odbiera wielu pięknym miejscom uroku. Być może byliśmy również nieco już przesyceni buddyjską architekturą sakralną po pobycie w Birmie, a świątynie znajdujące się w Ayutthaya na pierwszy rzut oka są bardzo podobne, tyle że znacznie bardziej zrujnowane. Tyle jako laik mogę o nich powiedzieć. Niektóre z nich bardzo efektownie wyglądają natomiast w nocy, bo są umiejętnie podświetlone. No i przyjemniej się je ogląda, kiedy temperatura na zewnątrz spada do 25 stopni.




Stare, z nowym w tle.




Budda.

Jeżdżąc sobie po okolicy trafiliśmy na wielką drewnianą palisadę w kształcie owalu, która okazała się być rekonstrukcją oryginalnego ostrokołu używanego przez monarchów z Ayutthaya do dorocznego przeglądu słoni. Ku naszemu zdziwieniu wewnątrz zobaczyliśmy przywiązaną łańcuchem do jednego z pali słonicę. Niewiele się zastanawiając poszliśmy przywitać się z tym ogromnym zwierzakiem, który wielce się nami zainteresował. Kontakt był bardzo bliski. Pierwszy raz w życiu miałem okazję trzymać słonia za trąbę. Co prawda po chwili nie byłem już pewien, kto tu kogo trzyma, bo słonica zgrabnie owinęła swój przerośnięty nos wokół mojej dłoni i z wielkim trudem udało mi się z tego czułego uchwytu wyzwolić. Bliżej niż na wyciągnięcie trąby nie podchodziłem, chociaż zwierzak był ewidentnie oswojony i pewnie nie miał złych zamiarów. Nie znam jednak zbyt dobrze słoniowych obyczajów i wolałem nie ryzykować.




Śliczna trąba, śliczna (fot. Agnieszka)

Później okazało się, że słoni w okolicy jest znacznie więcej, gdyż obok koralu mieścił się ośrodek gdzie je przetrzymywano i szkolono, a my po prostu dotarliśmy tam z innej strony i nie zauważyliśmy go wcześniej. Następne kilka godzin spędziliśmy więc obserwując i zabawiając się z „trąbalami” różnego kalibru i wieku. Są to od dawna moje ulubione zwierzaki. Agnieszka preferuje koty, ale słoniowi tego wprost nigdy nie powie, bo jest taktowna.




Ja, słoń! (fot. Agnieszka)




Instynkty macierzyńskie?

:: Next Page >>

pt src="http://www.google-analytics.com/urchin.js" type="text/javascript">