Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
Kraj : Malezja9 - 10 Marca 2007Z Bangkoku do Georgetown, czyli miasta na wyspie Penang w Malezji, jest nieco ponad 1200km. Postanowiliśmy przebyć je stopem. Właściwie to wydało nam się całkowicie normalne, że nie będziemy jechać autobusem czy też pociągiem, ale po prostu staniemy na drodze i jakoś to będzie. Przez ostatni miesiąc cały czas tak robiliśmy. Z Bangkoku wydostaliśmy się autobusem do miejscowości Samut Songkhram. Zajęło nam to prawie trzy godziny. Potem kilkoma samochodami dostaliśmy się do miejsca Hua Hin. Następne 200km przebyliśmy ciężarówką, która wlokła się niemiłosiernie. W pewnym momencie kierowca zajechał na parking obok przydrożnej knajpy i zakomunikował nam na migi, że planuje się teraz dwie godziny zdrzemnąć. Chociaż spać nam się również niemiłosiernie chciało, w największy upał, czyli około godziny drugiej po południu, stanęliśmy znowu na rozgrzanym asfalcie i wystawiliśmy rękę w błagalnym prawie geście. Jak zwykle w Tajlandii długo nie musieliśmy czekać, chociaż w tym miejscu samochody jechały z prędkością ponad 120 km/h i naprawdę nie był to idealny punkt do zatrzymywania stopa. Na pace pickupa przebyliśmy kolejne 200 km i kiedy wysieliśmy na rozdrożu dróg pora była już dosyć późna i zaczynało się zmierzchać. Zatrzymaliśmy jeszcze dwa samochody, z których jeden jechał w naszym kierunku, ale intuicja podpowiedziała nam, żeby z tymi kolesiami jednak nie jechać. Czasem warto sobie odpuścić widząc kaprawe mordy i zlepione potem kłaki gości, którzy cwaniackim tekstem pytają się gdzie nas zawieść. Otóż panowie nigdzie nie mogą nas zawieść. Wybieramy stanie na drodze. Potem zatrzymała się para ludzi stanowiąca całkowite przeciwieństwo owych lumpów i zaoferowała nam nocleg w swoim domu. Grzecznie, jakkolwiek z ciężkim sercem, odmówiliśmy wybierając duszne wnętrze naszego namiotu, bo mieszkali oni w wiosce znacznie oddalonej od trasy, co oznaczało, że rano raczej byśmy się na niej nie znaleźli. Kolejny jednak raz wielkie brawa dla tajskiej gościnności. Tak czy inaczej wykonaliśmy mniej więcej plan, czyli pokonaliśmy ponad 700km. Namiocik rozbiliśmy sobie wśród palm nieopodal jakiegoś wielkiego zakładu pracy, do którego przez długi czas po zmroku zajeżdżały wyjące potępieńczo silnikami, i uniemożliwiające nam przez to spanie, ciężarówki. Kiedy przestały w końcu hałasować kimało się całkiem nieźle, aczkolwiek stoczyliśmy mała batalię z natrętnymi mrówkami, a dodatkowo przez całą noc słyszeliśmy kakofoniczny koncert pasikoników, czy też innych cykad, a co jakiś czas z parasola liści palmowych wiszących nad nami spadał na namiot z niezłym łoskotem owad rozmiarów małego ptaka. Obudziliśmy się tuż przed świtem i po zwinięciu obozu, ku uciesze i zdumieniu robotników idących do pracy, wynurzyliśmy się spośród palm. Na pobliskiej stacji benzynowej wzięliśmy darmowy prysznic i kupiliśmy kawę. Wyszliśmy na drogę i ledwo po wypiciu pysznie w tej sytuacji smakującej neski, zatrzymaliśmy ciężarówkę jadącą aż do granicy malezyjskiej. Jechało się powoli, ale nieustannie. Komfort też był niczego sobie, bo do dyspozycji była kanapa z tyłu kabiny, na której drzemaliśmy na zmianę. Klimatyzacja działała i następne 5 godzin spędziliśmy komfortowo, gadając na migi o pierdołach z kierowcą. Granicę przeszliśmy na piechotę nie budząc większego zainteresowania oglądającego w TV kickboxing pogranicznika tajskiego. W sklepie wolnocłowym zakupiliśmy po flaszce whisky i czekoladę i tak „zaopatrzeni” weszliśmy do Malezji. Witamy w Malezji (fot.Agnieszka) Trzymiesięczną darmową wizę wbito nam do paszportu bez zbędnych pytań i absolutnie nikt się nie zainteresował naszymi plecakami. Żadnej kontroli nie było. W Malezji najpierw wyjęliśmy trochę kasy z bankomatu, a potem w niesamowity upał ruszyliśmy w kierunku trasy do Butterworth, zatrzymując po drodze wszystkie przejeżdżające pojazdy. Daleki nie zaszliśmy, bo zatrzymał się wypasiony jeep. Kierowca zablokował ruch uliczny zatrzymując się w miejscu, gdzie nie było żadnego pobocza. Załadowaliśmy się do środka nie bardzo wiedząc, dokąd jedzie. Kierunek się mniej więcej zgadzał. Po kilku minutach rozmowy okazało się, że jedzie właśnie do Butterworth. Znowu mieliśmy więc dużo szczęścia. Trzy godziny później Tej, bo tak się nazywał nasz nowy malezyjski znajomy, nadkładając drogi podrzucił nas na przystań promową, skąd popłynęliśmy na wyspę Penang, do miasta Georgetown. Na pożegnanie zaprosił nas do swojego miasta w stanie Johor, nieopodal Malaki. Obiecywał darmowy nocleg i obwożenie po okolicznych atrakcjach. Był niesamowicie miły i uczynny. Chyba go odwiedzimy, bo do Malaki i tak planowaliśmy jechać, a stamtąd trasa do Singapuru wiedzie właśnie przez Batu Pahat, gdzie mieszka Tej. Z przystani w Georgetown pojechaliśmy miejskim klimatyzowanym autobusem (1.5 ringita) do pobliskiego Air Itam, gdzie mieliśmy już zawczasu zaklepane spanie u kobiety z HospitalityClub. Air Itam to niby odrębne miasto, ale dla mnie wygląda to bardziej jak dzielnica Georgetown. Po drodze cały czas są zabudowania, a i odległość jest niewielka. Dojazd tam zajął nam niespełna 20 minut. Nasze lokum okazało się być dwupokojowym mieszkaniem w blokowisku. Cirilla, jego właścicielka, mieszka gdzieś nieopodal w domu wraz z rodziną, a gości z HospitalityClub umieszcza tutaj. Oprócz nas w mieszkaniu mieszka jeszcze Livi, czyli jej kuzyn, który pracuje w Georgetown. Ciprilla i Livi pochodzą z Filipin. Ciprilla emigrowała do Malezji już jakiś czas temu i ma tutaj męża i dzieci. Livi przyjechał do pracy rodzinę pozostawiając w Manilii. Pracuje w filipińskiej firmie zajmującej się przesyłaniem paczek i pieniędzy do Filipin. Ciprilla dała nam klucze do mieszkania i przepraszając za brak czasu poszła do domu. Za trzy dni leci do Manili, więc jest bardzo zajęta. Jest to jej pierwsza od 6 lat wizyta, a ponieważ ma sporą rodzinę biega po sklepach i kupuje prezenty. Powiedziała, że możemy zostać tak długo, jak nam się podoba i czuć się jak u siebie w domu. Zostaliśmy sami ciekawie rozglądając się po mieszkaniu, w którym są trzy pokoje, kuchnia i łazienka. W kuchni nie ma lodówki i kuchenki, wiec z gotowania nici. Jest za to pralka. Mamy do dyspozycji swój pokój. W drugim mieszka Livi, ale rzadko bywa w domu. Do pracy wychodzi rano, a wraca późno w nocy. Dodatkowo często jeździ na kilka dni do Kuala Lumpur. Lepiej nam się trafić nie mogło – chyba trochę tutaj pomieszkamy, zwłaszcza, że Malezja wydaje nam się mało ciekawa i nie mamy większych planów na jej zwiedzanie, a musimy „zabić” tutaj ze trzy tygodnie, ze względu na pogodę w Indonezji. Tam wciąż jeszcze trwa monsun.. Livi pojawił się w domu późnym wieczorem i okazał się być bardzo miłym gościem. Przełamaliśmy przysłowiowe pierwsze lody przy pomocy połowy jednej z butelek, które przywieźliśmy. Livi jest, jak większość Filipińczyków, katolikiem, więc za kołnierz nie wylewa. Rozmawialiśmy głównie o jego kraju rodzinnym. Mamy już zaproszenie do Manilli, żeby go odwiedzić, kiedy będzie tam na wakacje, czyli w czerwcu. Kto wie, może skorzystamy. 10 - 21 Marca 2007Na Penang przesiedzieliśmy 10 dni wypełnionych lenistwem. W tym samym czasie przebywał tam także nasz dobry znajomy, towarzysz kilku górskich treków z Pakistanu, Zdenek. Jechał on nieco odmienną trasą niż my, i bardzo cieszyliśmy się z tego spotkania. On także „utknął” na tej malezyjskiej wyspie w oczekiwaniu na lot do Nowej Zelandii. Jego podróż w zasadzie się kończy, bo na antypodach ma zamiar pracować. Ale jak go znam, to najpierw objedzie wyspy, a dopiero potem zajmie się zarabianiem pieniędzy, o ile w ogóle. Główne miasto na Penang, czyli Georgetown nie zrobiło na mnie jakiegoś większego wrażenia. Jest na pewno ciekawe, bo jak cała Malezja bardzo wymieszane etnicznie. Najwięcej mieszka tutaj ludzi pochodzenia chińskiego. Sporo jest też hindusów, z których większość przybyła z Tamil Nadu. Gdybym przyjechał tutaj prosto z Polski to może i wydawałoby mi się ono nieco egzotyczne, ale teraz nie mogę powiedzieć, żebym takie odniósł wrażenie. Jezus Chrystus z tektury. W ofercie sklepu również Sziwa. Miasto założone zostało przez angielskiego kapitana zatrudnionego przez Kompanię Wschodnioindyjską w 1786 roku. Miało być przyczółkiem handlowym do ekonomicznego podboju Półwyspu Malajskiego. Trochę pozostało tutaj z tego okresu zabudowań, ale są one w opłakanym stanie. Sporo kręci się tutaj turystów. Atmosfera w mieście jest raczej senna i niewiele się tutaj chyba dzieje. My spędziliśmy sporo czasu w Air Itam korzystając z tego, że mieliśmy do dyspozycji mieszkanie Ciprilli. Mieliśmy okazję pomieszkać w blokowisku. Nasz budynek otoczony był jeszcze kilkoma podobnymi wielopiętrowymi monstrami. Pomiędzy budynkami znajdował się bazarek żywnościowy, czyli mnóstwo knajpek wszelkiej maści. Klientelą tych miejsc są mieszkańcy bloków, którym nie chce się gotować, lub tak jak my, nie posiadają kuchni. Zresztą nie wiem, czy w Malezji gotowanie się w ogóle opłaca. Ceny produktów w supermarketach są bardzo wysokie w porównaniu do gotowego jedzenia, jakie można kupić na ulicy. W naszym budynku na dole znajdowała się knajpa indyjska prowadzona przez kolesia z Tamil Nadu. Z przyjemnością zjadaliśmy idliki na śniadania i paroty na kolację. I kokosowe sosiki. Wyspę Penang objechaliśmy na skuterze w zasadzie w jeden dzień. Nie jest ona zbyt wielka, ale za to trochę górzysta i w sumie ładna. Nie znaleźliśmy jednak żadnych fajnych plaż. Resztę czasu po prostu leniuchowaliśmy snując dalsze plany.
|
|