Przez świat
podroznik@gmail.com

Kraj : Tajlandia

9 Lutego 2007

Bangkok wita nas wyższą temperaturą i większą wilgotnością powietrza niż pożegnał nas Yangon. Lotnisko jest wielkie i robi spore wrażenie. Jest bardzo nowoczesne, i bardzo nowe. Szkło i aluminium w fuzji z tradycyjnymi akcentami tajskiej architektury. Wewnątrz przeszklonych budynków ogrody z wielkimi drzewami i roślinnością z dżungli. Formalności graniczne idą jak z płatka. Agnieszka ma wyrobioną jeszcze w Kalkucie wizę, a mi udaje się użyć kanadyjskiego paszportu i nie płacić za wjazd ani grosza. Piszę udaje się, bo to wcale nie jest takie oczywiste, ponieważ nie miałem w nim stempla wyjazdowego z Birmy. Usiłowałem takowy otrzymać w dwóch paszportach, ale birmańscy pogranicznicy, kiedy zobaczyli drugi paszport wpadli w niezłe zdziwienie. Rozmawiałem nawet z jakimś najważniejszym oficjelm na lotnisku w Yangon, ale nic nie wskórałem. Cholerni służbiści. Jednak Tajów w ogóle to nie interesowało, podobnie jak brak rezerwacji na wylot z kraju, która też teoretycznie jest przy wjeździe wymagana. Turyści są tutaj po prostu mile widziani.

Z lotniska pojechaliśmy najpierw darmowym autobusem na dworzec autobusowy znajdujący się nieopodal, gdzie wsiedliśmy w klimatyzowany autobus numer 552, który zawiózł nas do centrum Bangkoku. Tak łatwo jeszcze nigdzie do tej pory w trasie nie było. Cena przejazdu nieco ponad dolara. Mieszkanie mieliśmy już wcześniej zaklepane z HospitalityClub. Pani o dźwięcznie brzmiącym imieniu Noi dała nam namiary. Okazało się, że mieszka dosyć blisko centrum Bangkoku, chociaż w tym mieście trudno jest dokładnie powiedzieć gdzie centrum się znajduje. Miasto jest ogromne i nie ma jednego punktu centralnego. Umownie można powiedzieć, że stanowią je okolice nadrzeczne nieopodal ulicy Khao San Road, czyli turystycznego getta. My mieliśmy mieszkać jakieś 30 minut drogi stamtąd autobusem, przy ulicy Sukhumvit. Noi uprzedziła nas wcześniej, że będzie w domu dopiero po godzinie 18. Mieliśmy więc cały dzień dla siebie. W okolicach jej domu zrzuciliśmy graty w przypadkowym sklepiku i wybraliśmy się na pieszą eksplorację okolic. Już w drodze autobusem Bangkok zrobił na nas ogromne wrażenie. To olbrzymia metropolia poprzecinana wieloma autostradami, które krzyżują się na bezkolizyjnych skrzyżowaniach, z których niektóre mają po 4 poziomy. Ruch na drogach panuje olbrzymi. Jak wszędzie w Azji najwięcej jest motocykli i skuterów, ale sporo jeździ także samochodów osobowych. Większość pojazdów jest nowych, a sporo z nich raczej drogich. Ulice są szerokie, równe i zadbane. Wszystko wygląda na świeżo wybudowane. Wzdłuż głównych arterii miasta w oczy rzuca się nieprzebrana ilość kramików z jedzeniem, ale nawet one nie wyglądają zbyt „azjatycko”. Są czyste i świecące wypolerowanym aluminium, a dokoła nich ani jednego śmiecia. Dla nas szok po prostu. Jak to w ogóle jest możliwe? Przecież to Azja, a jakże inne od tej, którą oglądaliśmy do tej pory. Przez ponad rok przebywałem w miejscach mniej lub bardziej należących do krajów trzeciego świata, i to jak prezentuje się Bangkok przyprawia mnie o zawrót głowy. Nowoczesność egzotyczna, bo jednak pomimo wyglądu, jakiego nie powstydziłaby się żadna stolica krajów rozwiniętych (wstydź się Warszawo!), miasto ma jednak azjatycki charakter i jest bardzo moim zdaniem osobliwe.

Noi mieszka w dosyć bogatej części Bangkoku. Domy w tej okolicy to mieszanina ekskluzywnych apartamentowców i szeregowych domków rozciągniętych wzdłuż bocznych uliczek. W większości domów na parterze znajduje się jakiś biznesik, czyli mała knajpka, pralnia, sklep, biuro, salon masażu, etc. Jest cicho i spokojnie, chociaż w tle wciąż słychać ruch uliczny na głównej ulicy, a co jakiś czas przejeżdża SkyTrain, czyli nadziemny pociąg, który obok metra stanowi najszybszy sposób przemieszczania się po mieście. Włócząc się po okolicy trafiamy do supermarketu Carrefour. Takiego dziwu też od dawna nie widzieliśmy. Przyzwyczailiśmy się do niewielkich sklepików w Nepalu, Pakistanie, Indiach i Birmie, w których asortyment nigdy nie był zbyt bogaty. Zachowujemy się jak dzieci w sklepie z zabawkami, gdzie wszystkiego można dotknąć i wszystkim się pobawić. Albo jak Polacy wypuszczeni z PRL-u w 70-tych latach. Na kilka godzin trzypiętrowy sklep staje się dla nas po prostu atrakcją turystyczną. Dodatkową atrakcją jest klimatyzacja, bo po kilku godzinach spacerów po ulicach spaliny, a przede wszystkim wysoka temperatura i wilgotność dały nam nieźle popalić. Największą atrakcją są stoiska jedzeniowe, na których pełno jest gotowych potraw, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. No i owoce! Wszystko bardzo egzotyczne, ale podpisane również po angielsku. Na chybił trafił kupujemy coś, co się nazywa Dragon Fuit. Potem jeszcze dokupujemy jogurt, którego w Birmie nie mogliśmy nigdzie znaleźć, a na koniec absolutny rarytas – świeża bagietka!!! Nie ryż, nie jakieś gumowe pieczywo, ale prawdziwa, chrupiąca bułka! Stwierdzamy, że jesteśmy w klimatyzowanym raju. Potem konsumujemy to wszystko w sklepie na wygodnych i ultraczystych stolikach. Dragon Fruit staje się z miejsca naszym ulubionym owocem.

Pod wieczór logujemy się u Noi, która okazuje się być miłą panią w wieku lat około 40, matką dwóch dorosłych synów, z których żaden nie mieszka już z nią w domu. Dostajemy do dyspozycji pokoik i ulga stwierdzamy, że Noi do pedantów nie należy. W domu panuje wesoły rozgardiasz spotęgowany jeszcze faktem, że Noi niedługo się przeprowadza. Okazuje się, że zna ona Tajlandię całkiem nieźle, bo uwielbia podróżowanie, a z braku czasu, funduszy i trochę odwagi koncentrowała się dotychczas na rodzimym kraju. Resztę wieczora spędzamy na omawianiu potencjalnych planów na nasz pobyt w Tajlandii. Noi ma pełno tajskich magazynów podróżniczych i jest świetnym źródłem informacji, zwłaszcza, że my nie mamy jeszcze żadnego przewodnika po Tajlandii.

10 Lutego 2007

Wcześnie rano Noi zabrała nas do swojej siostry w miejscowości Pattaya. Pojechaliśmy tam jej samochodem, po drodze zabierając jeszcze dwoje członków rodziny z Bangkoku. Oddalona o dwie godziny drogi od Bangkoku Pattaya to miejsce otoczone sławą hedonistycznej stolicy Tajlandii. Korzenie tej reputacji sięgają czasów wojny w Wietnamie, kiedy to Pattaya stała się głównym miejscem odwiedzanym przez amerykańskich żołnierzy na przepustkach. W ofercie były wtedy głownie cztery rzeczy: słońce, plaża, narkotyki i seks. Zwabionych amerykańskimi dolarami zjeżdżało się tutaj mnóstwo młodych kobiet z najbiedniejszych regionów Tajlandii. Dzisiaj jest podobnie, aczkolwiek większość plaż należy już do drogich hoteli, a za narkotyki można bardzo łatwo trafić za kratki, bo minęły już w Tajlandii czasy nieskrępowanego palenia jointów i dostępu do taniego opium. Ale słońce i seks wciąż pozostają, chociaż podobno młode Tajki przestały być modne, i wypierane są przez konkurencję ze Wschodniej Europy. Zjeżdżają się tutaj masy ludzi – ponad milion turystów rocznie. Przez te lata z sennej rybackiej wioski miasteczko przekształciło się w ogromną bazę turystyczną. Na ulicy widzi się tutaj więcej białasów, głównie z Anglii, Niemiec i krajów skandynawskich niż Tajów. Wiele domów, hoteli i biznesów należy do Amerykanów i Europejczyków, którzy najczęściej mają tajską żonę lub męża. Inni siedzą tutaj latami jako turyści, w czym pomaga im oferta miejscowych biur podróży, z których każde proponuje jednodniowe wyjazdy do Kambodży, w celu odnowienia wizy tajskiej.

Siostra Noi, która wyszła jakieś 20 lat temu za Anglika, jest właścicielką dwóch domów w spokojniejszej części Pattayi. Ma ponad 60 lat, a jej mąż przekroczył już 80-tkę. Na stałe mieszkają w Londynie, a w Pattayi pojawiają się tylko raz do roku, w okresie zimowym i mieszkają wówczas w jednym z ich domów. Przez pozostały czas w roku stoi on pusty. Drugi dom wynajmowany jest białasom. Stary pan Angol za bardzo za tym miejscem nie przepada, chociaż na pogodę w tym czasie w Anglii narzeka równie mocno.
Noi wraz z siostrą zabrały nas na mała przejażdżkę po Pattayi. Miasteczko wygląda jak każdy kurort europejski, za wyjątkiem ulicy Hat Pattaya, która przy jej północnym krańcu dosłownie przeładowana jest barami go-go. Wygląda to jak małe, ale skoncentrowane Las Vegas w kiepskim stylu. Za dnia miejsce to wygląda na wymarłe. Widuje się tylko podstarzałych białasów leczących kaca piwem w cieniu parasoli w kilku zaledwie otwartych lokalach. W nocy miejsce to ożywa i staję się największym burdelem w Azji. Klientów nie brakuje, bo ceny usług są bardzo niewygórowane.




Ulica Hat Pattaya

W ogóle miasto podobno podzielone jest na część angielską i niemiecką. Ponieważ większość przebywających tutaj na stałe mieszkańców tych nacji pamięta jeszcze czasy wojenne, nie pałają do siebie sympatią. W swoich enklawach Anglicy mogą pochwalić się pubami z Guinessem, a Niemcy restauracjami serwującymi kapustę i kiełbasy.

Później Noi zawiozła nas na plażę, która w czasach jej młodości była publiczna, i gdzie obie z siostra lubiły się kąpać. Dzisiaj większa jej część należy do hotelu, a resztę zajmują emeryci niemieccy. Noi mówiła, że lokalni mieszkańcy nazywają to miejsce właśnie plażą emerytów. Przedstawia sobą smętny widok, bo jak inaczej można określić wielkie stado wyleniałych grubasów w obcisłych kąpielówkach zalegających na leżakach w cieniu parasoli z nieodłącznym piwem i niemiecką gazetą w ręku? To powinno być ustawowo zakazane!




Plaża emerytów.

Pod koniec samochodowej wycieczki po Pattayi podjechaliśmy jeszcze na rynek zrobić zakupy na obiad. Na stoiskach przeważały owoce morza, w większości mi znane. Przede wszystkim krewetki we wszystkich rozmiarach, od zupełnie maleńkich po wielkie jak moje przedramię prawie. Oprócz tego muszle, małże i kraby, a także kilkadziesiąt gatunków ryb. Wszystko to świeżo z morza wyłowione, jeszcze żywe najczęściej, albo suszone na słońcu. Albo już upieczone, albo przyrządzone na mnóstwo jeszcze innych sposobów. Niemniej kilka handlarek miało w ofercie przedziwne stworzonka, których nigdy wcześniej na obrazku nawet nie widziałem. Niektóre przypominały prehistoryczne morskie stwory.




To też się je.

Zakupiliśmy kilka kilogramów owych pyszności, głównie małże, muszle, kałamarnice i kraby. Oprócz tego sporo zieleniny, a także tajlandzki przysmak, czyli sałatkę z zielonej papai w wersji wegetariańskiej, a więc bez sosu rybnego, który Tajowie uwielbiają i używają w wielu potrawach. Sałatkę taką można kupić prawie wszędzie na ulicy. Jest przepyszna, ale najczęściej nieludzko ostra. Każda porcja robiona jest na oczach klienta w wielkim glinianym moździerzu, do którego wrzuca się niezliczoną ilość składników. Podstawowym jest oczywiście pokrojona na drobne paski zielona papaja. Oprócz tego lądują w niej jeszcze przeróżne orzeszki, cebula, marchewka, pomidory i kilkanaście rodzajów przecierów o gęstej konsystencji, których składów i pochodzenia nie znam, a także mnóstwo przypraw. Często dorzuca się jeszcze lekko podgnitego na słońcu kraba. Całość ubijana jest przez kilka minut w moździerzu, po czym jest gotowa do spożycia. Przepyszne, ale naprawdę diabelnie ostre. Trzeba uważać na kubeczki smakowe, które po jednej takiej porcji sałatki są bezużyteczne przez następną godzinę.

Potem było gotowanie i nauki kulinarne, które pobierałem u siostry Noi. Głównie to uczyłem się oprawiać kałamarnice, która to czynność jest naprawdę bardzo prosta. Wyrywa się po prostu „główkę” z otworem gębowym z ciała. Wewnątrz pozostają wnętrzności i szkielet stworzenia. Wygląda on jak wykonany z przezroczystego plastiku. Do konsumpcji nadaje się praktycznie wszystko oprócz owego „kręgosłupa” i flaków oczywiście. W międzyczasie Noi mordowała kraby wrzucając je żywcem do wielkiego gara na parę i kładąc na pokrywkę cegłówkę, aby nie uciekły. Wegetarianka Agnieszka patrzyła na to z przerażeniem w oczach. Potem na parę poleciały muszle i małże, a na koniec kałamarnice. Dla Agnieszki panie przyrządziły pyszną mieszankę smażonych warzyw, których tajemnym składnikiem było kilka szczypt cukru. A potem jedliśmy to przez ponad godzinę. Małe panie Tajki mają niezłe apetyty – wciągały owoce morza równo, a ja starałem się im nie ustępować. Jednak odpadem sporo przed finiszem. Stary Angol, zresztą przemiły człowiek, którego imienia niestety nie zapamiętałem, puszczał do obiadu muzykę poważną, i bardzo się ucieszył, że młodzież w dzisiejszych czasach jest jednak nieco okrzesana, kiedy rozpoznałem IX symfonie Beethovena. Potem opowiadał sporo o Polakach, których spotykał w okresie wojny, a także ostatnio w Londynie. Wyrażał się w samych superlatywach i nie robił tego bynajmniej z grzeczności, bo charakter miał taki, że nie owijał raczej nigdy niczego w bawełnę. Po prostu miał o nas bardzo dobre zdanie, zwłaszcza o pracownikach budowlanych, z których usług wielokrotnie korzystał. Psioczył za to na Angoli, że to leniwy naród. Skądinąd to nie pierwszy Anglik, Szkot czy też Irlandczyk, którego spotkałem w podróży mający o Polakach doskonałą opinię. Pod wieczór wróciliśmy do Bangkoku, gdzie resztę dnia i pół nocy spędziłem surfując na bezprzewodowym internecie sąsiada Noi, który o tym oczywiście nie wiedział. Mając laptopa i kartę Wi-Fi w Bangkoku łatwo jest się do netu podłączyć, bo sporo ludzi ma bezprzewodowe routery, w znacznej większości niezabezpieczone. U Noi miałem 4 sieci do wyboru :)

11 Lutego 2007

Noi znowu postanowiła dostarczyć nam atrakcji i zabrała na oddalony o około godzinę drogi od Bangkoku wielki bazar położony nad rzeką. Dojechaliśmy tam dosyć wcześnie rano i zaczęliśmy zakupy i zwiedzanie od wizyty w knajpie i śniadania. Jedliśmy na pływającym po rzece pomoście, dokoła którego dosłownie tłoczyły się grube ryby, w większości sumy. Zwierzaki te nauczone doświadczeniem wiedzą, że coś im tutaj zawsze skapnie, bo karmienie ryb poprawia karmę i robią to wszyscy jedzący tam Tajowie. Przy wejściu do restauracji stał sobie stoliczek z kilkoma daniami na talerzach i butelką otwartej mirindy ze słomką w środku. Początkowo myślałem, że to reklama jakiegoś zestawu śniadaniowego, ale okazało się, że to po prostu ofiara dla Buddy. Trochę to wydało mi się dziwne, bo potrawy były mięsne, a Budda był wegetarianinem i mirindy też raczej nie pijał. Ale co kraj to obyczaj. Na śniadanie było to, co można zjeść na obiad lub kolację, czyli ryż, zupy, smażone placki z mielonej ryby, sałatki, zupa i chińskie warzywa. W Tajlandii nie istnieje rozróżnienie pomiędzy śniadaniem, obiadem i kolacją. Na każdy z tych posiłków je się te same dania, ale ich wybór jest ogromny. Co prawda młodzi i bogaci Tajowie zaczynają nieco zmieniać te zwyczaje i zajadają rano grzanki z dżemem i chrupki z mlekiem, ale jak mówiła Noi to tylko nowobogaccy szpanerzy. Prawdziwy Taj bez ryż z rana się nie obejdzie. Tutaj po prostu ryż pełni taką rolę, jak w naszej kulturze chleb.

Zjedzenie śniadania było posunięciem strategicznym, abyśmy nie zwariowali na widok tego, co sprzedawano na targu i nie zbankrutowali kupując co popadnie. Noi jak powiedziała, również potrzebowała tego zabezpieczenia. Na targu sprzedawano głównie jedzenie w niezliczonych formach, postaciach, kolorach i zapachach. Wszystko przyrządzone i podane w fantastyczny sposób z równym naciskiem na smak, jak i prezencję. Największą uwagę przykładano jednak do czystości – nigdzie nie walały się żadne śmieci, nie panował typowy dla targów na całym świecie lekki rozgardiasz. Tutaj wszystko było prawie sterylnie czyste. Nawet pan, który kręcił mięsko na grilu zamiatał spadający z niego popiół co kilka minut. Wszystkiego można było przed zakupem spróbować. Grymaszenie i targowanie się należało do utartego zwyczaju. My jako „farangi” czyli biali obcy, których na tym targu prawie się nie widuje, otrzymywaliśmy preferencyjne traktowanie z wielkim uśmiechem na twarzy. Tajowie wciąż się uśmiechają, choć nie zawsze jest to szczere. Taki po prostu mają zwyczaj związany z tradycją „utraty twarzy”, o czym jeszcze później napiszę. Wróćmy do targu. Po około godzinnym spacerowaniu i próbowaniu wszelakich specjałów, Noi powiedziała: „Ok, now we start buying!” Spacer miał na celu rozrywkę, głównie dla nas, jak i badanie cen i jakości towarów. Z niesamowicie wypełnionymi brzuchami rzuciliśmy w wir zakupów. Ja robiłem głównie za tragarza, a Noi i Agnieszka szalały na stoiskach. Kupowaliśmy głównie owoce, zwłaszcza te, których nigdy wcześniej nie jedliśmy. Resztę zakupów przedstawiam w postaci mini foto-bloga poniżej.




Rybki w pudełku (fot.Agnieszka)




Lukrowane słodkości (fot.Agnieszka)




Rajskie jabłuszka (fot.Agnieszka)




Bananki z grila (fot.Agnieszka)




Pomelo, czyli oszukany grapefruit. Z wierzchu wielki, w środku maleńki. Bardzo smaczny (fot.Agnieszka)




Banany, czyli nic takiego, a poniżej kwiat banana, doskonały w sosie kokosowym. Wiem, bo jedliśmy na Andamanach (fot.Agnieszka)




Bananki z grila (fot.Agnieszka)




Szczyt higieny – rękawice, maska, okulary. (fot.Agnieszka)




Ciasteczka – każde ręcznie wiązane. (fot.Agnieszka)




Grillowane kałamarnice (fot.Agnieszka)




Stos rambutanów (fot.Agnieszka)




Dragon fruits, czyli smocze owoce (fot.Agnieszka)




Klejący się ryż na słodko zawinięty w liście bananowca (fot.Agnieszka)




Krabów sto – liczyłem! (fot.Agnieszka)




Grilowane kokosy – pyszne słodkie mleczko (fot.Agnieszka)




Ryba, najpierw na słońcu suszona, a potem usmażona (fot.Agnieszka)




Tajskie pomidory (fot.Agnieszka)




Agnieszka z owocem Jacka (jak się tłumaczy jackfruit?)




Owoce tamaryndowca (fot.Agnieszka)

Po powrocie do Bangkoku Noi wysadziła nas nieopodal wielkiego bazaru Chatuchak. Jest on olbrzymi, zdaje się, że największy w Tajlandii, a sprzedaje się tutaj w zasadzie wszystko. Mnie interesowały głównie ubrania, bo większość moich rzeczy, które przetrwały roczną podróż są w opłakanym stanie. Łażenie i gubienie się w labiryncie stoisk zajęło nam dobre trzy godziny, ale w końcu dopiąłem celu i kupiłem te kilka ciuchów, które potrzebowałem. Zobaczycie ja na zdjęciach :)

Z bazaru pojechaliśmy na Khao San Road w poszukiwaniu przewodnika po Tajlandii. Miejsce to jest słynnym na cały świat gettem backpakerów. Znajdują się tam niezliczone tanie i najczęściej obskurne hoteliki, kawiarenki, księgarnie, kafejki internetowe i knajpy. Od godziny 17 ulica zamknięta jest dla ruchu kołowego i wylegają na nią tłumy białasów, a także sporo lokalnych cwaniaczków. Rozstawiają się stoiska z ciuchami, gadżetami i jedzeniem. Na pierwszy rzut oka nie wygląda to wcale tak źle. Takie trochę ZOO, gdzie Tajowie przychodzą popatrzeć i pośmiać się z farangów, jak powiedziała nam Noi. Ani ładne, ani brzydkie, ot takie sobie zwykłe jak na mój gust. Jedni to miejsce lubią, inni nienawidzą, chociaż tych drugich nie do końca rozumiem, bo w Bangkoku da się tanio spać także w innych okolicach, więc po co tam jadą? Dla nas miejsce zupełnie obojętne, bo tam nie mieszkamy.

Kręcąc się po Khao San w poszukiwaniu przewodnika w przystępnej cenie spotkaliśmy starego znajomego jeszcze z Pakistanu – Juana. Pisałem o nim wcześniej, bo to naprawdę ciekawa postać – koleś jedzie stopem przez świat. Kiedy się rozstawaliśmy po wspólnym trekkingu w Karakorum jechał właśnie do Chin, aby próbować swoich sił w najtrudniejszym ponoć dla autostopowiczów regionie świata, czyli Tybecie. Później słyszeliśmy o nim od przypadkowo spotkanego człowieka gdzieś na trasie, że widział go właśnie na Dachu Świata gdzieś przy drodze. Wszyscy troje byliśmy równie zdziwieni, co uradowani tym spotkaniem. Świat jest jednak bardzo mały, stwierdziliśmy po raz wtóry. Umówiliśmy się na następny dzień na piwo, aby pogadać o przygodach, które przeżyliśmy od czasu naszego pożegnania.

12 Lutego 2007

Wcześnie rano wyszliśmy razem z Noi z domu. Ona jechała do pracy, a my do miasta, pozwiedzać. Noi w mieście nie jeździ samochodem, bo ze względu na korki zajmuje to jej zbyt wiele czasu. Preferuje SkyTrain. My też zaliczyliśmy naszą pierwszą podróż tym środkiem lokomocji. Kiedy weszliśmy na peron i oczekiwaliśmy na pociąg rzuciła mi się w oczy duża ilość ludzi ubranych w żółte koszule z królewskim emblematem na piersiach. Początkowo myślałem, że to może oficjalny strój pracowników administracji publicznej, ale ludzi tak ubranych było zdecydowanie zbyt wielu. Zapytana o to Noi, wyjaśniła mi, że poniedziałek jest dniem, kiedy Tajowie w ten sposób oddają hołd swojemu ukochanemu królowi. Wdaliśmy się w rozmowę na temat monarchii w Tajlandii, o czym za chwilę. W pewnym momencie zapytałem o następcę tronu, a Noi powiedziała mi, że książę jest playboyem, przez co nie ma wśród ludzi najlepszej opinii i nie wiadomo jak to z jego sukcesją będzie. Właśnie nadjechał pociąg i wsiedliśmy do wagonu, gdzie usiłowałem kontynuować rozmowę na ten temat, ale Noi ściszonym głosem powiedziała, że na te tematy możemy porozmawiać w domu.

Wysiedliśmy na ostatniej stacji Saphan Taksin, nieopodal której znajdowała się praca Noi, a my planowaliśmy stamtąd popłynąć dalej łodzią po rzece Mae Nam Cho. Kiedy wychodziliśmy ze stacji wybiła właśnie godzina 8 i nagle cały żwawo poruszający się do tej pory tłum zamarł w miejscu, a z głośników popłynęły dźwięki hymnu państwowego. Stanęliśmy na baczność i my. Po kilku minutach szalone tempo miasta wróciło do normy. Rytuał ten powtarzany jest wieczorem, o godzinie 18. Hymn gra się dwa razy dziennie o tych porach również w radiu i telewizji, a w mniejszych miasteczkach i wioskach nadaje się go przez system głośników „szczekaczek” rozmieszczonych na słupach.

Tajlandia była od końca XVIII wieku do 1932 roku monarchią absolutną, a kraj nazywał się Siam. Po przejęciu władzy przez rewolucjonistów nakłonili oni ówczesnego króla Prajadhipoka, zwanego Ramą VII, do przyjęcia systemu monarchii konstytucyjnej. Wkrótce po tych wydarzeniach zmieniono też nazwę kraju. Robiono to dwukrotnie, a ostatnio w 1949 roku. Od tego czasu kraj ten nazywa się Królestwem Tajlandii (Prathet Thai), co w przekładzie oznacza krainę ludzi wolnych. Przez lata rządziły tutaj różne militarne junty, na przemian z quasi-demokratycznymi rządami. Rola króla ograniczała się oficjalnie do celów prawie wyłącznie reprezentatywnych, pozostawał on jednak głównodowodzącym armią. Jego wpływy zawsze były bardzo silne i niewiele działo się w Tajlandii bez jego zgody. Obecnie rządzący król Bhumibol Adulyadej, zwany Ramą IX jest najdłużej panującym w historii Siamu (i Tajlandii oczywiście też). Urodził się w Cambridge w USA, gdzie wychowywał się i chodził do szkół. Królem został w 1946 roku, ale oficjalna koronacje odbyła się w 1950 roku. Jest to postać w Tajlandii uwielbiana. Panuje tutaj widoczny gołym okiem kult jego osoby. W każdym mieście widuje się jego wielkie portrety na poczesnych miejscach, a flagom Tajlandii gęsto wiszącym w tym kraju, zawsze towarzyszą żółte flagi królewskie. Król uznawany jest za autorytet absolutny. Jego poczynań, ani wypowiedzi nie odważy krytykować się żadna gazeta, choćby były najbardziej bzdurne. Prasa jest w teorii wolna, ale karą za obrazę majestatu jest do siedmiu lat więzienia. A gdzie kończy się rozsądna krytyka, a zaczyna obraza majestatu decyduje niezawisły, ale jednak w służbie króla, sędzia, więc nikt woli nie ryzykować. Podobnie jest z ludźmi, którzy w zaciszu domowym rozmawiają na temat monarchii całkiem otwarcie – przynajmniej Noi, a w miejscach publicznych wolą nabrać wody w usta. Noi uważała, że obecny król jest bardzo dobrym władcą Tajlandii. Wypowiadała się pozytywnie również o ostatnim przewrocie militarnym, twierdząc, że poprzedni rząd był bardzo skorumpowany i niezdolny do dalszego sprawowania władzy. Król Rama IX ów przewrót również poparł.Tak przynajmniej pisały gazety, oczywiście post factum.




Most w Bangkoku

Łodzią z przystani Tha Sathon popłynęliśmy aż na drugi koniec miasta wysiadając na Tha Thewet. Ten sposób transportu jest w Bangkoku bardzo popularny, bo szybki. W dawniejszych czasach całe miasto było pocięte siecią kanałów, z których większość jednak zasypano, budując w ich miejsce ulice. Te, które pozostały, jak również rzeka, są używane do dziś. Przepłynęliśmy cała długość miasta wraz ze spieszącymi się do pracy Tajami. Od strony rzeki miasto nie robi większego wrażenia. Dalej już na piechotę udaliśmy się do świątyni Wat Benachamabophit, która nie wywarła na nas większego efektu. Mam wrażenie, że po tym, co widzieliśmy w Birmie podobnie będzie z większością obiektów sakralnych w Tajlandii. Bardzo ładnie prezentowały się ogrody ją otaczające, a sama świątynie, niezwykle zadbana, kryje w sobie złotego koloru posąg Budy. Czysto i schludnie, ale jakoś „bezbożnie”.




Wat Benachamabophit (fot. Agnieszka)

Ponieważ popełniając ten sam, co zwykle błąd wybraliśmy się na zwiedzanie w samo południe, a żar z nieba tego dnia lał się niesłychany, olaliśmy wizyty w dalszych świątyniach na rzecz ocienionych alejek pobliskiego... Zoo. W Zoo każdy chyba był, a to w Bangkoku jest raczej małe i niespecjalnie robiące wrażenie, więc opisywać nie będę. Powiem tylko, że alejki faktycznie są ocienione, a wnętrza w większości klimatyzowane.

Tego samego dnia spotkaliśmy się z Juanem i jak przystało na podróżników z małym budżetem kupiliśmy piwko w sklepie, a następnie udaliśmy się na poszukiwanie stosownego miejsca do konsumpcji. Odeszliśmy od Khao San zaledwie kilkaset metrów i z wielkich bulwarów wspaniałej metropolii trafiliśmy w wąziutkie na szerokość zaledwie roweru ulice, po obu stronach szczelnie wypełnione niskimi drewnianymi domkami. Inny świat, inne tempo, a także styl życia. Turyści chyba zbyt często tu nie trafiają, bo spotkaliśmy się z zaciekawionymi spojrzeniami lokali. Na Khao San żeby wywołać zaciekawienie trzeba chyba wyjść na ulicę nago. Znaleźliśmy ocienioną ławeczkę tuż obok małego stoiska z zupkami i przy aprobujących spojrzeniach kilku lokali siedzących przy stolikach i konsumujących posiłek, rozpoczęliśmy naszą mała libację. Jedynym mankamentem tego miejsca, był fakt, że ilekroć pojawiał się rower lub skuter musieliśmy podkurczać nogi, aby zrobić mu miejsce na przejazd. Przygody Juana to inny temat i poczytać sobie o nich można na jego stronie. Link w dziale linki :)

Wynikać by mogło, że w Bangkoku wiele nie zobaczyliśmy, ale to trochę myląca konkluzja. Odpuściliśmy sobie bowiem zabytki, na rzecz kręcenia się po tym niesamowitym mieście po prostu. Mamy zamiar tutaj wrócić przed wyjazdem do Malezji i spędzić jeszcze kilka dni na przypadkowej eksploracji miasta, które wywarło na nas duże i pozytywne wrażenie.

13 - 14 Lutego 2007

Autobusem za 50 bahtów dojechaliśmy z Bangkoku do położonego 86 km na północ Ayutthaya. Miasto to było od XIV do XVIII wieku stolicą tajskiego królestwa, aż do momentu, kiedy Syjam podbili Birmańczycy. Doszczętnie je wówczas zrujnowali paląc i rabując. Z tego powodu niewiele budynków z dawnej świetności Ayutthaya przetrwało do dzisiaj. Miasto położone w miejscu, gdzie zbiegają się trzy rzeki: Mae Nam Chao Phraya, Mae Nam Pa Sak i Mae Nam Lopburi. Rzeki te tworzą, wraz z przekopanym pomiędzy nimi kanałem, swoistą fosę, otaczającą Ayutthaya, które w zasadzie znajduje się więc na wyspie. Miasto nie jest duże – ma około 87000 mieszkańców, ale wydaje się być bardzo rozległe. Ulice przecinają się tutaj pod kątem prostym, a dokoła wyspy, wzdłuż kanału biegnie jakby obwodnica. Miasto zatraciło swój pierwotny charakter, o którym przypominają tylko rozsiane po całym terenie ostrowu ruiny świątyń i monastyrów. Większość z nich znajduje się na terenie Parku Historycznego, figurującego na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO., Aby się po nim jakoś sensownie i niezbyt drogo przemieszczać wypożyczyliśmy rowery (30 bathów na dzień), stanowiące znacznie tańszą alternatywę od tuk-tuków, czyli motorowych riksz. To, co zobaczyliśmy nie wywołało większych zachwytów. Ruiny w większości są bardzo szczątkowe, a często także nieudolnie odrestaurowane przy użyciu betonu. Otaczające je zewsząd dosyć ruchliwe miasto odbiera wielu pięknym miejscom uroku. Być może byliśmy również nieco już przesyceni buddyjską architekturą sakralną po pobycie w Birmie, a świątynie znajdujące się w Ayutthaya na pierwszy rzut oka są bardzo podobne, tyle że znacznie bardziej zrujnowane. Tyle jako laik mogę o nich powiedzieć. Niektóre z nich bardzo efektownie wyglądają natomiast w nocy, bo są umiejętnie podświetlone. No i przyjemniej się je ogląda, kiedy temperatura na zewnątrz spada do 25 stopni.




Stare, z nowym w tle.




Budda.

Jeżdżąc sobie po okolicy trafiliśmy na wielką drewnianą palisadę w kształcie owalu, która okazała się być rekonstrukcją oryginalnego ostrokołu używanego przez monarchów z Ayutthaya do dorocznego przeglądu słoni. Ku naszemu zdziwieniu wewnątrz zobaczyliśmy przywiązaną łańcuchem do jednego z pali słonicę. Niewiele się zastanawiając poszliśmy przywitać się z tym ogromnym zwierzakiem, który wielce się nami zainteresował. Kontakt był bardzo bliski. Pierwszy raz w życiu miałem okazję trzymać słonia za trąbę. Co prawda po chwili nie byłem już pewien, kto tu kogo trzyma, bo słonica zgrabnie owinęła swój przerośnięty nos wokół mojej dłoni i z wielkim trudem udało mi się z tego czułego uchwytu wyzwolić. Bliżej niż na wyciągnięcie trąby nie podchodziłem, chociaż zwierzak był ewidentnie oswojony i pewnie nie miał złych zamiarów. Nie znam jednak zbyt dobrze słoniowych obyczajów i wolałem nie ryzykować.




Śliczna trąba, śliczna (fot. Agnieszka)

Później okazało się, że słoni w okolicy jest znacznie więcej, gdyż obok koralu mieścił się ośrodek gdzie je przetrzymywano i szkolono, a my po prostu dotarliśmy tam z innej strony i nie zauważyliśmy go wcześniej. Następne kilka godzin spędziliśmy więc obserwując i zabawiając się z „trąbalami” różnego kalibru i wieku. Są to od dawna moje ulubione zwierzaki. Agnieszka preferuje koty, ale słoniowi tego wprost nigdy nie powie, bo jest taktowna.




Ja, słoń! (fot. Agnieszka)




Instynkty macierzyńskie?

15 Lutego 2007

Wszystko przez Juana. To on nas podpuścił. Postanowiliśmy zacząć jeździć po Tajlandii stopem. Wyturlaliśmy się więc o poranku autobusem miejskim do rogatek miasta i stanęliśmy przy drodze wyciągając rękę w międzynarodowym wydawałoby się geście – tym z kciukiem do góry. Planowaliśmy dotrzeć do miejscowości Mae Sot oddalonej od Ayutthaya o około 300 km. Po jakimś czasie zatrzymał się samochód i jego kierowca zaczął nam wyjaśniać, że tutaj autobusu nie złapiemy. Odpowiedzieliśmy, że łapiemy samochody, a nie autobus. Nie zabrał nas, bo zaraz skręcał. Kolejny samochód zatrzymał się niebawem, ale jego kierowca nie mówił po angielsku. Wytłumaczyliśmy mu, że jedziemy stopem, i że nie chcemy bynajmniej autobusu. Wydawało się, że zrozumiał, ale powiedział nam, a w zasadzie narysował na kartce, że stoimy w złym miejscu. Kierunek się zgadzał, ale nie była to autostrada. Zaoferował, że nas podwiezie do odpowiedniego skrzyżowania. Jeszcze raz, dla pewności, powiedzieliśmy „no bus”, a on pokiwał głową, po czym zawiózł nas na... pociąg. Ufff... „No train” jednak w końcu też zrozumiał i koniec końców dzięki jego uprzejmości wylądowaliśmy na autostradzie. I tutaj się zaczęło... Jeszcze nie zdążyliśmy dojść na upatrzone miejsce, kiedy zatrzymał się osobowy samochodzik z miłym, aczkolwiek nic po angielsku niemówiącym panem. Przejechaliśmy z nim dobre 150 km, po czym zawiózł nas do rogatek miasta nadkładając drogi. Tam poczekaliśmy dobre 5 minut i dalej. I tak do końca. Im dalej byliśmy na północy tym mniej było na drogach samochodów, a więcej pickupów. Większość nowych i wypasionych. Doskonale się tym jeździ, bo na pace. Spokój i piękne widoki. Trochę dokucza słońce, ale pejzaże to rekompensują. Drogi na tym odcinku są fantastyczne. Odcinek z Tak do Mae Sot to po prostu marzenie każdego kierowcy. Chciałbym się tam kiedyś przejechać dobrym sportowym samochodem, lub motorem, bo droga jest niesamowicie kręta, gładka jak stół i sporo jest długich łagodnych łuków, na których można testować przyczepność opon.

Zabawne było to, że kierowcy, którzy nas zabierali, mieli niesamowita z tego radochę. Dwóch z nich dzwoniło do swojej rodziny, czy też znajomych i chwaliło się tym. Z potoku słów po tajsku wyłapywaliśmy tylko „falang”, ale to wystarczyło, żeby wiedzieć, iż mówią o nas. Czasem proszono nas również, abyśmy powiedzieli kilka słów do telefony w obojętnie jakim języku. Z drugiej strony reakcja na nasz głos nieodmiennie była taka sama: śmiech. Potem w przewodniku wyczytaliśmy, że tak jak my stopa łapią tylko ludzie z najbardziej zabitych dechami wiosek. To trochę wyjaśnia, ale nie skonfundowało nas to wcale – trudno się mówi. A na miejsce dojechaliśmy szybciej niż autobusem.

Na miejscu wlogowaliśmy się do przepięknego domu z drzewa tekowego do pokoju skromnie umeblowanego, bo tylko z materacem na podłodze i moskitierą, ale za to ogromnego i z balkonem. Cena – 100 bathów. Na razie tanio w Tajlandii.

16 - 18 Lutego 2007

Mae Sot jest miejscowością, w której sporo mieszka uchodźców z Myanmar. Po pobycie w Birmie, łatwo jest nam ich rozpoznać na ulicach, gdyż większość mężczyzny nosi tradycyjne sukienki lunghi, a kobiety smarują twarze sproszkowanym drzewem. Niektórzy z nich to już kolejne pokolenie urodzone w Tajlandii. Kiedyś było im znacznie łatwiej uzyskać tajlandzkie obywatelstwo, chociaż zawsze odbywało się to raczej nielegalnie. Najczęstszą metodą było przejęcie czyichś personaliów po śmierci tej osoby. Oczywiście rodzina zmarłego musiała się na to zgodzić i kosztowało to sporo pieniędzy, ale było często praktykowaną metodą. W dzisiejszych czasach jest znacznie trudniej, i wielu Birmańczyków przebywa tutaj w zasadzie nielegalnie. Ci najbogatsi wciąż znajdują jednak sposoby na naturalizację w Tajlandii.

Mae Sot jest niewielkim miasteczkiem, w którym w zasadzie nie ma nic ciekawego do obejrzenia. My zatrzymaliśmy się tam na trzy dni, bo po pierwsze jesteśmy leniwi, po drugie mamy dużo czasu, po trzecie pokój, który mieliśmy wynajęty był piękny, tani i z balkonem, a po czwarte wreszcie w jednej z knajp kucharz gotował najlepszego pad-thai, jakiego w życiu jadłem. Jeden z tych trzech dni spędziliśmy jeżdżąc skuterem po okolicy, która jest górzysta i całkowicie porośnięta roślinnością, która tutaj jest bardzo bujna. Pojechaliśmy między innymi do małego parku narodowego znajdującego się nieopodal, który słynie z jednego z piękniejszych wodospadów w Tajlandii. Akurat teraz w porze suchej wody w rzekach jest oczywiście niewiele, i wodospad aż tak imponujący nie był, jednak okolica naprawdę była przepiękna. W parku urządziliśmy sobie niewielki trek po leśnych ścieżkach. W pewnym momencie zobaczyliśmy na jednej z nich dwóch pracowników parku zamiatających z niej liście! To już chyba trochę przesada. W lesie rosły potężne bambusowe drzewa, w których chowało się mnóstwo ptaków dających niezły koncert.




Wodospad z zakręconym kurkiem (fot.Agnieszka)

Jeżdżąc po okolicy i poszukując ciekawych miejsc trafiliśmy na farmę gibbonów. W zasadzie nie tyle farmę, co sierociniec dla tych zwierzaków. Pomimo tego, iż w Tajlandii jest zakaz posiadania gibbonów jako zwierząt domowych, wiele osób wciąż nielegalnie kupuje te antropoidalne małpy i trzyma w domu, jako maskotki. Kiedy gibbony dorastają do wieku lat 6 stają się aktywne seksualnie i przez to bardziej agresywne. Zazwyczaj są wtedy wyrzucane z domów swoich właścicieli, którzy nie mogą sobie poradzić ze sporymi i silnymi zwierzakami. Niektóre z nich, te które miały szczęście, trafiają właśnie do miejsc takich jak to, które odwiedziliśmy. Inne giną w miastach, lub są zjadane. Na farmie nieopodal Mae Sot żyją sobie w miarę spokojnie, aczkolwiek pozamykane są w klatkach. Jest ich tam ponad czterdzieści. Koszty utrzymania tego ośrodka pokrywane są przez różne organizacje międzynarodowe zajmujące się ochroną praw zwierząt, a także przez pracujących tutaj wolontariuszy, najczęściej turystów. Za dwutygodniowy pobyt na farmie, podczas którego pracuje się przy budowie klatek, ich czyszczeniu, a także karmieniu gibbonów wolontariusze płacą około 200 USD. Kiedy odwiedziliśmy to miejsce akurat znajdowało się tam dwóch ochotników ze Szkocji. Oprowadzili nas oni po terenie farmy udzielając ciekawych informacji o gibbonach, które są w sumie bardzo blisko spokrewnione z człowiekiem. Mają charakterystyczne, bardzo długie ręce o sprawnych dłoniach, których używają do poruszania się po drzewach huśtając się zabawnie z gałęzi na gałąź. Kiedy chodzą po ziemi jako jedyny człekokształtne małpy nie podpierają się przy tym rękoma.




Agnieszka w bambusowym lesie

W drodze powrotnej mieliśmy niezłe przeżycie. Jechaliśmy sobie ile „fabryka dała”, czyli jakieś 70 km/h po pięknej i równej górskiej drodze, kiedy przed nami pojawił się wielki kłąb dymu, zasłaniający dokładnie szosę. Tajowie mają w zwyczaju w porze suchej wypalać trawy i zeschnięte krzaki. Jest to działanie mające na celu ograniczenie liczby pożarów i zmniejszenie ich rozmiarów. Zatrzymaliśmy się przed ścianą dymu usiłując oszacować jej rozmiary, czyli długość wzdłuż szosy. Wydało nam się, że jest niewielka, więc postanowiliśmy przez nią przejechać. Kiedy w nią wjechaliśmy, od razu zrozumiałem, że był to błąd, ale nie mieliśmy już raczej odwrotu. Wewnątrz było gorąco jak w piecu hutniczym, a dym oprócz dławienia oddechu, ograniczał widoczność do metra lub co najwyżej dwóch. Jechałem trzymając się środka jezdni i namalowanych na niej pasów. Z naprzeciwka przejechało kilka samochodów, które stosowały podobną technikę, więc mijaliśmy się z nimi w odległościach dosłownie milimetrowych. Zapora dymna miała długość ponad kilometra. 500 metrów więcej i nie wiem, czy by się nam udało z niej wyjechać. Na drugi raz czekam, aż się trawa dopali.




Przydrożna świątynia buddyjska w stylu tajskim

18 Lutego 2007

Większą część dnia zajął nam dojazd do Mae Sariang, czyli miasteczka położonego jeszcze bardziej na północy Tajlandii i bliżej granicy z Birmą. Nawet nie wiem ile samochodów zatrzymaliśmy tego dnia, ale na pewno więcej niż 6. Jechaliśmy bocznymi, mało uczęszczanymi górskimi drogami, które były przepiękne, ale może niekoniecznie najlepsze do łapania stopa. Podwożono nas po 20-30 km, i dopiero w miejscu, które wyglądało jakby nikt zupełnie tamtędy nie jeździł zatrzymał się pickup jadący aż do Mae Sariang. Zanim się zatrzymał spędziliśmy w cieniu drzewa ponad godzinę, i minęły nas wówczas tylko dwa lokalnie jadące pojazdy. W ostatnim pickupie jechaliśmy na pace sobie z miłą rodziną w środku, która na przystankach kupowała nam wodę, chipsy i inne smakołyki. Do Mae Sariang dotarliśmy i tak szybciej, niż zrobili to turyści jadący autobusem, którzy minęli nas na wylotówce z Mae Sot. Czyli stop znowu górą w Tajlandii.




Do Mae Sariang

19 Lutego 2007

W Mae Sariang zatrzymaliśmy się u ludzi z HospitalityClub pochodzących z Niemiec. Michaela pracuje tutaj na kontrakcie jako akuszerka w obozach dla uchodźców z Birmy. Wraz z nią przebywał w Mae Sariang akurat jej chłopak Uli, który pracuje na stałe w Mongolii, oraz jej brat Christian, który mieszka zazwyczaj albo w Australii albo w Nowej Zelandii, a do Tajlandii przyjechał na wakacje.

W okolicach Mae Sariang znajduje się kilka obozów dla uchodźców z Birmy. Stanowią oni dla rządu Tajlandii spory problem, który nie znalazł jak do tej pory sensownego rozwiązania. Większość z nich żyje zamknięta w owych obozach. Największe z nich liczą po 20,000 mieszkańców. Rząd Tajlandii nie przeznacza na ich utrzymanie prawie żadnych pieniędzy. Wszystko finansowane jest z fundusz ONZ-u i pomocy zagranicznych organizacji charytatywnych. Ludzie ci są pozbawieni wszelkich praw obywatelskich. Nie mają żadnej możliwości decydowania o swoim losie. Ich życie toczy się na zamkniętym terenie obozu. Jadąc z Mae Sot widzieliśmy dwa takie miejsca. Za każdym razem na drodze znajdowały się policyjne i wojskowe punkty kontrolne dokładnie sprawdzające przejeżdżające pojazdy w poszukiwaniu birmańskich uchodźców starających się uciec z obozów. Cały teren obozu był ogrodzony drutem kolczastym. Wszystkie widoczne z drogi zabudowania były bambusowe, ze ścianami z plecionych mat i dachami pokrytymi liśćmi palmowymi. Rozciągały się na olbrzymim terenie i okolicznych wzgórzach. Całość sprawiała bardzo przygnębiające wrażenie biedy i rozpaczy, widocznej na twarzach ludzi, których widzieliśmy przez ogrodzenie z drutu kolczastego.

Od Michaeli dowiedzieliśmy się wielu smutnych detali o ich życiu. Jej praca polega na odbieraniu porodów i nauczaniu żyjących tam kobiet, jak to robić. Warunki sanitarne są bardzo podstawowe. Michaela wyjeżdża do pracy w poniedziałek i przez cały tydzień mieszka w obozie. Wraca na weekendy. Pracuje w obozie oddalonym od Mae Sariang o dwie godziny jazdy jeepem w porze suchej. W porze deszczowej przejechanie tej trasy zajmuje ponad 8 godzin, o ile w ogóle jest możliwe. Drogi prowadzące do obozu nie są bowiem w żaden sposób utwardzone, i kiedy zaczynają padać deszcze cała trasa zamienia się w bagniste wyboje. Widzieliśmy zdjęcia wykonane właśnie w takim okresie. Przejazd tam wygląda wówczas jak rajd Camel Trophy. Samochody z łańcuchami na kołach dosłownie toną w błocie. Taka izolacja obozu jest celowa. Ma za zadanie odosobnienie problemu i ukrycie go przed oczami postronnych obserwatorów. Równocześnie utrudnia ona jakąkolwiek próbę ucieczki, a także powoduje, że obóz staje się siłą rzeczy samowystarczalny. Mieszka w nim 15,000 osób, z których sporo się tam urodziło. Opieka medyczna jest minimalna i ograniczona tylko do zagranicznych lekarzy i nielicznych birmańskich i tajskich medyków zatrudnianych przez zachodnie organizacje. Przeprowadzanie poważniejszych operacji i leczenie jakichkolwiek cięższych przypadków jest w zasadzie niemożliwe. Szkoły działają na podobnej zasadzie. Mieszkający tam ludzie pozbawieni są przyszłości i nawet nadziei na nią. Nielicznym udaje się emigrować do krajów takich jak Kanada czy Australia, ale nawet to jest bardzo utrudniane przez rząd tajlandzki.

20 Lutego 2007

Zdecydowanie za dobrze jest nam w Mae Sariang. W olbrzymim domu z tekowego drzewa mamy do dyspozycji swój pokój. Michaela wyjechała do pracy. Mieszkamy, więc tylko z Uli, który jest bardzo cichym typem człowieka, spędzającym większość czasu przed ekranem komputera. Christian jest jego zupełnym przeciwieństwem. Lubi opowiadać o swoich podróżniczych przygodach i życiu w Australii i Nowej Zelandii. Z zawodu jest kucharzem i kocha swoją pracę. Codziennie przyrządza nam fantastyczne kolacje. Naszym zadaniem jest pojechanie skuterem na bazar i kupienie produktów, głownie warzyw, z których Christian wyczarowuje później niesamowite potrawy będące fuzją kuchni europejskiej i tajskiej. Jest w tym moim zdaniem geniuszem. Wieczorami oglądamy filmy i pijemy piwko, a czasem wyskakujemy z Christianem do pobliskiej knajpki prowadzonej przez jego tajska znajomą na lokalną whisky.

Samo miasteczko jest raczej senne i niezbyt może ciekawe, ale znajduje się w nim kilka ładnych buddyjskich świątyń wartych odwiedzenia. Z pobliskiego wzgórza czujnym, lecz dobrotliwym okiem spogląda na miasto olbrzymi złoty Budda. Ma on wydatny biust, co wzbudziło nieco nasze podejrzenia odnośnie jego płci.




Cycaty Budda (fot.Agnieszka)

W jednym z klasztorów znajduje się staw, w którym żyje niezliczona ilość ryb, głównie sumów. Tajowie przychodzą tutaj często karmić je chlebem, co poprawiać ma karmę. W okolicy, zwłaszcza w przydrożnych lasach, sporo jest niewielkich kapliczek. Coś jak w Polsce trochę, ale te tutaj poświęcone są oczywiście Buddzie. Niektóre z nich to prawdziwe cacka, zadbane i zawsze pełne ofiarnych owoców i innych artykułów. Bo Buddzie tutaj ofiarowuje się dosłownie wszystko. Czasem są to prezenty wręcz kuriozalne, jak na przykład plastikowe figurki żołnierzyków, papierosy, czy też butelki z alkoholem. Wszystko to, co Budda lubi najbardziej :)




Przydrożna kapliczka. Mniej zadana, za to piękna (fot.Agnieszka)

Jak zwykle główną atrakcją takich miasteczek jest nocny bazar. Ten w Mae Sariang jest nieco może skromny, ale za to ludzie są przemili. Wybór towarów oczywiście znacznie mniejszy niż w Bangkoku, i ceny może nieco wyższe. Trzeba się targować, ale z Tajami to sama przyjemność. Nie obrażają się i nie denerwują, a jeśli nawet, to nigdy tego nie okazują. Jest to częścią ich wychowania i tradycji. Człowiek, który publicznie traci nad sobą panowanie i denerwuje się, traci twarz, czym wprawia w zażenowanie również swoich rozmówców. Jest to bardzo ważny, choć nieco dla nas niezrozumiały, aspekt zachowań społecznych w tym kraju. Tajlandia znana jest pod nazwą kraju uśmiechów, bo praktycznie każdą negatywną emocję pokrywa się właśnie uśmiechem. Czasem trudno jest wyczuć, czy dana osoba jest właśnie bardzo wzburzona, czy po prostu jest jej miło. Zaadaptowanie się do takiego systemu zachowań jest dla nas trudne, bo przyzwyczajeni jesteśmy do okazywania uczuć. Tajowie tego publicznie nie robią. Jest to trochę dwulicowe i może wydawać się płytkie, ale tak po prostu jest. Warto to zrozumieć, bo pomaga to w interakcjach z tymi ludźmi. Posądzanie ich o fałszywość jest niezrozumieniem ich natury i wychowania, a także całego systemu wartości, jaki jest im drogi. U podstaw tego zachowania jest bowiem gościnność, i niechęć do sprawiania komukolwiek nieprzyjemności. Moje wrażenia ze spotkań z Tajami jak do tej pory są bardzo pozytywne. Są to zazwyczaj przemili ludzie, bardzo chętni do pomocy i wykazujący wiele cierpliwości i zrozumienia dla nas „farangów”. Nikt nas w Tajlandii jeszcze nie próbował oszukać, ani naciągnąć na drobne nawet sumy. Ludzie są w moim odczuciu generalnie bardzo uczciwi, przynajmniej tutaj, na północy tego kraju.

Jeszcze słowo o turystyce. Wiele spotkanych przez mnie osób twierdziło, że Tajlandia to kraj bardzo turystyczny. Być może takie są jej południowe regiony. Na północy turystów widuje się niewielu. Ludzie wciąż są nas ciekawi i mają bardzo pozytywne do nas nastawienie. Non-stop spotykamy się z ofertami bezinteresownej pomocy. Nawet ci, którzy w ogóle nie mówią po angielsku, czyli w tych rejonach znaczna większość, poproszeni o pomoc nigdy nie odmawiają. Zawsze jakoś znajdujemy sposób na porozumienie się. Komunikacja na migi potrafi być skuteczna, jeśli obie strony czynią wysiłek, aby tak było. Jak na razie mogę się o spotkanych przez nas Tajach wyrażać tylko w superlatywach.

21 Lutego 2007

Po raz kolejny wypożyczyliśmy skuter, aby pojeździć nim po okolicy. Polubiliśmy taki sposób oglądania Tajlandii. Skutery to podstawowy środek komunikacji w tym kraju. Są niedrogie, palą mało benzyny i prawie wszędzie można nimi wjechać. Na bazar, do wioski, gdzie nie ma drogi, a tylko wąskie ścieżki, do klasztoru, nawet do knajpy. Jeżdżą nimi wszyscy, nawet dzieci, których nóżki są jeszcze zbyt krótkie, aby siedząc na siedzeniu dosięgać ziemi. Z Mae Sariang wyruszyliśmy na północ, w kierunku Mae Hong Son, wiedząc, że gdzieś po drodze znajduje się jaskinia, którą nasi niemieccy znajomi opisywali jako bardzo ciekawą. Plan nie był jednak sztywny i pierwsza ciekawiej wyglądająca boczna droga, czyli taka, na której nie było asfaltu, skusiła nas. Skręciliśmy. Przez ponad 19 kilometrów jechaliśmy wertepami przez pola, na których teraz, czyli w porze suchej, rośnie soja. Rolnicy zbierają w tym regionie plony dwa razy do roku. Najpierw ryż – w porze deszczowej, a potem soję. Droga skończyła się w jakieś nieznanej nam z nazwy wiosce, w której otrzymaliśmy zaproszenie do odwiedzenia szkoły. Uczy się tam 21 dzieci. W ogóle żyją w wiosce 23 rodziny. Szkoła zbudowana była jak wszystko wokół z bambusa, jednak nauki odbywały się na rozpostartej na jej dziedzińcu macie utkanej z liści palmowych.

Długo tam nie zabawiliśmy, bo w planie mieliśmy wizytę w oddalonej o spory kawałek drogi jaskini. Dotarliśmy tam po około godzinie szaleńczej jazdy po niezwykle górzystej, krętej i malowniczej drodze. Wejście do jaskini kosztowało 80 bahtów, ale było warte swojej ceny. Z centrum gdzie znajduje się parking dowieziono nas pickupem na górę, gdzie ku naszemu zdziwieniu otrzymaliśmy przewodnika mówiącego po angielsku. Młoda dziewczyna najpierw opowiedziała nam trochę o historii odkrycia owej jaskini, a następnie poszliśmy ją oglądać. Zwiedza się chodząc po betonowych schodach i drewnianych podestach. Wewnątrz jest również światło elektryczne. Wszystko to razem nastawiło nas początkowo trochę sceptycznie, ale kiedy weszliśmy do pierwszej komory szczęki nam opadły z wrażenia. Ściany jaskini prawie w całości porośnięte były śnieżnobiałymi kryształami. Miejscami wyglądały jak olbrzymie płatki śniegu. Wciąż po schodach schodziliśmy głębiej w dół napotykając na swojej drodze coraz to bardziej fantazyjnie wyglądające krystaliczne formacje. Ponieważ na dnie bije gorące źródło, im głębiej schodziliśmy tym cieplej się robiło. Z tego, co wiem, jest to dosyć nietypowe, bo najczęściej wraz ze wzrostem głębokości spada temperatura. Komór było w sumie pięć, i każda ładniejsza od poprzedniej. Niestety w środku nie wolno robić zdjęć, gdyż ponoć wpływa to negatywnie na kryształy. Uszanowaliśmy ten przepis, chociaż bardzo mieliśmy ochotę sfotografować niektóre z fantasmagorycznych obrazów, jakie dane nam tam było zobaczyć. Na zakończenie wizyty nasza przewodniczka zapraszała do ponownych odwiedzin w przyszłości, kiedy to, jak się wyraziła, być może przyjedziemy tam z naszymi dziećmi, a i ona wtedy będzie już matką. Ciekawe zaproszenie skądinąd.




Ćma (fot.Agnieszka)

Wracając do Mae Sariang spostrzegliśmy w pewnym momencie dwa słonie stojące na skraju drogi w lesie. Wraz z nimi znajdowało się tam jeszcze dwóch kornaków. Przyglądając się tym zwierzakom spostrzegliśmy, że jest to para – słoń i słonica, i że samiec ma wzwód. Wyglądało to naprawdę imponująco. Pomyśleliśmy, że owa para zaraz zacznie kopulować. Słoń głaskał samicę czule trąbą po uszach, boku i prywatnych częściach, też sporej wielkości i znacznie uwypuklonych. Przygotowaliśmy aparat – będzie słoniowe porno – pomyśleliśmy. Ku naszemu rozczarowaniu okazało się, że spóźniliśmy się o kilkanaście minut. Do stosunku już bowiem doszło, i sądząc po minie słonia i słonicy było nieźle. Goście opiekujący się zwierzakami zabierali je właśnie do lasu, w niewiadomym nam celu. Nie mogliśmy się z nimi w ogóle dogadać. Na migi wytłumaczyliśmy, że chcemy iść z nimi, a oni się na to chętnie zgodzili. Zaczęliśmy iść przez las porośnięty głownie bambusem. Z początku dosyć szeroką ścieżką, a później przedzierając się przez bardziej zarośnięte szlaki. Słoń szedł pierwszy torując drogę i machając wesoło potężnym ogonem. Widać było, że wie, dokąd idzie. Drugi w kolejności szedł kornak, a my tuż za nim. Słonica podążała ścieżką nieopodal. Nie było jej widać, ale słyszeliśmy trzask łamanych czasem gałęzi. Myśleliśmy, że idziemy do jakiejś wioski, ale po niespełna godzinie tego trekkingu dotarliśmy do niewielkiej rzeczki. Słonie zaczęły się w niej pluskać polewając się radośnie wodą.




Ze słoniem przez las (fot.Agnieszka)

Po kąpieli kornacy zabrali oba słonie w gęstszy las, gdzie przykuli je łańcuchami i pozostawili. Miejsce wybrali w ten sposób, żeby zwierzaki miały mnóstwo jedzenia dokoła. Potem wyprowadzili nas jeszcze w kierunku drogi, bo chodząc za słoniami straciliśmy nieco orientację.




Kornak (fot.Agnieszka)

22 - 26 Lutego 2007

Z Mae Sariang pojechaliśmy do Soppong, czyli bardzo małej miejscowości w górach, jeszcze bardziej na północy Tajlandii. Dojechaliśmy tam stopem oczywiście i jak zwykle z wielką łatwością. Na miejscu znaleźliśmy przepięknie położony nieco na uboczu drewniany domek z łazienką (200 bahtów). Okolica cudowna, bo na zalesionym wzgórzu tuż nad rzeką. Cisza i spokój, słychać było tylko śpiew ptaków. Zwłaszcza w nocy, kiedy odzywały się te mniej nam znane o przedziwnie brzmiących głosach, było to bardzo ciekawie. Co wieczór na okolicznych wzgórzach widzieliśmy też demonicznie wyglądające łuny płonących traw.




Nasz domek w Soppong

Spędziliśmy tam aż 4 dni. Chodziliśmy po okolicznych wioskach w poszukiwaniu zapomnianych ludów tego regionu, czyli Lahu i Lisu. Przedzieraliśmy się przez dzikie lasy urządzając sobie treki na azymut po okolicznych wzgórzach.




Wioska Lisu (fot.Agnieszka)

Wybraliśmy się też do olbrzymiej jaskini Lot znajdującej się w pobliżu. Dotarliśmy tam stopem, a potem w towarzystwie miejscowego przewodnika uzbrojonego w latarnię gazową penetrowaliśmy jej wnętrze przez ponad 2 godziny. Przez największą komorę Lot przepływa rzeka, którą spłynęliśmy na bambusowej tratwie. Inne komory są równie wielkie, często wyższe niż 30 metrów, a w każdej mnóstwo pięknych stalaktytów i innych dzikich formacji krystalicznych. W jednym miejscu znajdują się bardzo niestety już zatarte prehistoryczne malunki. Miejsce bardzo warte odwiedzenia.




Jaskiniowiec-latarnik (fot.Agnieszka)

Stołowaliśmy się na bazarku w Soppong. Ryż powszedni i dodatki, czyli mięsko z grilla i warzywa z woka, a także arbuzy, których w okolicy rośnie chyba całe mnóstwo sądząc po cenach. Ogólnie bardzo nam się tam podobało, bo w ogóle nie ma turystów, a okolica jest przepiękna.




Jaskinia Lot (fot.Agnieszka)

26 Lutego – 1 Marca 2007

Pai to niewielka miejscowość na trasie z Soppong do Chiang Mai. Właściwie nie wiadomo dlaczego, rozwinęła się ona jako popularne miejsce turystyczne. Kiedyś przyjeżdżali tutaj hippisi zwabieni urokami okolicy, oddaleniem od cywilizacji, tanią trawą i spokojem. Teraz mnóstwo jest tutaj hotelików i knajpek nastawionych na obsługiwanie „farangów”. Sporo z tych interesów prowadzonych jest przez emigrantów z Europy, głownie Anglików i Niemców, którzy mieszkają tutaj wraz ze swoimi tajskimi żonami lub mężami. Pomimo tego natłoku turystycznego jakoś nie odbiera to uroku Pai. Okolice są naprawdę piękne i sporo ciekawych rzeczy jest dokoła. Można pojechać do okolicznych „stadnin” słoni, gorących źródeł, piaskowego kanionu, nad liczne wodospady, czy też po prostu szaleć na skuterze po krętych górskich drogach wokół Pai. Mniej więcej tak spędziliśmy dwa z czterech dni tutaj. Dwa pozostałe poświęciłem na przerabianie bloga, w czym pomógł mi miły Anglik, udostępniając w zasadzie nieodpłatnie bezprzewodowe łącze internetowe w swojej knajpce. Piszę w zasadzie, bo umówiliśmy się z nim, że będziemy się tam po prostu stołować. Jako jedno z nielicznych turystycznych miejsc miał ceny takie jak na sprzedawcy uliczni. Jego żona gotowała doskonale, a z nim samym przyjemnie się rozmawiało w przerwach od programowania.
Nic przez te dni nie pisałem, wiec nasz pobyt w Pai udokumentuje w postaci fotobloga.




Agnieszka w piaskowym „kanionie” na tle gór




Kanion




Wodospad (fot.Agnieszka)




Niemądre zabawy motocyklowe...




...i ich niegroźne na szczęście skutki (fot.Agnieszka)




W wiosce animistów (fot.Agnieszka)

I jeszcze kilka fotek z środowego bazaru w Pai, na który zjeżdżają się mieszkańcy okolicznych wiosek. Niektórzy wciąż jeszcze ubierają się w tradycyjne stroje. Fotografowała Agnieszka













2 Marca 2007

Wyszliśmy rano jeszcze przed świtem na ulicę prowadzącą w kierunku Chiang Mai. Stojąc na poboczu drogi z ulgą patrzyliśmy na krwisto pomarańczowe słońce powoli wynurzające się zza gór. Było zimno i nic nie jechało. Odległość do pokonania mieliśmy w sumie niewielką. Do Chang Dało było jakieś 140km. Minęło nas kilkanaście samochodów i żaden nas nie zabrał. Rozwydrzyliśmy się w Tajlandii – ostatnio nie czekaliśmy na stopa dłużej niż 15 minut. Po niespełna godzinie zatrzymał się leciwy pickup. Kierowca pochodził z plemienia Lahu i ubrany był w tradycyjny strój tego ludu. W workowatych sięgających do pół łydki i haftowanych u dołu spodniach wyglądał bardzo malowniczo. Na pace samochodu siedziała już młoda kobieta, także w regionalnym ubiorze wraz z dwójką małych chłopców. Miejsca było więc sporo, ale kilkaset metrów dalej samochód zatrzymał się po raz wtóry i zabraliśmy 6 młodych żołnierzy. Zrobiło się nieco ciaśniej. Zawinięci w śpiwór chroniący nas jako tako przed przenikliwym wiatrem przejechaliśmy tak następne 100 km, co zajęło ponad 2 godziny. Kobieta z dziećmi spała jak zabita przykryta derką, spod której wystawały tylko jej gołe stopy. Niesamowicie poczochrane dzieciaki, co jakiś czas się budziły i robiły mały rejwach, po czym znowu zasypiały. Wyglądały na dobrze odżywione i zadowolone z życia i podróży odkrytym samochodem. Dopiero pod koniec drogi ten młodszy zaczął płakać, ale mamusia go szybko spacyfikowała karmiąc piersią. Droga była kręta jak noworoczna serpentyna. Zaszkodziło to żołnierzom. Co kilkanaście minut któryś zaczynał wymiotować. Taktownie przesuwał się wtedy na koniec samochodu i zwisając z tyłu paki znaczył nasz szlak. Inni go wtedy czule głaskali po plecach i poklepywali opiekuńczo, aby się nie zakrztusił. Tak bliski kontakt fizyczny w Polsce uznany by został za graniczący z intymnością wręcz seksualną. Tutaj to normalne. W ogóle to ci młodzi rekruci bardzo o siebie dbali i widać było silną więź przyjaźni pomiędzy nimi.

Kierowca wysadził nas w miejscowości Mae Taeng, skąd mieliśmy jeszcze tylko jakieś 40 kilometrów do pokonania w kierunku północnym. Oprócz nas wysiedli też żołnierze. Dało nam to okazję do zaobserwowania, czy płacą za przejazd. Dotychczas podróżowaliśmy stopem bez lokalnych współpasażerów, i zastanawialiśmy się czy jest tutaj w zwyczaju płacenie za podwożenie. Nas nikt nigdy o pieniądze się nie pytał, ale Tajowie są raczej z natury nieśmiali i myśleliśmy, że to po części może dlatego. Ale nie. Żołnierze podziękowali tylko i poszli w swoją stronę, a kierowca nie był tym wcale zdziwiony. My zrobiliśmy podobnie, tylko może nieco bardzo wylewnie.

W Mae Taeng spędziliśmy tylko tyle czasu ile zabrało nam dojście na drogę wylotową i zjedzenie naszej nieśmiertelnej potrawy śniadaniowej, czyli omleta z ryżem polanego sosem chilli. Jeszcze w Bangkoku Noi zapisała nam to danie w notesie po tajsku, obok kilku innych naszych ulubionych potraw. Ja dopisałem sobie do tego jeszcze fonetycznie wymowę, ale jak do tej pory jeszcze nikt mnie nie zrozumiał, kiedy usiłowałem coś zamówić. Brzmi to mniej więcej tak: „kaj cziao hom jaj”. Tajski to bardzo trudny w wymowie tonalny język, przynajmniej dla nas. Pokazywanie napisu w notesie skutkuje jednak zawsze. Oprócz potraw mamy też zanotowane kilka niezbędnych zwrotów. Agnieszka często informuje w ten sposób ludzi, że jest wegetarianką i „nie je zwierząt”. A wszystko to dlatego, że stołujemy się w miejscach nieturystycznych, gdzie nikt nie mówi po angielsku, o menu w tym języku nie wspominając.

To zdecydowanie nie był dobry dzień na stopa – te nieszczęsne 40 km do Chang Dao zajęło nam prawie dwie godziny. Ponad godzinę staliśmy na poboczu niezwykle ruchliwej drogi i nic. Samej jazdy był raptem 40 minut – zabrała nas ciężarówka w końcu. Chang Dao rozciągnięte jest wzdłuż trasy szybkiego ruchu, co widać, słychać i czuć. Trudno jest tutaj przejść przez ulicę, hałas non-stop i spalin sporo. Dla nas ma to być baza wypadowa do odwiedzenia pobliskich jaskiń i ośrodka szkolenia słoni.

3 Marca 2007

Do ośrodka szkolenia słoni zdążyliśmy dosłownie na ostatni moment, tuż przed godziną 10 rano. Codziennie o tej porze odbywa się tam pokaz umiejętności tych przemiłych zwierzaków. Mieliśmy niby zarezerwowany skuter na ten dzień w pobliskiej knajpce prowadzonej przez Francuza, który ożenił się z Tajką. Takie międzynarodowe małżeństwa to popularna sprawa w Tajlandii. W wielu małych miasteczkach napotykaliśmy na biznesy prowadzone przez przesiedleńców najczęściej z Europy. Niestety pan Francuz wystawił nas rufą do wiatru i obiecanego motorka rano nie było. Pozostawał nam autostop. Przez dłuższy czas nikt nas nie zabierał i pokonanie 15 km dzielących Chang Dao od „ośrodka słoniowego” zajęło nam prawie godzinę.

Przy wejściu uiściliśmy opłatę w wysokości 60 bahtów. Akurat trafiła się też jakaś duża wycieczka emerytów chyba z Anglii. Przyjechali wielkim wypasionym autokarem z przewodnikami. Pierwszym punktem programu było karmienie słoni. Oddzieleni od zwierzaków solidną drewnianą barierką mogliśmy im podawać banany, które kobiety pracujące w ośrodku sprzedawały tuż obok po normalnych, niezawyżonych cenach. My na początku zaoferowaliśmy słoniom kupione parę dni wcześniej fistaszki, które za bardzo nam nie smakowały. Słoniom za bardzo też nie, albo za bardzo były przyzwyczajone do bananów. Obok stała zabawna tablica, na której napisane było, aby dawać po pół kiści owoców od razu, a nie po jednym, bo wtedy słonie się denerwują. Zwierzaków było całkiem sporo i różnych rozmiarów. Największy samiec miał imponujących rozmiarów kły, a najmniejszy młody słonik wciąż uczył się używać swojej trąby. Był komicznie niezdarny. Słonie uczą się tej umiejętności przez dłuższy czas po narodzeniu, co jest zrozumiałe zważywszy, że organ ten ma ponad 150 000 mięśni. Po odpowiednio długiej praktyce trąba staję się bardzo sprawna. Słonie używają jej do zbierania pożywienia, podawania nią sobie wody do pyska, oddychania, kiedy zanurzają się całkowicie w wodzie i wielu innych czynności. Także do brania bananów od turystów, a także łapania ich za ręce. A uchwyt mają dosyć mocny – wiem z autopsji. Na grzbiecie każdego zwierzaka, nawet tych najmniejszych, siedział kornak, czyli trener, jeździec i opiekun równocześnie. Zazwyczaj jednym słoniem opiekuje się od dwóch do trzech osób. Pomiędzy człowiekiem a słoniem tworzy się więź oparta na wzajemnym zrozumieniu, ale oczywiście w układzie, w którym zwierzak podporządkowuje się woli ludzkiej.




Mniam, mniam – ale wolę pół kiści od razu!

Po karmieniu przyszła czas na kąpiel. Równiutki rzędem, ustawione od największego na najmniejszego, słonie wmaszerowały do rzeki. Wiać było, że to jest chyba najbardziej ich ulubiona część przedstawienia, chociaż banany to przecież niezły przysmak. Kornacy, zwani także mahautami, polewami je wodą i szorowali, a słonie po prostu baraszkowały rozkosznie przewracając się na grzbiety i zanurzając się często z głowami pod wodę wystawiając tylko nad jej powierzchnię trąby. Szerokie uśmiechy na pyskach.




Kąpiele uwielbiamy! (fot.Agnieszka)

Po gruntownym myciu nadszedł czas na właściwe przedstawienie. Polegało one na prezentacji przeróżnych umiejętności słoni, ale nie takich wyuczonych do cyrku, tylko tych użytecznych dla ludzi. Kornacy pokazywali po prostu jak używa się tych zwierząt przy wyrębie lasu i na roli, czyli w ich tradycyjnych rolach w Tajlandii. Słonie ciągały więc pnie drzew, przesuwały je z miejsca na miejsce, często robiąc to grupowo, kiedy drzewo było bardzo ciężkie. Wykazywały się przy tym niesamowitą jak na tak wielkie i na pierwszy rzut oka lekko niezdarne zwierzaki, precyzją.




W pracy (fot.Agnieszka)

Kornacy demonstrowali też również kilka sposobów wsiadania i schodzenia ze słonia, w której to czynności zwierzak pomaga człowiekowi podnosząc jedną z nóg, lub kładąc się na ziemi. Trochę było też cyrkowych popisów, czyli zakładaniu swojemu panu kapelusza na głowę i efektownym dyganiu. Na koniec przedstawienia jeden z młodszych słoni wykazał się talentem malarskim i szybko machną abstrakcyjny obrazek, który oczywiście można było potem nabyć za niewygórowaną cenę 500 bahtów.




Sztuka nowoczesna (fot.Agnieszka)

Po zakończeniu przedstawienia można było jeszcze przejechać się po okolicznej dżungli na grzbiecie słonia, ale nie planowaliśmy tego robić. Poza tym okazało się to być niemożliwe, bo wycieczka zarezerwowała wszystkie dostępne „pojazdy” na następne 2 godziny. Muszę przyznać, że z pewną dozą sceptyzmu wybierałem się do tego miejsca, bo jakoś takie przedstawienia mnie nie bawią, a nawet uważam je za często żenujące. Zwłaszcza, kiedy zwierzęta do nich wykorzystywane są niewłaściwie traktowane. Jednak tutaj widać było, że ich dobro stawiane jest na pierwszym miejscu. Wszystkie zwierzaki wyglądały na bardzo zadbane i wesołe. Może to dlatego, że Budda rzekomo wybrał białego słonia jako jedno ze swoich ziemskich wcieleń i dzięki temu traktowane są one z dużą dozą respektu. Poza tym nie był to cyrk, ale po prostu prezentacja ich umiejętności i znaczenia w kulturze tajskiej.

Tym razem błyskawicznie złapaliśmy stopa spowrotem do Chang Dao, gdzie po małej przekąsce, wyszliśmy na drogę prowadzącą do pobliskich jaskiń. I znowu nie czekaliśmy dłużej, niż na pierwszy przejeżdżający samochód. Czyżby autostopowa passa wracała? Liczymy na to, bo jutro mamy do przejechania ponad 700km do Bangkoku. Kompleks jaskiń, do którego udaliśmy się jakieś 5 km od Chang Dao. Podobno ciągnie się na przestrzeni ponad 10km. Trzy z nich są oświetlone. Są miejscem kultu Buddystów. Znajdują się tam posągi Buddy i liczne ołtarze. Wejście do całego połączonego ze sobą kompleksu jest przez jaskinię Phra Non. Od niej odchodzą w bok inne. Do tych oświetlonych można wchodzić samemu, ale do innych tylko z przewodnikiem, który wyposażony jest w latarnię gazową. My mieliśmy swoją latarkę i nie chcieliśmy towarzystwa obcej osoby.

Przy wejściu do najdłuższej liczącej ponad 700 metrów jaskini nieoświetlonej Mah czuwał jakiś pan z obsługi i nie pozwolił nam wejść. Dowiedzieliśmy się jednak, że wyjście z niej znajduje się kilkadziesiąt metrów dalej. Okazało się, że nie jest obstawione, więc dla nas stało się wejściem. Przy mizernym świetle mojej czołówki zagłębiliśmy się w z początku tylko mroczne, a potem całkowicie już ciemne korytarze. Poza jedną wizytą w jaskini Lot także w Tajlandii nigdy wcześniej nie chodziłem po podziemnych korytarzach. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Dokoła nas otworzyły się ogromne komnaty z fantasmagorycznie powykręcanymi stalaktytami zwisającymi nad głowami. Miejscami przeciskaliśmy się przez wąskie przejścia na czworaka, aby z chwilę znowu stanąć w pomieszczeniu tak wielkim, że przy świetle latarki nie widać było jego ścian, a sufit majaczył tylko gdzieś bardzo wysoko. Unosząca się wewnątrz mgiełka spowodowana duża wilgotnością powietrza dodawało temu miejscu grozy, ale i uroku równocześnie. Po jakimś czasie błąkania się po tym podziemnym labiryncie natknęliśmy się na kilka osób z przewodnikiem. Przez kilkanaście minut podążaliśmy ich śladem, aby potem znowu pozostać sami we wnętrzu ziemi. Kiedy byliśmy już niedaleko wyjścia nagle zgasła nam latarka. Poczułem się jak Bilbo Baggins w mrokach Morri. Ciemność absolutna i uczucie całkowitej dezorientacji. Na szczęście awaria była tymczasowa, bo inaczej musielibyśmy czekać na kolejną przechodzącą wycieczkę, albo ryzykować poważne obrażenia cielesne usiłując dotrzeć do wyjścia po omacku.

Potem spenetrowaliśmy jeszcze jedną bardzo długą nieoświetloną jaskinię, która zakończyła się jeziorem. Brodziliśmy w nim przez kilka metrów chcąc iść dalej, ale zaczęło robić się zbyt głębokie, więc zrezygnowaliśmy. Wychodząc musieliśmy jeszcze minąć owego kolesia, który nie wpuścił nas do Tham Mah wcześniej. Ktoś mu doniósł, że chodziliśmy tam sami, bo miał do nas pretensje, ale nie wdawaliśmy się w dyskusję, tylko uśmiechnięci rozłożyliśmy bezradnie ręce w geście udawanego niezrozumienia, a on się nie mógł zdenerwować, bo straciłby twarz :) Złapanie stopa znowu zajęło nam dosłownie dwie minuty. Przemiły kierowca nie jechał aż do Chang Dao, ale nadłożył 2km drogi i podrzucił nas na miejsce, chociaż go w ogóle o to nie prosiliśmy. To już nie pierwszy raz zresztą w tym kraju. Oby tak dalej...

4 Marca 2007

Bardzo wcześnie, jeszcze przed świtem, stanęliśmy na drodze. Planowaliśmy dostać się jeszcze tego samego dnia do Bangkoku. Do przebycia było ponad 800km. Najpierw kilkoma samochodami dotarliśmy do Lampang. Tutaj autostopowi bogowie się do nas szeroko uśmiechnęli. Samochód zatrzymał nas. Mijaliśmy akurat stację benzynową idą w kierunku wylotówki, kiedy spostrzegliśmy młodego mężczyznę machającego do nas z pickupa. Okazało się, że widział on jak usiłujemy idąc coś zatrzymać, i postanowił nas zabrać. Jechał do prosto Bangkoku!

Następne 6 godzin spędziliśmy komfortowo rozłożeni na pace samochodu, drzemiąc i chowając się przed niezbyt tego dnia ostrym słońcem. O większym szczęściu nie mogliśmy nawet marzyć. Wysiedliśmy w centrum Bangkoku, skąd najpierw metrem, a potem SkyTrainem dotarliśmy do naszego lokum. Tym razem znaleźliśmy mieszkanie u Paula, również przez HospitalityClub. Adres okazał się być pierwszorzędny – Soi Nana, boczna Sukhumvit, bardzo blisko centrum. Jest to okolica, gdzie znajduje się trochę hoteli o standardzie sporo wyższym niż te w okolicach Khao San Road. W większości jednak mieszkający tutaj biali przebywają w Tajlandii znacznie dłużej i wynajmują mieszkania w okolicznych apartamentowcach. Paul mieszkał właśnie w takim wypasionym budynku funkcjonującym częściowi jako hotel, z apartamentami do wynajęcia na kilka dni, lub długoterminowo. Miło zaskoczył nas wysoki standard budynku. Centralna klimatyzacja to dar od niebios w dusznym i wilgotnym marcowym Bangkoku. Oprócz tego do dyspozycji mieliśmy basen znajdujący się na ósmym piętrze z niezłymi widokami na miasto, siłownie, saunę, korty do badmintona, i bezprzewodowy internet. Nieźle, jak na budget travelling :)

Paul jest typową postacią, jaką można spotkać w Bangkoku. W młodości był żołnierzem w brytyjskiej marynarce wojennej. W wieku 50 lat przeszedł na emeryturę i po okresie podróżowania po świecie i mieszkania w różnych jego zakątkach osiadł w Tajlandii, gdzie żyje z wojskowej emerytury i prowadzi drobne interesy. Mieszka w Bangkoku wraz z młodszą od niego o 20 lat Tajką, którą poznał przebywając w jakiejś wiosce nieopodal Bangkoku. Nie mówiła on w ogóle po angielsku, ale jakoś udało im się nawiązać kontakt przez wspólną znajomą. Po pewnym czasie Lek, bo tak ma ona na imię, przeprowadziła się do jego apartamentu w Bangkoku, gdzie mieszkają razem już od prawie roku. Paul pomaga jej w utrzymaniu trójki dzieci z poprzedniego jej małżeństwa z Tajem, aczkolwiek nie mieszkają z jej dziećmi. Dwoje z nich wychowuje się u babci, a jedno jest pod opieka ojca. W międzyczasie Lek nauczyła się mówić nieco po angielsku, głównie dzięki codziennemu obcowaniu z Paulem, a także na kursach językowych, na które on ją wysyła. Paul żartował, że nauczyła się już tyle, że więcej nie potrzeba. Układ taki jest bardzo w Tajlandii popularny, aczkolwiek Paul nie jest chyba do końca typowym przedstawicielem białych mężczyzn żyjących w Tajlandii. Jest bardzo świadom tego, jaki jest stan rzeczy w jego związku. Nie jest to do końca, tak przejrzyste, jak na pierwszy rzut oka może się wydawać. Pomiędzy nimi istnieje chyba miłość, choć na pewno dla Lek jest to trudny związek. Nie chciałbym tego pochopnie jednak oceniać, ale wydaje mi się, że musi być jej być trochę z tym ciężko. Jest pewnie cały czas świadoma, że w każdej chwili może się to rozpaść, a ona wtedy pozostanie na przysłowiowym lodzie.

Taki los jest i tak o wiele lepszy od położenia wielu młodych kobiet przybywających do Bangkoku, Pattayi i Phuket głównie z biednych regionów północno-wschodniej Tajlandii. Często zaczynają one pracować jako sprzątaczki, ale jeszcze częściej kończą jak prostytutki. W Tajlandii rolą najstarszej córki jest utrzymywanie rodziny. Mężczyźni pozbawieni są tego obowiązku. Ich życie jest znacznie łatwiejsze. Wszelkie pieniądze, jakie ma rodzina przeznaczane są na wykształcenie i zapewnienie jak najlepszego startu męskim potomkom. Żyją oni beztrosko, spędzając wolny czas na rozrywkach, piciu alkoholu i zabawach. Dziewczęta traktowane są po macoszemu. Niewiele z nich kończy więcej niż 6 klas szkoły podstawowej. Potem oczekuje się od nich zarabiania pieniędzy. Pieniądze są najważniejszą rzeczą w biednych wioskach na północy kraju. Wyznaczają one status rodziny w wiosce. Kiedy młoda kobieta jedzie do Bangkoku i zaczyna się prostytuować, aby je zarobić nie stanowi to dla rodziny problemu, o ile wysyła do domu dużo pieniędzy. Jeśli zarabia niewiele, wtedy jest napiętnowana jako kobieta lekkich obyczajów, ladacznica. Ale jeśli wysyła do domu wystarczająco duże sumy, aby widocznie poprawić poziom życia jej rodziny, nikt się jej nie pyta o źródło dochodów.
Nie liczy się wtedy skąd pochodzi mamona, a tylko jej ilość. Ta presja w połączeniu z biedą panującą zwłaszcza w północno-wschodnich regionach kraju powoduje, że tak wiele młodych kobiet znajduje zatrudnienie w seks biznesie, z którego słynie Tajlandia. Młode kobiety, które pracując w prowincji Isam na roli, lub w fabryce, zarabiałyby niewiele więcej niż 100 USD na miesiąc, mogą w Bangkoku mieć dochody powyżej 2000 USD. Pokusa finansowa jest więc ogromna. Ponad 80% prostytutek pochodzi właśnie z Isamu, czyli najbiedniejszej części Tajlandii. Większość tych kobiet zaczyna pracę jako niewinne młode osoby, aby po roku być za pan brat z alkoholem i narkotykami. Wyniszczenie fizyczne jest jednak niczym w porównaniu z moralnymi i psychologicznymi reperkusjami wykonywania tego najstarszego na świecie zawodu. Podstawowym problemem jest fakt, że popyt na ich usługi jest, dzięki seks turystyce ogromny. Problemem numer dwa są socjalne uwarunkowania tego procederu, o których wspomniałem. Osobną kwestią jest natomiast polityka tajlandzkich władz, które nie usiłują w zasadzie tego procederu ograniczyć, a także nie wprowadzają praktycznie żadnych reform, które zmieniłyby sytuację biednych ludzi północnych części Tajlandii. Dodatkowo nakłada się na to jeszcze gigantyczna korupcja panująca we władzach, a zwłaszcza w policji, która czerpie z seks biznesu ogromne zyski.

5 - 8 Marca 2007

Bangkok właściwie wcale się Bangkokiem nie nazywa. Pełna nazwa tego miasta w oryginale brzmi: „Krungthep Mahanakhon Amonrattanakosin Mahintharayutthaya Mahadilokphop Noppharatratchathani Burirom-udomratchaniwet Mahasathan Amonphiman Awatansathit Sakkathattiya Witsanu Kamprasit”. W tłumaczeniu oznacza to mniej więcej: „miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu”. Tą najdłuższą geograficzną nazwę na świecie nadał miastu w dniu swojej koronacji w 1782 roku król Rama I. Choć nie można jej odmówić oryginalności, praktyczne używanie raczej możliwe nie jest. Tajowie ograniczają się więc do pierwszego jej członu, Khrung Thep. Obcokrajowcy natomiast z niewiadomych powodów przyjęli nazwę pochodzącą od pobliskiej nadrzecznej wioski zwanej Bang Makok. Z techniczego punktu widzenia nazwa ta odnosi się tylko do starej nadrzecznej części miasta, zwanej teraz Thonburi, ale cudzoziemcy wciąż używają jej na określenie całego miasta. W Bangkoku, albo jeśli ktoś woli Khrung Thep, nie było kiedyś prawie w ogóle ulic. Ich funkcję pełniły liczne kanały. Swego czasu miasto to znane było w świecie jako Wenecja Wschodu. W drugiej połowie XX wieku na skutek bardzo dynamicznego rozwoju miasta zaczęto zasypywać kanały tworząc w ich miejsce szerokie arterie komunikacyjne. Miasto zmieniło diametralnie swój charakter, chociaż do dzisiaj transport rzeczny jest jednym z szybszych sposobów przemieszczanie się po metropolii. Odbywa on się teraz jednak głównie na rzece Chao Praya, która przepływa przez miasto i nielicznych pozostających w użyciu kanałach.

Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od wizyty w polskiej ambasadzie. Kończą nam się powoli wolne strony w paszportach i wkrótce nie będzie już miejsca na nowe wizy i pieczątki wjazdowe. Te starsze polskie paszporty, jakie mamy nie mają po prostu wystarczającej ilości stron na objechanie świata dokoła. W ambasadzie nic nie wskóraliśmy, bo była zamknięta. Znajduje się ona na którymś tam piętrze w sporym biurowcu. Na drzwiach wisiała kartka informująca, że w poniedziałek ambasada będzie zamknięta, bo jest to w Polsce święto i dzień wolny od pracy. Tylko, że my pojawiliśmy się tam w piątek. Po kilku minutach gorączkowego dzwonienia usiedliśmy zrezygnowani w klimatyzowanym korytarzu zastanawiając się, co zrobić z resztą dnia. Po chwili usłyszeliśmy głos z interkomu: „Długo Państwo czekacie?”. Okazało się, że to ochroniarz z ambasady mówi do nas przez interkom. Na nasze pytanie, dlaczego ambasada jest zamknięta odpowiedział, że „oni to już powariowali tutaj, i nawet buddyjskie święta obchodzą”. Potem wdał się w rozmowę z nami – wciąż przez interkom, i opowiedział jak to leniwie upływa życie pana konsula i reszty ekipy z ambasady. W pewnym momencie z nadzieją w głosie zaczął się dopytywać, czy mamy może jakiś pilny interes, bo jeżeli tak to on „z przyjemnością zakłóci im spokój”. Potem w ramach podsumowania powiedział mi, że „chciałby pan mieć taką pracę za takie pieniądze”. Zabawne to było w sumie. Informacji na temat paszportów zasięgnęliśmy następnego dnia przez telefon. Okazuje się, że możemy dostać tymczasowe, ale ważne na rok. Efektywnie oznacza to w Azji, że dobre na pół roku, bo żaden kraj nie wystawi wizy na paszport ważny krócej niż 6 miesięcy. Potem można podobno dostać kolejny taki paszport tymczasowy, ale tym razem jest to już całkowicie w gestii konsula i uzależnione jest od jego interpretacji niejasnych w tym przypadku przepisów. Dlaczego przepisy są niejasne, i czy tak trudno by było je uściślić, miła pani z która rozmawiałem powiedzieć już nie umiała. Opłata za paszport tymczasowy wynosi 46 USD.




Wat Mangkon Kamalawat (fot.Agnieszka)

Wzorem naszych dyplomatów postanowiliśmy też poświętować z Buddystami. Pojechaliśmy do Chinatown, gdzie kręcąc się po bazarach i gubiąc w przeróżnych uliczkach dotarliśmy do świątyni Wat Mangkon Kamalawat. Jest to chyba największa świątynia chińskich buddystów w Bangkoku. Faktycznie akurat trwały tam obchody jakiegoś święta, ale nikt nie potrafił nam wytłumaczyć jakiego. Wewnątrz było mnóstwo ludzi. Każdy z nich przynosił ofiary, czyli różnego rodzaju jedzenie, głównie owoce, i obowiązkowo butelkę oleju roślinnego. Składano je na ołtarzach przed posążkami bóstw – różnych wcieleń Buddy. Zapalano również kadzidełka ofiarne. Było ich tak wiele, że całą świątynię wypełniał aromatyczny, ale jednak gryzący w oczy dym.

Częścią rytuału modlitewnego jest wróżenie. Ludzie modlili się trzymając w rękach naczynia wypełnione bambusowymi patyczkami, na których wypisane były wróżby. Pod koniec modlitwy potrząsali nimi na tyle energicznie, że jeden z patyczków wypadał. W labiryncie pomieszczeń świątynnych siedzieli mnisi, którzy interpretowali owe przepowiednie. Celebracja zaczynała się już przed wejściem do świątyni, gdzie na placu porozmieszczali swoje kramy sprzedawcy owoców ofiarnych, kadzidełek innych religijnych parafernaliów. Tam również płonęły znicze w formie kadzidełek i dymiło się nieźle.




Wat Mangkon Kamalawat (fot.Agnieszka)

Reszty naszych przygód w Bangkoku nie opiszę już raczej, bo znowu nie pisałem na bieżąco. Odtwarzanie z przeszłości jakoś mi nie idzie. Powtórzę tylko, że Bangkok to super miasto i warto jest mu poświęcić kilka dni, a zdecydowanie trzeba wyrwać się z turystycznego getta, jakim jest Khao San i okolice.

pt src="http://www.google-analytics.com/urchin.js" type="text/javascript">