<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?><!-- generator="b2evolution/1.9.2" -->
<rdf:RDF xmlns="http://purl.org/rss/1.0/" xmlns:rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"					xmlns:admin="http://webns.net/mvcb/" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/">
		<channel rdf:about="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5">
			<title>Przez &#346;wiat</title>
			<link>http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5</link>
			<description></description>
			<dc:language>pl-PL-utf-8</dc:language>
			<admin:generatorAgent rdf:resource="http://b2evolution.net/?v=1.9.2"/>
			<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
			<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<sy:updateBase>2000-01-01T12:00+00:00</sy:updateBase>
			<items>
				<rdf:Seq>
									<rdf:li rdf:resource="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=6_kwietnia_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1"/>
									<rdf:li rdf:resource="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=10_21_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1"/>
									<rdf:li rdf:resource="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=9_10_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1"/>
									<rdf:li rdf:resource="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=5_8_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1"/>
									<rdf:li rdf:resource="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=4_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1"/>
								</rdf:Seq>
			</items>
		</channel>
		
		<item rdf:about="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=6_kwietnia_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1">
			<title>6 Maja 2007</title>
			<link>http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=6_kwietnia_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1</link>
			<dc:date>2007-05-06T12:29:58Z</dc:date>
			<dc:creator>burlinski</dc:creator>
			<dc:subject>Egipt</dc:subject>
			<description>Kochani anonimowi czytelnicy, przemili znajomi, wreszcie droga rodzino! 

Zawia&#322;o nas do Indonezji. Blog powstaje, zdj&#281;cia si&#281; robi&#261;, komary gryz&#261;. 

Jedziemy na Papue, po drodze inne wyspy. Przez pewien czas post&#243;w nie b&#281;dzie.

Pozdrawiam!
</description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kochani anonimowi czytelnicy, przemili znajomi, wreszcie droga rodzino! </p>

<p>Zawia&#322;o nas do Indonezji. Blog powstaje, zdj&#281;cia si&#281; robi&#261;, komary gryz&#261;. </p>

<p>Jedziemy na Papue, po drodze inne wyspy. Przez pewien czas post&#243;w nie b&#281;dzie.</p>

<p>Pozdrawiam!</p>
]]></content:encoded>
		</item>

		
		<item rdf:about="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=10_21_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1">
			<title>10 - 21 Marca 2007</title>
			<link>http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=10_21_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1</link>
			<dc:date>2007-04-21T12:02:54Z</dc:date>
			<dc:creator>burlinski</dc:creator>
			<dc:subject>Malezja</dc:subject>
			<description>Na Penang przesiedzieli&#347;my 10 dni wype&#322;nionych lenistwem. W tym samym czasie przebywa&#322; tam tak&#380;e nasz dobry znajomy, towarzysz kilku g&#243;rskich trek&#243;w z Pakistanu, Zdenek. Jecha&#322; on nieco odmienn&#261; tras&#261; ni&#380; my, i bardzo cieszyli&#347;my si&#281; z tego spotkania. On tak&#380;e &#8222;utkn&#261;&#322;&#8221; na tej malezyjskiej wyspie w oczekiwaniu na lot do Nowej Zelandii. Jego podr&#243;&#380; w zasadzie si&#281; ko&#324;czy, bo na antypodach ma zamiar pracowa&#263;. Ale jak go znam, to najpierw objedzie wyspy, a dopiero potem zajmie si&#281; zarabianiem pieni&#281;dzy, o ile w og&#243;le. 

G&#322;&#243;wne miasto na Penang, czyli Georgetown nie zrobi&#322;o na mnie jakiego&#347; wi&#281;kszego wra&#380;enia. Jest na pewno ciekawe, bo jak ca&#322;a Malezja bardzo wymieszane etnicznie. Najwi&#281;cej mieszka tutaj ludzi pochodzenia chi&#324;skiego. Sporo jest te&#380; hindus&#243;w, z kt&#243;rych wi&#281;kszo&#347;&#263; przyby&#322;a z Tamil Nadu. Gdybym przyjecha&#322; tutaj prosto z Polski to mo&#380;e i wydawa&#322;oby mi si&#281; ono nieco egzotyczne, ale teraz nie mog&#281; powiedzie&#263;, &#380;ebym takie odni&#243;s&#322; wra&#380;enie. 


Jezus Chrystus z tektury. W ofercie sklepu r&#243;wnie&#380; Sziwa.


Miasto za&#322;o&#380;one zosta&#322;o przez angielskiego kapitana zatrudnionego przez Kompani&#281; Wschodnioindyjsk&#261; w 1786 roku. Mia&#322;o by&#263; przycz&#243;&#322;kiem handlowym do ekonomicznego podboju P&#243;&#322;wyspu Malajskiego. Troch&#281; pozosta&#322;o tutaj z tego okresu zabudowa&#324;, ale s&#261; one w op&#322;akanym stanie. Sporo kr&#281;ci si&#281; tutaj turyst&#243;w. Atmosfera w mie&#347;cie jest raczej senna i niewiele si&#281; tutaj chyba dzieje. My sp&#281;dzili&#347;my sporo czasu w Air Itam korzystaj&#261;c z tego, &#380;e mieli&#347;my do dyspozycji mieszkanie Ciprilli. Mieli&#347;my okazj&#281; pomieszka&#263; w blokowisku. Nasz budynek otoczony by&#322; jeszcze kilkoma podobnymi wielopi&#281;trowymi monstrami. Pomi&#281;dzy budynkami znajdowa&#322; si&#281; bazarek &#380;ywno&#347;ciowy, czyli mn&#243;stwo knajpek wszelkiej ma&#347;ci. Klientel&#261; tych miejsc s&#261; mieszka&#324;cy blok&#243;w, kt&#243;rym nie chce si&#281; gotowa&#263;, lub tak jak my, nie posiadaj&#261; kuchni. Zreszt&#261; nie wiem, czy w Malezji gotowanie si&#281; w og&#243;le op&#322;aca. Ceny produkt&#243;w w supermarketach s&#261; bardzo wysokie w por&#243;wnaniu do gotowego jedzenia, jakie mo&#380;na kupi&#263; na ulicy. W naszym budynku na dole znajdowa&#322;a si&#281; knajpa indyjska prowadzona przez kolesia z Tamil Nadu. Z przyjemno&#347;ci&#261; zjadali&#347;my idliki na &#347;niadania i paroty na kolacj&#281;. I kokosowe sosiki. 

Wysp&#281; Penang objechali&#347;my na skuterze w zasadzie w jeden dzie&#324;. Nie jest ona zbyt wielka, ale za to troch&#281; g&#243;rzysta i w sumie &#322;adna. Nie znale&#378;li&#347;my jednak &#380;adnych fajnych pla&#380;. Reszt&#281; czasu po prostu leniuchowali&#347;my snuj&#261;c dalsze plany. 
</description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Na Penang przesiedzieli&#347;my 10 dni wype&#322;nionych lenistwem. W tym samym czasie przebywa&#322; tam tak&#380;e nasz dobry znajomy, towarzysz kilku g&#243;rskich trek&#243;w z Pakistanu, Zdenek. Jecha&#322; on nieco odmienn&#261; tras&#261; ni&#380; my, i bardzo cieszyli&#347;my si&#281; z tego spotkania. On tak&#380;e &#8222;utkn&#261;&#322;&#8221; na tej malezyjskiej wyspie w oczekiwaniu na lot do Nowej Zelandii. Jego podr&#243;&#380; w zasadzie si&#281; ko&#324;czy, bo na antypodach ma zamiar pracowa&#263;. Ale jak go znam, to najpierw objedzie wyspy, a dopiero potem zajmie si&#281; zarabianiem pieni&#281;dzy, o ile w og&#243;le. </p>

<p>G&#322;&#243;wne miasto na Penang, czyli Georgetown nie zrobi&#322;o na mnie jakiego&#347; wi&#281;kszego wra&#380;enia. Jest na pewno ciekawe, bo jak ca&#322;a Malezja bardzo wymieszane etnicznie. Najwi&#281;cej mieszka tutaj ludzi pochodzenia chi&#324;skiego. Sporo jest te&#380; hindus&#243;w, z kt&#243;rych wi&#281;kszo&#347;&#263; przyby&#322;a z Tamil Nadu. Gdybym przyjecha&#322; tutaj prosto z Polski to mo&#380;e i wydawa&#322;oby mi si&#281; ono nieco egzotyczne, ale teraz nie mog&#281; powiedzie&#263;, &#380;ebym takie odni&#243;s&#322; wra&#380;enie. </p>

<p><br /><center><img src="http://burlinski.com/newblog/pictures/penang_jezus.JPG"/><br /><br />
Jezus Chrystus z tektury. W ofercie sklepu r&#243;wnie&#380; Sziwa.<br />
</center><br /></p>

<p>Miasto za&#322;o&#380;one zosta&#322;o przez angielskiego kapitana zatrudnionego przez Kompani&#281; Wschodnioindyjsk&#261; w 1786 roku. Mia&#322;o by&#263; przycz&#243;&#322;kiem handlowym do ekonomicznego podboju P&#243;&#322;wyspu Malajskiego. Troch&#281; pozosta&#322;o tutaj z tego okresu zabudowa&#324;, ale s&#261; one w op&#322;akanym stanie. Sporo kr&#281;ci si&#281; tutaj turyst&#243;w. Atmosfera w mie&#347;cie jest raczej senna i niewiele si&#281; tutaj chyba dzieje. My sp&#281;dzili&#347;my sporo czasu w Air Itam korzystaj&#261;c z tego, &#380;e mieli&#347;my do dyspozycji mieszkanie Ciprilli. Mieli&#347;my okazj&#281; pomieszka&#263; w blokowisku. Nasz budynek otoczony by&#322; jeszcze kilkoma podobnymi wielopi&#281;trowymi monstrami. Pomi&#281;dzy budynkami znajdowa&#322; si&#281; bazarek &#380;ywno&#347;ciowy, czyli mn&#243;stwo knajpek wszelkiej ma&#347;ci. Klientel&#261; tych miejsc s&#261; mieszka&#324;cy blok&#243;w, kt&#243;rym nie chce si&#281; gotowa&#263;, lub tak jak my, nie posiadaj&#261; kuchni. Zreszt&#261; nie wiem, czy w Malezji gotowanie si&#281; w og&#243;le op&#322;aca. Ceny produkt&#243;w w supermarketach s&#261; bardzo wysokie w por&#243;wnaniu do gotowego jedzenia, jakie mo&#380;na kupi&#263; na ulicy. W naszym budynku na dole znajdowa&#322;a si&#281; knajpa indyjska prowadzona przez kolesia z Tamil Nadu. Z przyjemno&#347;ci&#261; zjadali&#347;my idliki na &#347;niadania i paroty na kolacj&#281;. I kokosowe sosiki. </p>

<p>Wysp&#281; Penang objechali&#347;my na skuterze w zasadzie w jeden dzie&#324;. Nie jest ona zbyt wielka, ale za to troch&#281; g&#243;rzysta i w sumie &#322;adna. Nie znale&#378;li&#347;my jednak &#380;adnych fajnych pla&#380;. Reszt&#281; czasu po prostu leniuchowali&#347;my snuj&#261;c dalsze plany. </p>
]]></content:encoded>
		</item>

		
		<item rdf:about="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=9_10_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1">
			<title>9 - 10 Marca 2007</title>
			<link>http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=9_10_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1</link>
			<dc:date>2007-03-09T12:53:15Z</dc:date>
			<dc:creator>burlinski</dc:creator>
			<dc:subject>Malezja</dc:subject>
			<description>Z Bangkoku do Georgetown, czyli miasta na wyspie Penang w Malezji, jest nieco ponad 1200km. Postanowili&#347;my przeby&#263; je stopem. W&#322;a&#347;ciwie to wyda&#322;o nam si&#281; ca&#322;kowicie normalne, &#380;e nie b&#281;dziemy jecha&#263; autobusem czy te&#380; poci&#261;giem, ale po prostu staniemy na drodze i jako&#347; to b&#281;dzie. Przez ostatni miesi&#261;c ca&#322;y czas tak robili&#347;my. Z Bangkoku wydostali&#347;my si&#281; autobusem do miejscowo&#347;ci Samut Songkhram. Zaj&#281;&#322;o nam to prawie trzy godziny. Potem kilkoma samochodami dostali&#347;my si&#281; do miejsca Hua Hin. Nast&#281;pne 200km przebyli&#347;my ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#261;, kt&#243;ra wlok&#322;a si&#281; niemi&#322;osiernie. W pewnym momencie kierowca zajecha&#322; na parking obok przydro&#380;nej knajpy i zakomunikowa&#322; nam na migi, &#380;e planuje si&#281; teraz dwie godziny zdrzemn&#261;&#263;. Chocia&#380; spa&#263; nam si&#281; r&#243;wnie&#380; niemi&#322;osiernie chcia&#322;o, w najwi&#281;kszy upa&#322;, czyli oko&#322;o godziny drugiej po po&#322;udniu, stan&#281;li&#347;my znowu na rozgrzanym asfalcie i wystawili&#347;my r&#281;k&#281; w b&#322;agalnym prawie ge&#347;cie. Jak zwykle w Tajlandii d&#322;ugo nie musieli&#347;my czeka&#263;, chocia&#380; w tym miejscu samochody jecha&#322;y z pr&#281;dko&#347;ci&#261; ponad 120 km/h i naprawd&#281; nie by&#322; to idealny punkt do zatrzymywania stopa. Na pace pickupa przebyli&#347;my kolejne 200 km i kiedy wysieli&#347;my na rozdro&#380;u dr&#243;g pora by&#322;a ju&#380; dosy&#263; p&#243;&#378;na i zaczyna&#322;o si&#281; zmierzcha&#263;. Zatrzymali&#347;my jeszcze dwa samochody, z kt&#243;rych jeden jecha&#322; w naszym kierunku, ale intuicja podpowiedzia&#322;a nam, &#380;eby z tymi kolesiami jednak nie jecha&#263;. Czasem warto sobie odpu&#347;ci&#263; widz&#261;c kaprawe mordy i zlepione potem k&#322;aki go&#347;ci, kt&#243;rzy cwaniackim tekstem pytaj&#261; si&#281; gdzie nas zawie&#347;&#263;. Ot&#243;&#380; panowie nigdzie nie mog&#261; nas zawie&#347;&#263;. Wybieramy stanie na drodze. Potem zatrzyma&#322;a si&#281; para ludzi stanowi&#261;ca ca&#322;kowite przeciwie&#324;stwo owych lump&#243;w i zaoferowa&#322;a nam nocleg w swoim domu. Grzecznie, jakkolwiek z ci&#281;&#380;kim sercem,  odm&#243;wili&#347;my wybieraj&#261;c duszne wn&#281;trze naszego namiotu, bo mieszkali oni w wiosce znacznie oddalonej od trasy, co oznacza&#322;o, &#380;e rano raczej by&#347;my si&#281; na niej nie znale&#378;li. Kolejny jednak raz wielkie brawa dla tajskiej go&#347;cinno&#347;ci. Tak czy inaczej wykonali&#347;my mniej wi&#281;cej plan, czyli pokonali&#347;my ponad 700km.

Namiocik rozbili&#347;my sobie w&#347;r&#243;d palm nieopodal jakiego&#347; wielkiego zak&#322;adu pracy, do kt&#243;rego przez d&#322;ugi czas po zmroku zaje&#380;d&#380;a&#322;y wyj&#261;ce pot&#281;pie&#324;czo silnikami, i uniemo&#380;liwiaj&#261;ce nam przez to spanie, ci&#281;&#380;ar&#243;wki. Kiedy przesta&#322;y w ko&#324;cu ha&#322;asowa&#263; kima&#322;o si&#281; ca&#322;kiem nie&#378;le, aczkolwiek stoczyli&#347;my ma&#322;a batali&#281; z natr&#281;tnymi mr&#243;wkami, a dodatkowo przez ca&#322;&#261; noc s&#322;yszeli&#347;my kakofoniczny koncert pasikonik&#243;w, czy te&#380; innych cykad, a co jaki&#347; czas z parasola li&#347;ci palmowych wisz&#261;cych nad nami spada&#322; na namiot z niez&#322;ym &#322;oskotem owad rozmiar&#243;w ma&#322;ego ptaka. Obudzili&#347;my si&#281; tu&#380; przed &#347;witem i po zwini&#281;ciu obozu, ku uciesze i zdumieniu robotnik&#243;w id&#261;cych do pracy, wynurzyli&#347;my si&#281; spo&#347;r&#243;d palm. Na pobliskiej stacji benzynowej wzi&#281;li&#347;my darmowy prysznic i kupili&#347;my kaw&#281;. Wyszli&#347;my na drog&#281; i ledwo po wypiciu pysznie w tej sytuacji smakuj&#261;cej neski, zatrzymali&#347;my ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#281; jad&#261;c&#261; a&#380; do granicy malezyjskiej. 

Jecha&#322;o si&#281; powoli, ale nieustannie. Komfort te&#380; by&#322; niczego sobie, bo do dyspozycji by&#322;a kanapa z ty&#322;u kabiny, na kt&#243;rej drzemali&#347;my na zmian&#281;. Klimatyzacja dzia&#322;a&#322;a i nast&#281;pne 5 godzin sp&#281;dzili&#347;my komfortowo, gadaj&#261;c na migi o pierdo&#322;ach z kierowc&#261;. Granic&#281; przeszli&#347;my na piechot&#281; nie budz&#261;c wi&#281;kszego zainteresowania ogl&#261;daj&#261;cego w TV kickboxing pogranicznika tajskiego. W sklepie wolnoc&#322;owym zakupili&#347;my po flaszce whisky i czekolad&#281; i tak &#8222;zaopatrzeni&#8221; weszli&#347;my do Malezji. 


Witamy w Malezji (fot.Agnieszka)


Trzymiesi&#281;czn&#261; darmow&#261; wiz&#281; wbito nam do paszportu bez zb&#281;dnych pyta&#324; i absolutnie nikt si&#281; nie zainteresowa&#322; naszymi plecakami. &#379;adnej kontroli nie by&#322;o. W Malezji najpierw wyj&#281;li&#347;my troch&#281; kasy z bankomatu, a potem w niesamowity upa&#322; ruszyli&#347;my w kierunku trasy do Butterworth, zatrzymuj&#261;c po drodze wszystkie przeje&#380;d&#380;aj&#261;ce pojazdy. Daleki nie zaszli&#347;my, bo zatrzyma&#322; si&#281; wypasiony jeep. Kierowca zablokowa&#322; ruch uliczny zatrzymuj&#261;c si&#281; w miejscu, gdzie nie by&#322;o &#380;adnego pobocza. Za&#322;adowali&#347;my si&#281; do &#347;rodka nie bardzo wiedz&#261;c, dok&#261;d jedzie. Kierunek si&#281; mniej wi&#281;cej zgadza&#322;. Po kilku minutach rozmowy okaza&#322;o si&#281;, &#380;e jedzie w&#322;a&#347;nie do Butterworth. Znowu mieli&#347;my wi&#281;c du&#380;o szcz&#281;&#347;cia. Trzy godziny p&#243;&#378;niej Tej, bo tak si&#281; nazywa&#322; nasz nowy malezyjski znajomy, nadk&#322;adaj&#261;c drogi podrzuci&#322; nas na przysta&#324; promow&#261;, sk&#261;d pop&#322;yn&#281;li&#347;my na wysp&#281; Penang, do miasta Georgetown. Na po&#380;egnanie zaprosi&#322; nas do swojego miasta w stanie Johor, nieopodal Malaki. Obiecywa&#322; darmowy nocleg i obwo&#380;enie po okolicznych atrakcjach. By&#322; niesamowicie mi&#322;y i uczynny. Chyba go odwiedzimy, bo do Malaki i tak planowali&#347;my jecha&#263;, a stamt&#261;d trasa do Singapuru wiedzie w&#322;a&#347;nie przez Batu Pahat, gdzie mieszka Tej.

Z przystani w Georgetown pojechali&#347;my miejskim klimatyzowanym autobusem (1.5 ringita) do pobliskiego Air Itam, gdzie mieli&#347;my ju&#380; zawczasu zaklepane spanie u kobiety z HospitalityClub. Air Itam to niby odr&#281;bne miasto, ale dla mnie wygl&#261;da to bardziej jak dzielnica Georgetown. Po drodze ca&#322;y czas s&#261; zabudowania, a i odleg&#322;o&#347;&#263; jest niewielka. Dojazd tam zaj&#261;&#322; nam niespe&#322;na 20 minut. Nasze lokum okaza&#322;o si&#281; by&#263; dwupokojowym mieszkaniem w blokowisku. Cirilla, jego w&#322;a&#347;cicielka, mieszka gdzie&#347; nieopodal w domu wraz z rodzin&#261;, a go&#347;ci z HospitalityClub umieszcza tutaj. Opr&#243;cz nas w mieszkaniu mieszka jeszcze Livi, czyli jej kuzyn, kt&#243;ry pracuje w Georgetown. Ciprilla i Livi pochodz&#261; z Filipin. Ciprilla emigrowa&#322;a do Malezji ju&#380; jaki&#347; czas temu i ma tutaj m&#281;&#380;a i dzieci. Livi przyjecha&#322; do pracy rodzin&#281; pozostawiaj&#261;c w Manilii. Pracuje w filipi&#324;skiej firmie zajmuj&#261;cej si&#281; przesy&#322;aniem paczek i pieni&#281;dzy do Filipin.  

Ciprilla da&#322;a nam klucze do mieszkania i przepraszaj&#261;c za brak czasu posz&#322;a do domu. Za trzy dni leci do Manili, wi&#281;c jest bardzo zaj&#281;ta. Jest to jej pierwsza od 6 lat wizyta, a poniewa&#380; ma spor&#261; rodzin&#281; biega po sklepach i kupuje prezenty. Powiedzia&#322;a, &#380;e mo&#380;emy zosta&#263; tak d&#322;ugo, jak nam si&#281; podoba i czu&#263; si&#281; jak u siebie w domu. Zostali&#347;my sami ciekawie rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; po mieszkaniu, w kt&#243;rym s&#261; trzy pokoje, kuchnia i &#322;azienka. W kuchni nie ma lod&#243;wki i kuchenki, wiec z gotowania nici. Jest za to pralka. Mamy do dyspozycji sw&#243;j pok&#243;j. W drugim mieszka Livi, ale rzadko bywa w domu. Do pracy wychodzi rano, a wraca p&#243;&#378;no w nocy. Dodatkowo cz&#281;sto je&#378;dzi na kilka dni do Kuala Lumpur. Lepiej nam si&#281; trafi&#263; nie mog&#322;o &#8211; chyba troch&#281; tutaj pomieszkamy, zw&#322;aszcza, &#380;e Malezja wydaje nam si&#281; ma&#322;o ciekawa i nie mamy wi&#281;kszych plan&#243;w na jej zwiedzanie, a musimy &#8222;zabi&#263;&#8221; tutaj ze trzy tygodnie, ze wzgl&#281;du na pogod&#281; w Indonezji. Tam wci&#261;&#380; jeszcze trwa monsun..

Livi pojawi&#322; si&#281; w domu p&#243;&#378;nym wieczorem i okaza&#322; si&#281; by&#263; bardzo mi&#322;ym go&#347;ciem. Prze&#322;amali&#347;my przys&#322;owiowe pierwsze lody przy pomocy po&#322;owy jednej z butelek, kt&#243;re przywie&#378;li&#347;my. Livi jest, jak wi&#281;kszo&#347;&#263; Filipi&#324;czyk&#243;w, katolikiem, wi&#281;c za ko&#322;nierz nie wylewa. Rozmawiali&#347;my g&#322;&#243;wnie o jego kraju rodzinnym. Mamy ju&#380; zaproszenie do Manilli, &#380;eby go odwiedzi&#263;, kiedy b&#281;dzie tam na wakacje, czyli w czerwcu. Kto wie, mo&#380;e skorzystamy.
</description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Z Bangkoku do Georgetown, czyli miasta na wyspie Penang w Malezji, jest nieco ponad 1200km. Postanowili&#347;my przeby&#263; je stopem. W&#322;a&#347;ciwie to wyda&#322;o nam si&#281; ca&#322;kowicie normalne, &#380;e nie b&#281;dziemy jecha&#263; autobusem czy te&#380; poci&#261;giem, ale po prostu staniemy na drodze i jako&#347; to b&#281;dzie. Przez ostatni miesi&#261;c ca&#322;y czas tak robili&#347;my. Z Bangkoku wydostali&#347;my si&#281; autobusem do miejscowo&#347;ci Samut Songkhram. Zaj&#281;&#322;o nam to prawie trzy godziny. Potem kilkoma samochodami dostali&#347;my si&#281; do miejsca Hua Hin. Nast&#281;pne 200km przebyli&#347;my ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#261;, kt&#243;ra wlok&#322;a si&#281; niemi&#322;osiernie. W pewnym momencie kierowca zajecha&#322; na parking obok przydro&#380;nej knajpy i zakomunikowa&#322; nam na migi, &#380;e planuje si&#281; teraz dwie godziny zdrzemn&#261;&#263;. Chocia&#380; spa&#263; nam si&#281; r&#243;wnie&#380; niemi&#322;osiernie chcia&#322;o, w najwi&#281;kszy upa&#322;, czyli oko&#322;o godziny drugiej po po&#322;udniu, stan&#281;li&#347;my znowu na rozgrzanym asfalcie i wystawili&#347;my r&#281;k&#281; w b&#322;agalnym prawie ge&#347;cie. Jak zwykle w Tajlandii d&#322;ugo nie musieli&#347;my czeka&#263;, chocia&#380; w tym miejscu samochody jecha&#322;y z pr&#281;dko&#347;ci&#261; ponad 120 km/h i naprawd&#281; nie by&#322; to idealny punkt do zatrzymywania stopa. Na pace pickupa przebyli&#347;my kolejne 200 km i kiedy wysieli&#347;my na rozdro&#380;u dr&#243;g pora by&#322;a ju&#380; dosy&#263; p&#243;&#378;na i zaczyna&#322;o si&#281; zmierzcha&#263;. Zatrzymali&#347;my jeszcze dwa samochody, z kt&#243;rych jeden jecha&#322; w naszym kierunku, ale intuicja podpowiedzia&#322;a nam, &#380;eby z tymi kolesiami jednak nie jecha&#263;. Czasem warto sobie odpu&#347;ci&#263; widz&#261;c kaprawe mordy i zlepione potem k&#322;aki go&#347;ci, kt&#243;rzy cwaniackim tekstem pytaj&#261; si&#281; gdzie nas zawie&#347;&#263;. Ot&#243;&#380; panowie nigdzie nie mog&#261; nas zawie&#347;&#263;. Wybieramy stanie na drodze. Potem zatrzyma&#322;a si&#281; para ludzi stanowi&#261;ca ca&#322;kowite przeciwie&#324;stwo owych lump&#243;w i zaoferowa&#322;a nam nocleg w swoim domu. Grzecznie, jakkolwiek z ci&#281;&#380;kim sercem,  odm&#243;wili&#347;my wybieraj&#261;c duszne wn&#281;trze naszego namiotu, bo mieszkali oni w wiosce znacznie oddalonej od trasy, co oznacza&#322;o, &#380;e rano raczej by&#347;my si&#281; na niej nie znale&#378;li. Kolejny jednak raz wielkie brawa dla tajskiej go&#347;cinno&#347;ci. Tak czy inaczej wykonali&#347;my mniej wi&#281;cej plan, czyli pokonali&#347;my ponad 700km.</p>

<p>Namiocik rozbili&#347;my sobie w&#347;r&#243;d palm nieopodal jakiego&#347; wielkiego zak&#322;adu pracy, do kt&#243;rego przez d&#322;ugi czas po zmroku zaje&#380;d&#380;a&#322;y wyj&#261;ce pot&#281;pie&#324;czo silnikami, i uniemo&#380;liwiaj&#261;ce nam przez to spanie, ci&#281;&#380;ar&#243;wki. Kiedy przesta&#322;y w ko&#324;cu ha&#322;asowa&#263; kima&#322;o si&#281; ca&#322;kiem nie&#378;le, aczkolwiek stoczyli&#347;my ma&#322;a batali&#281; z natr&#281;tnymi mr&#243;wkami, a dodatkowo przez ca&#322;&#261; noc s&#322;yszeli&#347;my kakofoniczny koncert pasikonik&#243;w, czy te&#380; innych cykad, a co jaki&#347; czas z parasola li&#347;ci palmowych wisz&#261;cych nad nami spada&#322; na namiot z niez&#322;ym &#322;oskotem owad rozmiar&#243;w ma&#322;ego ptaka. Obudzili&#347;my si&#281; tu&#380; przed &#347;witem i po zwini&#281;ciu obozu, ku uciesze i zdumieniu robotnik&#243;w id&#261;cych do pracy, wynurzyli&#347;my si&#281; spo&#347;r&#243;d palm. Na pobliskiej stacji benzynowej wzi&#281;li&#347;my darmowy prysznic i kupili&#347;my kaw&#281;. Wyszli&#347;my na drog&#281; i ledwo po wypiciu pysznie w tej sytuacji smakuj&#261;cej neski, zatrzymali&#347;my ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#281; jad&#261;c&#261; a&#380; do granicy malezyjskiej. </p>

<p>Jecha&#322;o si&#281; powoli, ale nieustannie. Komfort te&#380; by&#322; niczego sobie, bo do dyspozycji by&#322;a kanapa z ty&#322;u kabiny, na kt&#243;rej drzemali&#347;my na zmian&#281;. Klimatyzacja dzia&#322;a&#322;a i nast&#281;pne 5 godzin sp&#281;dzili&#347;my komfortowo, gadaj&#261;c na migi o pierdo&#322;ach z kierowc&#261;. Granic&#281; przeszli&#347;my na piechot&#281; nie budz&#261;c wi&#281;kszego zainteresowania ogl&#261;daj&#261;cego w TV kickboxing pogranicznika tajskiego. W sklepie wolnoc&#322;owym zakupili&#347;my po flaszce whisky i czekolad&#281; i tak &#8222;zaopatrzeni&#8221; weszli&#347;my do Malezji. </p>

<p><br /><center><img src="http://burlinski.com/newblog/pictures/malezja_granica.JPG
"/><br /><br />
Witamy w Malezji (fot.Agnieszka)<br />
</center><br /></p>

<p>Trzymiesi&#281;czn&#261; darmow&#261; wiz&#281; wbito nam do paszportu bez zb&#281;dnych pyta&#324; i absolutnie nikt si&#281; nie zainteresowa&#322; naszymi plecakami. &#379;adnej kontroli nie by&#322;o. W Malezji najpierw wyj&#281;li&#347;my troch&#281; kasy z bankomatu, a potem w niesamowity upa&#322; ruszyli&#347;my w kierunku trasy do Butterworth, zatrzymuj&#261;c po drodze wszystkie przeje&#380;d&#380;aj&#261;ce pojazdy. Daleki nie zaszli&#347;my, bo zatrzyma&#322; si&#281; wypasiony jeep. Kierowca zablokowa&#322; ruch uliczny zatrzymuj&#261;c si&#281; w miejscu, gdzie nie by&#322;o &#380;adnego pobocza. Za&#322;adowali&#347;my si&#281; do &#347;rodka nie bardzo wiedz&#261;c, dok&#261;d jedzie. Kierunek si&#281; mniej wi&#281;cej zgadza&#322;. Po kilku minutach rozmowy okaza&#322;o si&#281;, &#380;e jedzie w&#322;a&#347;nie do Butterworth. Znowu mieli&#347;my wi&#281;c du&#380;o szcz&#281;&#347;cia. Trzy godziny p&#243;&#378;niej Tej, bo tak si&#281; nazywa&#322; nasz nowy malezyjski znajomy, nadk&#322;adaj&#261;c drogi podrzuci&#322; nas na przysta&#324; promow&#261;, sk&#261;d pop&#322;yn&#281;li&#347;my na wysp&#281; Penang, do miasta Georgetown. Na po&#380;egnanie zaprosi&#322; nas do swojego miasta w stanie Johor, nieopodal Malaki. Obiecywa&#322; darmowy nocleg i obwo&#380;enie po okolicznych atrakcjach. By&#322; niesamowicie mi&#322;y i uczynny. Chyba go odwiedzimy, bo do Malaki i tak planowali&#347;my jecha&#263;, a stamt&#261;d trasa do Singapuru wiedzie w&#322;a&#347;nie przez Batu Pahat, gdzie mieszka Tej.</p>

<p>Z przystani w Georgetown pojechali&#347;my miejskim klimatyzowanym autobusem (1.5 ringita) do pobliskiego Air Itam, gdzie mieli&#347;my ju&#380; zawczasu zaklepane spanie u kobiety z HospitalityClub. Air Itam to niby odr&#281;bne miasto, ale dla mnie wygl&#261;da to bardziej jak dzielnica Georgetown. Po drodze ca&#322;y czas s&#261; zabudowania, a i odleg&#322;o&#347;&#263; jest niewielka. Dojazd tam zaj&#261;&#322; nam niespe&#322;na 20 minut. Nasze lokum okaza&#322;o si&#281; by&#263; dwupokojowym mieszkaniem w blokowisku. Cirilla, jego w&#322;a&#347;cicielka, mieszka gdzie&#347; nieopodal w domu wraz z rodzin&#261;, a go&#347;ci z HospitalityClub umieszcza tutaj. Opr&#243;cz nas w mieszkaniu mieszka jeszcze Livi, czyli jej kuzyn, kt&#243;ry pracuje w Georgetown. Ciprilla i Livi pochodz&#261; z Filipin. Ciprilla emigrowa&#322;a do Malezji ju&#380; jaki&#347; czas temu i ma tutaj m&#281;&#380;a i dzieci. Livi przyjecha&#322; do pracy rodzin&#281; pozostawiaj&#261;c w Manilii. Pracuje w filipi&#324;skiej firmie zajmuj&#261;cej si&#281; przesy&#322;aniem paczek i pieni&#281;dzy do Filipin.  </p>

<p>Ciprilla da&#322;a nam klucze do mieszkania i przepraszaj&#261;c za brak czasu posz&#322;a do domu. Za trzy dni leci do Manili, wi&#281;c jest bardzo zaj&#281;ta. Jest to jej pierwsza od 6 lat wizyta, a poniewa&#380; ma spor&#261; rodzin&#281; biega po sklepach i kupuje prezenty. Powiedzia&#322;a, &#380;e mo&#380;emy zosta&#263; tak d&#322;ugo, jak nam si&#281; podoba i czu&#263; si&#281; jak u siebie w domu. Zostali&#347;my sami ciekawie rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; po mieszkaniu, w kt&#243;rym s&#261; trzy pokoje, kuchnia i &#322;azienka. W kuchni nie ma lod&#243;wki i kuchenki, wiec z gotowania nici. Jest za to pralka. Mamy do dyspozycji sw&#243;j pok&#243;j. W drugim mieszka Livi, ale rzadko bywa w domu. Do pracy wychodzi rano, a wraca p&#243;&#378;no w nocy. Dodatkowo cz&#281;sto je&#378;dzi na kilka dni do Kuala Lumpur. Lepiej nam si&#281; trafi&#263; nie mog&#322;o &#8211; chyba troch&#281; tutaj pomieszkamy, zw&#322;aszcza, &#380;e Malezja wydaje nam si&#281; ma&#322;o ciekawa i nie mamy wi&#281;kszych plan&#243;w na jej zwiedzanie, a musimy &#8222;zabi&#263;&#8221; tutaj ze trzy tygodnie, ze wzgl&#281;du na pogod&#281; w Indonezji. Tam wci&#261;&#380; jeszcze trwa monsun..</p>

<p>Livi pojawi&#322; si&#281; w domu p&#243;&#378;nym wieczorem i okaza&#322; si&#281; by&#263; bardzo mi&#322;ym go&#347;ciem. Prze&#322;amali&#347;my przys&#322;owiowe pierwsze lody przy pomocy po&#322;owy jednej z butelek, kt&#243;re przywie&#378;li&#347;my. Livi jest, jak wi&#281;kszo&#347;&#263; Filipi&#324;czyk&#243;w, katolikiem, wi&#281;c za ko&#322;nierz nie wylewa. Rozmawiali&#347;my g&#322;&#243;wnie o jego kraju rodzinnym. Mamy ju&#380; zaproszenie do Manilli, &#380;eby go odwiedzi&#263;, kiedy b&#281;dzie tam na wakacje, czyli w czerwcu. Kto wie, mo&#380;e skorzystamy.</p>
]]></content:encoded>
		</item>

		
		<item rdf:about="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=5_8_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1">
			<title>5 - 8 Marca 2007</title>
			<link>http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=5_8_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1</link>
			<dc:date>2007-03-06T05:44:30Z</dc:date>
			<dc:creator>burlinski</dc:creator>
			<dc:subject>Tajlandia</dc:subject>
			<description>Bangkok w&#322;a&#347;ciwie wcale si&#281; Bangkokiem nie nazywa. Pe&#322;na nazwa tego miasta w oryginale brzmi: &#8222;Krungthep Mahanakhon Amonrattanakosin Mahintharayutthaya Mahadilokphop Noppharatratchathani Burirom-udomratchaniwet Mahasathan Amonphiman Awatansathit Sakkathattiya Witsanu Kamprasit&#8221;. W t&#322;umaczeniu oznacza to mniej wi&#281;cej: &#8222;miasto anio&#322;&#243;w, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspania&#322;a stolica &#347;wiata wspomaganego przez dziewi&#281;&#263; pi&#281;knych skarb&#243;w, miasto szcz&#281;&#347;liwe, obfituj&#261;ce w ogromny Pa&#322;ac Kr&#243;lewski, kt&#243;ry przypomina niebia&#324;skie miejsce gdzie rz&#261;dzi zreinkarnowany b&#243;g, to miasto dane przez Indr&#281;, zbudowane przez Wisznu&#8221;. T&#261; najd&#322;u&#380;sz&#261; geograficzn&#261; nazw&#281; na &#347;wiecie nada&#322; miastu w dniu swojej koronacji w 1782 roku kr&#243;l Rama I. Cho&#263; nie mo&#380;na jej odm&#243;wi&#263; oryginalno&#347;ci, praktyczne u&#380;ywanie raczej mo&#380;liwe nie jest. Tajowie ograniczaj&#261; si&#281; wi&#281;c do pierwszego jej cz&#322;onu, Khrung Thep. Obcokrajowcy natomiast z niewiadomych powod&#243;w przyj&#281;li nazw&#281; pochodz&#261;c&#261; od pobliskiej nadrzecznej wioski zwanej Bang Makok. Z techniczego punktu widzenia nazwa ta odnosi si&#281; tylko do starej nadrzecznej cz&#281;&#347;ci miasta, zwanej teraz Thonburi, ale cudzoziemcy wci&#261;&#380; u&#380;ywaj&#261; jej na okre&#347;lenie ca&#322;ego miasta. W Bangkoku, albo je&#347;li kto&#347; woli Khrung Thep, nie by&#322;o kiedy&#347; prawie w og&#243;le ulic. Ich funkcj&#281; pe&#322;ni&#322;y liczne kana&#322;y. Swego czasu miasto to znane by&#322;o w &#347;wiecie jako Wenecja Wschodu. W drugiej po&#322;owie XX wieku na skutek bardzo dynamicznego rozwoju miasta zacz&#281;to zasypywa&#263; kana&#322;y tworz&#261;c w ich miejsce szerokie arterie komunikacyjne. Miasto zmieni&#322;o diametralnie sw&#243;j charakter, chocia&#380; do dzisiaj transport rzeczny jest jednym z szybszych sposob&#243;w przemieszczanie si&#281; po metropolii. Odbywa on si&#281; teraz jednak g&#322;&#243;wnie na rzece Chao Praya, kt&#243;ra przep&#322;ywa przez miasto i nielicznych pozostaj&#261;cych w u&#380;yciu kana&#322;ach. 

Zwiedzanie miasta rozpocz&#281;li&#347;my od wizyty w polskiej ambasadzie. Ko&#324;cz&#261; nam si&#281; powoli wolne strony w paszportach i wkr&#243;tce nie b&#281;dzie ju&#380; miejsca na nowe wizy i piecz&#261;tki wjazdowe. Te starsze polskie paszporty, jakie mamy nie maj&#261; po prostu wystarczaj&#261;cej ilo&#347;ci stron na objechanie &#347;wiata doko&#322;a. W ambasadzie nic nie wsk&#243;rali&#347;my, bo by&#322;a zamkni&#281;ta. Znajduje si&#281; ona na kt&#243;rym&#347; tam pi&#281;trze w sporym biurowcu. Na drzwiach wisia&#322;a kartka informuj&#261;ca, &#380;e w poniedzia&#322;ek ambasada b&#281;dzie zamkni&#281;ta, bo jest to w Polsce &#347;wi&#281;to i dzie&#324; wolny od pracy. Tylko, &#380;e my pojawili&#347;my si&#281; tam w pi&#261;tek. Po kilku minutach gor&#261;czkowego dzwonienia usiedli&#347;my zrezygnowani w klimatyzowanym korytarzu zastanawiaj&#261;c si&#281;, co zrobi&#263; z reszt&#261; dnia. Po chwili us&#322;yszeli&#347;my g&#322;os z interkomu: &#8222;D&#322;ugo Pa&#324;stwo czekacie?&#8221;. Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e to ochroniarz z ambasady m&#243;wi do nas przez interkom. Na nasze pytanie, dlaczego ambasada jest zamkni&#281;ta odpowiedzia&#322;, &#380;e &#8222;oni to ju&#380; powariowali tutaj, i nawet buddyjskie &#347;wi&#281;ta obchodz&#261;&#8221;. Potem wda&#322; si&#281; w rozmow&#281; z nami &#8211; wci&#261;&#380; przez interkom, i opowiedzia&#322; jak to leniwie up&#322;ywa &#380;ycie pana konsula i reszty ekipy z ambasady. W pewnym momencie z nadziej&#261; w g&#322;osie zacz&#261;&#322; si&#281; dopytywa&#263;, czy mamy mo&#380;e jaki&#347; pilny interes, bo je&#380;eli tak to on &#8222;z przyjemno&#347;ci&#261; zak&#322;&#243;ci im spok&#243;j&#8221;. Potem w ramach podsumowania powiedzia&#322; mi, &#380;e &#8222;chcia&#322;by pan mie&#263; tak&#261; prac&#281; za takie pieni&#261;dze&#8221;. Zabawne to by&#322;o w sumie. Informacji na temat paszport&#243;w zasi&#281;gn&#281;li&#347;my nast&#281;pnego dnia przez telefon. Okazuje si&#281;, &#380;e mo&#380;emy dosta&#263; tymczasowe, ale wa&#380;ne na rok. Efektywnie oznacza to w Azji, &#380;e dobre na p&#243;&#322; roku, bo &#380;aden kraj nie wystawi wizy na paszport wa&#380;ny kr&#243;cej ni&#380; 6 miesi&#281;cy. Potem mo&#380;na podobno dosta&#263; kolejny taki paszport tymczasowy, ale tym razem jest to ju&#380; ca&#322;kowicie w gestii konsula i uzale&#380;nione jest od jego interpretacji niejasnych w tym przypadku przepis&#243;w. Dlaczego przepisy s&#261; niejasne, i czy tak trudno by by&#322;o je u&#347;ci&#347;li&#263;, mi&#322;a pani z kt&#243;ra rozmawia&#322;em powiedzie&#263; ju&#380; nie umia&#322;a. Op&#322;ata za paszport tymczasowy wynosi 46 USD.


Wat Mangkon Kamalawat (fot.Agnieszka)


Wzorem naszych dyplomat&#243;w postanowili&#347;my te&#380; po&#347;wi&#281;towa&#263; z Buddystami. Pojechali&#347;my do Chinatown, gdzie kr&#281;c&#261;c si&#281; po bazarach i gubi&#261;c w przer&#243;&#380;nych uliczkach dotarli&#347;my do &#347;wi&#261;tyni Wat Mangkon Kamalawat. Jest to chyba najwi&#281;ksza &#347;wi&#261;tynia chi&#324;skich buddyst&#243;w w Bangkoku. Faktycznie akurat trwa&#322;y tam obchody jakiego&#347; &#347;wi&#281;ta, ale nikt nie potrafi&#322; nam wyt&#322;umaczy&#263; jakiego. Wewn&#261;trz by&#322;o mn&#243;stwo ludzi. Ka&#380;dy z nich przynosi&#322; ofiary, czyli r&#243;&#380;nego rodzaju jedzenie, g&#322;&#243;wnie owoce, i obowi&#261;zkowo butelk&#281; oleju ro&#347;linnego. Sk&#322;adano je na o&#322;tarzach przed pos&#261;&#380;kami b&#243;stw &#8211; r&#243;&#380;nych wciele&#324; Buddy. Zapalano r&#243;wnie&#380; kadzide&#322;ka ofiarne. By&#322;o ich tak wiele, &#380;e ca&#322;&#261; &#347;wi&#261;tyni&#281; wype&#322;nia&#322; aromatyczny, ale jednak gryz&#261;cy w oczy dym.

Cz&#281;&#347;ci&#261; rytua&#322;u modlitewnego jest wr&#243;&#380;enie. Ludzie modlili si&#281; trzymaj&#261;c w r&#281;kach naczynia wype&#322;nione bambusowymi patyczkami, na kt&#243;rych wypisane by&#322;y wr&#243;&#380;by. Pod koniec modlitwy potrz&#261;sali nimi na tyle energicznie, &#380;e jeden z patyczk&#243;w wypada&#322;. W labiryncie pomieszcze&#324; &#347;wi&#261;tynnych siedzieli mnisi, kt&#243;rzy interpretowali owe przepowiednie. Celebracja zaczyna&#322;a si&#281; ju&#380; przed wej&#347;ciem do &#347;wi&#261;tyni, gdzie na placu porozmieszczali swoje kramy sprzedawcy owoc&#243;w ofiarnych, kadzide&#322;ek innych religijnych parafernali&#243;w. Tam r&#243;wnie&#380; p&#322;on&#281;&#322;y znicze w formie kadzide&#322;ek i dymi&#322;o si&#281; nie&#378;le. 


Wat Mangkon Kamalawat (fot.Agnieszka)


Reszty naszych przyg&#243;d w Bangkoku nie opisz&#281; ju&#380; raczej, bo znowu nie pisa&#322;em na bie&#380;&#261;co. Odtwarzanie z przesz&#322;o&#347;ci jako&#347; mi nie idzie. Powt&#243;rz&#281; tylko, &#380;e Bangkok to super miasto i warto jest mu po&#347;wi&#281;ci&#263; kilka dni, a zdecydowanie trzeba wyrwa&#263; si&#281; z turystycznego getta, jakim jest Khao San i okolice.
</description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Bangkok w&#322;a&#347;ciwie wcale si&#281; Bangkokiem nie nazywa. Pe&#322;na nazwa tego miasta w oryginale brzmi: &#8222;Krungthep Mahanakhon Amonrattanakosin Mahintharayutthaya Mahadilokphop Noppharatratchathani Burirom-udomratchaniwet Mahasathan Amonphiman Awatansathit Sakkathattiya Witsanu Kamprasit&#8221;. W t&#322;umaczeniu oznacza to mniej wi&#281;cej: &#8222;miasto anio&#322;&#243;w, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspania&#322;a stolica &#347;wiata wspomaganego przez dziewi&#281;&#263; pi&#281;knych skarb&#243;w, miasto szcz&#281;&#347;liwe, obfituj&#261;ce w ogromny Pa&#322;ac Kr&#243;lewski, kt&#243;ry przypomina niebia&#324;skie miejsce gdzie rz&#261;dzi zreinkarnowany b&#243;g, to miasto dane przez Indr&#281;, zbudowane przez Wisznu&#8221;. T&#261; najd&#322;u&#380;sz&#261; geograficzn&#261; nazw&#281; na &#347;wiecie nada&#322; miastu w dniu swojej koronacji w 1782 roku kr&#243;l Rama I. Cho&#263; nie mo&#380;na jej odm&#243;wi&#263; oryginalno&#347;ci, praktyczne u&#380;ywanie raczej mo&#380;liwe nie jest. Tajowie ograniczaj&#261; si&#281; wi&#281;c do pierwszego jej cz&#322;onu, Khrung Thep. Obcokrajowcy natomiast z niewiadomych powod&#243;w przyj&#281;li nazw&#281; pochodz&#261;c&#261; od pobliskiej nadrzecznej wioski zwanej Bang Makok. Z techniczego punktu widzenia nazwa ta odnosi si&#281; tylko do starej nadrzecznej cz&#281;&#347;ci miasta, zwanej teraz Thonburi, ale cudzoziemcy wci&#261;&#380; u&#380;ywaj&#261; jej na okre&#347;lenie ca&#322;ego miasta. W Bangkoku, albo je&#347;li kto&#347; woli Khrung Thep, nie by&#322;o kiedy&#347; prawie w og&#243;le ulic. Ich funkcj&#281; pe&#322;ni&#322;y liczne kana&#322;y. Swego czasu miasto to znane by&#322;o w &#347;wiecie jako Wenecja Wschodu. W drugiej po&#322;owie XX wieku na skutek bardzo dynamicznego rozwoju miasta zacz&#281;to zasypywa&#263; kana&#322;y tworz&#261;c w ich miejsce szerokie arterie komunikacyjne. Miasto zmieni&#322;o diametralnie sw&#243;j charakter, chocia&#380; do dzisiaj transport rzeczny jest jednym z szybszych sposob&#243;w przemieszczanie si&#281; po metropolii. Odbywa on si&#281; teraz jednak g&#322;&#243;wnie na rzece Chao Praya, kt&#243;ra przep&#322;ywa przez miasto i nielicznych pozostaj&#261;cych w u&#380;yciu kana&#322;ach. </p>

<p>Zwiedzanie miasta rozpocz&#281;li&#347;my od wizyty w polskiej ambasadzie. Ko&#324;cz&#261; nam si&#281; powoli wolne strony w paszportach i wkr&#243;tce nie b&#281;dzie ju&#380; miejsca na nowe wizy i piecz&#261;tki wjazdowe. Te starsze polskie paszporty, jakie mamy nie maj&#261; po prostu wystarczaj&#261;cej ilo&#347;ci stron na objechanie &#347;wiata doko&#322;a. W ambasadzie nic nie wsk&#243;rali&#347;my, bo by&#322;a zamkni&#281;ta. Znajduje si&#281; ona na kt&#243;rym&#347; tam pi&#281;trze w sporym biurowcu. Na drzwiach wisia&#322;a kartka informuj&#261;ca, &#380;e w poniedzia&#322;ek ambasada b&#281;dzie zamkni&#281;ta, bo jest to w Polsce &#347;wi&#281;to i dzie&#324; wolny od pracy. Tylko, &#380;e my pojawili&#347;my si&#281; tam w pi&#261;tek. Po kilku minutach gor&#261;czkowego dzwonienia usiedli&#347;my zrezygnowani w klimatyzowanym korytarzu zastanawiaj&#261;c si&#281;, co zrobi&#263; z reszt&#261; dnia. Po chwili us&#322;yszeli&#347;my g&#322;os z interkomu: &#8222;D&#322;ugo Pa&#324;stwo czekacie?&#8221;. Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e to ochroniarz z ambasady m&#243;wi do nas przez interkom. Na nasze pytanie, dlaczego ambasada jest zamkni&#281;ta odpowiedzia&#322;, &#380;e &#8222;oni to ju&#380; powariowali tutaj, i nawet buddyjskie &#347;wi&#281;ta obchodz&#261;&#8221;. Potem wda&#322; si&#281; w rozmow&#281; z nami &#8211; wci&#261;&#380; przez interkom, i opowiedzia&#322; jak to leniwie up&#322;ywa &#380;ycie pana konsula i reszty ekipy z ambasady. W pewnym momencie z nadziej&#261; w g&#322;osie zacz&#261;&#322; si&#281; dopytywa&#263;, czy mamy mo&#380;e jaki&#347; pilny interes, bo je&#380;eli tak to on &#8222;z przyjemno&#347;ci&#261; zak&#322;&#243;ci im spok&#243;j&#8221;. Potem w ramach podsumowania powiedzia&#322; mi, &#380;e &#8222;chcia&#322;by pan mie&#263; tak&#261; prac&#281; za takie pieni&#261;dze&#8221;. Zabawne to by&#322;o w sumie. Informacji na temat paszport&#243;w zasi&#281;gn&#281;li&#347;my nast&#281;pnego dnia przez telefon. Okazuje si&#281;, &#380;e mo&#380;emy dosta&#263; tymczasowe, ale wa&#380;ne na rok. Efektywnie oznacza to w Azji, &#380;e dobre na p&#243;&#322; roku, bo &#380;aden kraj nie wystawi wizy na paszport wa&#380;ny kr&#243;cej ni&#380; 6 miesi&#281;cy. Potem mo&#380;na podobno dosta&#263; kolejny taki paszport tymczasowy, ale tym razem jest to ju&#380; ca&#322;kowicie w gestii konsula i uzale&#380;nione jest od jego interpretacji niejasnych w tym przypadku przepis&#243;w. Dlaczego przepisy s&#261; niejasne, i czy tak trudno by by&#322;o je u&#347;ci&#347;li&#263;, mi&#322;a pani z kt&#243;ra rozmawia&#322;em powiedzie&#263; ju&#380; nie umia&#322;a. Op&#322;ata za paszport tymczasowy wynosi 46 USD.</p>

<p><br /><center><img src="http://burlinski.com/newblog/pictures/taj_bangkok_mangkon.JPG "/><br /><br />
Wat Mangkon Kamalawat (fot.Agnieszka)<br />
</center><br /></p>

<p>Wzorem naszych dyplomat&#243;w postanowili&#347;my te&#380; po&#347;wi&#281;towa&#263; z Buddystami. Pojechali&#347;my do Chinatown, gdzie kr&#281;c&#261;c si&#281; po bazarach i gubi&#261;c w przer&#243;&#380;nych uliczkach dotarli&#347;my do &#347;wi&#261;tyni Wat Mangkon Kamalawat. Jest to chyba najwi&#281;ksza &#347;wi&#261;tynia chi&#324;skich buddyst&#243;w w Bangkoku. Faktycznie akurat trwa&#322;y tam obchody jakiego&#347; &#347;wi&#281;ta, ale nikt nie potrafi&#322; nam wyt&#322;umaczy&#263; jakiego. Wewn&#261;trz by&#322;o mn&#243;stwo ludzi. Ka&#380;dy z nich przynosi&#322; ofiary, czyli r&#243;&#380;nego rodzaju jedzenie, g&#322;&#243;wnie owoce, i obowi&#261;zkowo butelk&#281; oleju ro&#347;linnego. Sk&#322;adano je na o&#322;tarzach przed pos&#261;&#380;kami b&#243;stw &#8211; r&#243;&#380;nych wciele&#324; Buddy. Zapalano r&#243;wnie&#380; kadzide&#322;ka ofiarne. By&#322;o ich tak wiele, &#380;e ca&#322;&#261; &#347;wi&#261;tyni&#281; wype&#322;nia&#322; aromatyczny, ale jednak gryz&#261;cy w oczy dym.</p>

<p>Cz&#281;&#347;ci&#261; rytua&#322;u modlitewnego jest wr&#243;&#380;enie. Ludzie modlili si&#281; trzymaj&#261;c w r&#281;kach naczynia wype&#322;nione bambusowymi patyczkami, na kt&#243;rych wypisane by&#322;y wr&#243;&#380;by. Pod koniec modlitwy potrz&#261;sali nimi na tyle energicznie, &#380;e jeden z patyczk&#243;w wypada&#322;. W labiryncie pomieszcze&#324; &#347;wi&#261;tynnych siedzieli mnisi, kt&#243;rzy interpretowali owe przepowiednie. Celebracja zaczyna&#322;a si&#281; ju&#380; przed wej&#347;ciem do &#347;wi&#261;tyni, gdzie na placu porozmieszczali swoje kramy sprzedawcy owoc&#243;w ofiarnych, kadzide&#322;ek innych religijnych parafernali&#243;w. Tam r&#243;wnie&#380; p&#322;on&#281;&#322;y znicze w formie kadzide&#322;ek i dymi&#322;o si&#281; nie&#378;le. </p>

<p><br /><center><img src="http://burlinski.com/newblog/pictures/taj_bangkok_mangkon1.JPG"/><br /><br />
Wat Mangkon Kamalawat (fot.Agnieszka)<br />
</center><br /></p>

<p>Reszty naszych przyg&#243;d w Bangkoku nie opisz&#281; ju&#380; raczej, bo znowu nie pisa&#322;em na bie&#380;&#261;co. Odtwarzanie z przesz&#322;o&#347;ci jako&#347; mi nie idzie. Powt&#243;rz&#281; tylko, &#380;e Bangkok to super miasto i warto jest mu po&#347;wi&#281;ci&#263; kilka dni, a zdecydowanie trzeba wyrwa&#263; si&#281; z turystycznego getta, jakim jest Khao San i okolice.</p>
]]></content:encoded>
		</item>

		
		<item rdf:about="http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=4_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1">
			<title>4 Marca 2007</title>
			<link>http://burlinski.com/newblog/index.php?blog=5&amp;title=4_marca_2007&amp;more=1&amp;c=1&amp;tb=1&amp;pb=1</link>
			<dc:date>2007-03-05T01:01:05Z</dc:date>
			<dc:creator>burlinski</dc:creator>
			<dc:subject>Tajlandia</dc:subject>
			<description>Bardzo wcze&#347;nie, jeszcze przed &#347;witem, stan&#281;li&#347;my na drodze. Planowali&#347;my dosta&#263; si&#281; jeszcze tego samego dnia do Bangkoku. Do przebycia by&#322;o ponad 800km. Najpierw kilkoma samochodami dotarli&#347;my do Lampang. Tutaj autostopowi bogowie si&#281; do nas szeroko u&#347;miechn&#281;li. Samoch&#243;d zatrzyma&#322; nas. Mijali&#347;my akurat stacj&#281; benzynow&#261; id&#261; w kierunku wylot&#243;wki, kiedy spostrzegli&#347;my m&#322;odego m&#281;&#380;czyzn&#281; machaj&#261;cego do nas z pickupa. Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e widzia&#322; on jak usi&#322;ujemy id&#261;c co&#347; zatrzyma&#263;, i postanowi&#322; nas zabra&#263;. Jecha&#322; do prosto Bangkoku! 

Nast&#281;pne 6 godzin sp&#281;dzili&#347;my komfortowo roz&#322;o&#380;eni na pace samochodu, drzemi&#261;c i chowaj&#261;c si&#281; przed niezbyt tego dnia ostrym s&#322;o&#324;cem. O wi&#281;kszym szcz&#281;&#347;ciu nie mogli&#347;my nawet marzy&#263;. Wysiedli&#347;my w centrum Bangkoku, sk&#261;d najpierw metrem, a potem SkyTrainem dotarli&#347;my do naszego lokum. Tym razem znale&#378;li&#347;my mieszkanie u Paula, r&#243;wnie&#380; przez HospitalityClub. Adres okaza&#322; si&#281; by&#263; pierwszorz&#281;dny &#8211; Soi Nana, boczna Sukhumvit, bardzo blisko centrum. Jest to okolica, gdzie znajduje si&#281; troch&#281; hoteli o standardzie sporo wy&#380;szym ni&#380; te w okolicach Khao San Road. W wi&#281;kszo&#347;ci jednak mieszkaj&#261;cy tutaj biali przebywaj&#261; w Tajlandii znacznie d&#322;u&#380;ej i wynajmuj&#261; mieszkania w okolicznych apartamentowcach. Paul mieszka&#322; w&#322;a&#347;nie w takim wypasionym budynku funkcjonuj&#261;cym cz&#281;&#347;ciowi jako hotel, z apartamentami do wynaj&#281;cia na kilka dni, lub d&#322;ugoterminowo. Mi&#322;o zaskoczy&#322; nas wysoki standard budynku. Centralna klimatyzacja to dar od niebios w dusznym i wilgotnym marcowym Bangkoku. Opr&#243;cz tego do dyspozycji mieli&#347;my basen znajduj&#261;cy si&#281; na &#243;smym pi&#281;trze z niez&#322;ymi widokami na miasto, si&#322;ownie, saun&#281;, korty do badmintona, i bezprzewodowy internet. Nie&#378;le, jak na budget travelling :)

Paul jest typow&#261; postaci&#261;, jak&#261; mo&#380;na spotka&#263; w Bangkoku. W m&#322;odo&#347;ci by&#322; &#380;o&#322;nierzem w brytyjskiej marynarce wojennej. W wieku 50 lat przeszed&#322; na emerytur&#281; i po okresie podr&#243;&#380;owania po &#347;wiecie i mieszkania w r&#243;&#380;nych jego zak&#261;tkach osiad&#322; w Tajlandii, gdzie &#380;yje z wojskowej emerytury i prowadzi drobne interesy. Mieszka w Bangkoku wraz z m&#322;odsz&#261; od niego o 20 lat Tajk&#261;, kt&#243;r&#261; pozna&#322; przebywaj&#261;c w jakiej&#347; wiosce nieopodal Bangkoku. Nie m&#243;wi&#322;a on w og&#243;le po angielsku, ale jako&#347; uda&#322;o im si&#281; nawi&#261;za&#263; kontakt przez wsp&#243;ln&#261; znajom&#261;. Po pewnym czasie Lek, bo tak ma ona na imi&#281;, przeprowadzi&#322;a si&#281; do jego apartamentu w Bangkoku, gdzie mieszkaj&#261; razem ju&#380; od prawie roku. Paul pomaga jej w utrzymaniu tr&#243;jki dzieci z poprzedniego jej ma&#322;&#380;e&#324;stwa z Tajem, aczkolwiek nie mieszkaj&#261; z jej dzie&#263;mi. Dwoje z nich wychowuje si&#281; u babci, a jedno jest pod opieka ojca. W mi&#281;dzyczasie Lek nauczy&#322;a si&#281; m&#243;wi&#263; nieco po angielsku, g&#322;&#243;wnie dzi&#281;ki codziennemu obcowaniu z Paulem, a tak&#380;e na kursach j&#281;zykowych, na kt&#243;re on j&#261; wysy&#322;a. Paul &#380;artowa&#322;, &#380;e nauczy&#322;a si&#281; ju&#380; tyle, &#380;e wi&#281;cej nie potrzeba. Uk&#322;ad taki jest bardzo w Tajlandii popularny, aczkolwiek Paul nie jest chyba do ko&#324;ca typowym przedstawicielem bia&#322;ych m&#281;&#380;czyzn &#380;yj&#261;cych w Tajlandii. Jest bardzo &#347;wiadom tego, jaki jest stan rzeczy w jego zwi&#261;zku. Nie jest to do ko&#324;ca, tak przejrzyste, jak na pierwszy rzut oka mo&#380;e si&#281; wydawa&#263;. Pomi&#281;dzy nimi istnieje chyba mi&#322;o&#347;&#263;, cho&#263; na pewno dla Lek jest to trudny zwi&#261;zek. Nie chcia&#322;bym tego pochopnie jednak ocenia&#263;, ale wydaje mi si&#281;, &#380;e musi by&#263; jej by&#263; troch&#281; z tym ci&#281;&#380;ko. Jest pewnie ca&#322;y czas &#347;wiadoma, &#380;e w ka&#380;dej chwili mo&#380;e si&#281; to rozpa&#347;&#263;, a ona wtedy pozostanie na przys&#322;owiowym lodzie. 

Taki los jest i tak o wiele lepszy od po&#322;o&#380;enia wielu m&#322;odych kobiet przybywaj&#261;cych do Bangkoku, Pattayi i Phuket g&#322;&#243;wnie z biednych region&#243;w p&#243;&#322;nocno-wschodniej Tajlandii. Cz&#281;sto zaczynaj&#261; one pracowa&#263; jako sprz&#261;taczki, ale jeszcze cz&#281;&#347;ciej ko&#324;cz&#261; jak prostytutki. W Tajlandii rol&#261; najstarszej c&#243;rki jest utrzymywanie rodziny. M&#281;&#380;czy&#378;ni pozbawieni s&#261; tego obowi&#261;zku. Ich &#380;ycie jest znacznie &#322;atwiejsze. Wszelkie pieni&#261;dze, jakie ma rodzina przeznaczane s&#261; na wykszta&#322;cenie i zapewnienie jak najlepszego startu m&#281;skim potomkom. &#379;yj&#261; oni beztrosko, sp&#281;dzaj&#261;c wolny czas na rozrywkach, piciu alkoholu i zabawach. Dziewcz&#281;ta traktowane s&#261; po macoszemu. Niewiele z nich ko&#324;czy wi&#281;cej ni&#380; 6 klas szko&#322;y podstawowej. Potem oczekuje si&#281; od nich zarabiania pieni&#281;dzy. Pieni&#261;dze s&#261; najwa&#380;niejsz&#261; rzecz&#261; w biednych wioskach na p&#243;&#322;nocy kraju. Wyznaczaj&#261; one status rodziny w wiosce. Kiedy m&#322;oda kobieta jedzie do Bangkoku i zaczyna si&#281; prostytuowa&#263;, aby je zarobi&#263; nie stanowi to dla rodziny problemu, o ile wysy&#322;a do domu du&#380;o pieni&#281;dzy. Je&#347;li zarabia niewiele, wtedy jest napi&#281;tnowana jako kobieta lekkich obyczaj&#243;w, ladacznica. Ale je&#347;li wysy&#322;a do domu wystarczaj&#261;co du&#380;e sumy, aby widocznie poprawi&#263; poziom &#380;ycia jej rodziny, nikt si&#281; jej nie pyta o &#378;r&#243;d&#322;o dochod&#243;w. 
Nie liczy si&#281; wtedy sk&#261;d pochodzi mamona, a tylko jej ilo&#347;&#263;. Ta presja w po&#322;&#261;czeniu z bied&#261; panuj&#261;c&#261; zw&#322;aszcza w p&#243;&#322;nocno-wschodnich regionach kraju powoduje, &#380;e tak wiele m&#322;odych kobiet znajduje zatrudnienie w seks biznesie, z kt&#243;rego s&#322;ynie Tajlandia. M&#322;ode kobiety, kt&#243;re pracuj&#261;c w prowincji Isam na roli, lub w fabryce, zarabia&#322;yby niewiele wi&#281;cej ni&#380; 100 USD na miesi&#261;c, mog&#261; w Bangkoku mie&#263; dochody powy&#380;ej 2000 USD. Pokusa finansowa jest wi&#281;c ogromna. Ponad 80% prostytutek pochodzi w&#322;a&#347;nie z Isamu, czyli najbiedniejszej cz&#281;&#347;ci Tajlandii. Wi&#281;kszo&#347;&#263; tych kobiet zaczyna prac&#281; jako niewinne m&#322;ode osoby, aby po roku by&#263; za pan brat z alkoholem i narkotykami. Wyniszczenie fizyczne jest jednak niczym w por&#243;wnaniu z moralnymi i psychologicznymi reperkusjami wykonywania tego najstarszego na &#347;wiecie zawodu. Podstawowym problemem jest fakt, &#380;e popyt na ich us&#322;ugi jest, dzi&#281;ki seks turystyce ogromny. Problemem numer dwa s&#261; socjalne uwarunkowania tego procederu, o kt&#243;rych wspomnia&#322;em. Osobn&#261; kwesti&#261; jest natomiast polityka tajlandzkich w&#322;adz, kt&#243;re nie usi&#322;uj&#261; w zasadzie tego procederu ograniczy&#263;, a tak&#380;e nie wprowadzaj&#261; praktycznie &#380;adnych reform, kt&#243;re zmieni&#322;yby sytuacj&#281; biednych ludzi p&#243;&#322;nocnych cz&#281;&#347;ci Tajlandii. Dodatkowo nak&#322;ada si&#281; na to jeszcze gigantyczna korupcja panuj&#261;ca we w&#322;adzach, a zw&#322;aszcza w policji, kt&#243;ra czerpie z seks biznesu ogromne zyski.
</description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Bardzo wcze&#347;nie, jeszcze przed &#347;witem, stan&#281;li&#347;my na drodze. Planowali&#347;my dosta&#263; si&#281; jeszcze tego samego dnia do Bangkoku. Do przebycia by&#322;o ponad 800km. Najpierw kilkoma samochodami dotarli&#347;my do Lampang. Tutaj autostopowi bogowie si&#281; do nas szeroko u&#347;miechn&#281;li. Samoch&#243;d zatrzyma&#322; nas. Mijali&#347;my akurat stacj&#281; benzynow&#261; id&#261; w kierunku wylot&#243;wki, kiedy spostrzegli&#347;my m&#322;odego m&#281;&#380;czyzn&#281; machaj&#261;cego do nas z pickupa. Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e widzia&#322; on jak usi&#322;ujemy id&#261;c co&#347; zatrzyma&#263;, i postanowi&#322; nas zabra&#263;. Jecha&#322; do prosto Bangkoku! </p>

<p>Nast&#281;pne 6 godzin sp&#281;dzili&#347;my komfortowo roz&#322;o&#380;eni na pace samochodu, drzemi&#261;c i chowaj&#261;c si&#281; przed niezbyt tego dnia ostrym s&#322;o&#324;cem. O wi&#281;kszym szcz&#281;&#347;ciu nie mogli&#347;my nawet marzy&#263;. Wysiedli&#347;my w centrum Bangkoku, sk&#261;d najpierw metrem, a potem SkyTrainem dotarli&#347;my do naszego lokum. Tym razem znale&#378;li&#347;my mieszkanie u Paula, r&#243;wnie&#380; przez HospitalityClub. Adres okaza&#322; si&#281; by&#263; pierwszorz&#281;dny &#8211; Soi Nana, boczna Sukhumvit, bardzo blisko centrum. Jest to okolica, gdzie znajduje si&#281; troch&#281; hoteli o standardzie sporo wy&#380;szym ni&#380; te w okolicach Khao San Road. W wi&#281;kszo&#347;ci jednak mieszkaj&#261;cy tutaj biali przebywaj&#261; w Tajlandii znacznie d&#322;u&#380;ej i wynajmuj&#261; mieszkania w okolicznych apartamentowcach. Paul mieszka&#322; w&#322;a&#347;nie w takim wypasionym budynku funkcjonuj&#261;cym cz&#281;&#347;ciowi jako hotel, z apartamentami do wynaj&#281;cia na kilka dni, lub d&#322;ugoterminowo. Mi&#322;o zaskoczy&#322; nas wysoki standard budynku. Centralna klimatyzacja to dar od niebios w dusznym i wilgotnym marcowym Bangkoku. Opr&#243;cz tego do dyspozycji mieli&#347;my basen znajduj&#261;cy si&#281; na &#243;smym pi&#281;trze z niez&#322;ymi widokami na miasto, si&#322;ownie, saun&#281;, korty do badmintona, i bezprzewodowy internet. Nie&#378;le, jak na budget travelling :)</p>

<p>Paul jest typow&#261; postaci&#261;, jak&#261; mo&#380;na spotka&#263; w Bangkoku. W m&#322;odo&#347;ci by&#322; &#380;o&#322;nierzem w brytyjskiej marynarce wojennej. W wieku 50 lat przeszed&#322; na emerytur&#281; i po okresie podr&#243;&#380;owania po &#347;wiecie i mieszkania w r&#243;&#380;nych jego zak&#261;tkach osiad&#322; w Tajlandii, gdzie &#380;yje z wojskowej emerytury i prowadzi drobne interesy. Mieszka w Bangkoku wraz z m&#322;odsz&#261; od niego o 20 lat Tajk&#261;, kt&#243;r&#261; pozna&#322; przebywaj&#261;c w jakiej&#347; wiosce nieopodal Bangkoku. Nie m&#243;wi&#322;a on w og&#243;le po angielsku, ale jako&#347; uda&#322;o im si&#281; nawi&#261;za&#263; kontakt przez wsp&#243;ln&#261; znajom&#261;. Po pewnym czasie Lek, bo tak ma ona na imi&#281;, przeprowadzi&#322;a si&#281; do jego apartamentu w Bangkoku, gdzie mieszkaj&#261; razem ju&#380; od prawie roku. Paul pomaga jej w utrzymaniu tr&#243;jki dzieci z poprzedniego jej ma&#322;&#380;e&#324;stwa z Tajem, aczkolwiek nie mieszkaj&#261; z jej dzie&#263;mi. Dwoje z nich wychowuje si&#281; u babci, a jedno jest pod opieka ojca. W mi&#281;dzyczasie Lek nauczy&#322;a si&#281; m&#243;wi&#263; nieco po angielsku, g&#322;&#243;wnie dzi&#281;ki codziennemu obcowaniu z Paulem, a tak&#380;e na kursach j&#281;zykowych, na kt&#243;re on j&#261; wysy&#322;a. Paul &#380;artowa&#322;, &#380;e nauczy&#322;a si&#281; ju&#380; tyle, &#380;e wi&#281;cej nie potrzeba. Uk&#322;ad taki jest bardzo w Tajlandii popularny, aczkolwiek Paul nie jest chyba do ko&#324;ca typowym przedstawicielem bia&#322;ych m&#281;&#380;czyzn &#380;yj&#261;cych w Tajlandii. Jest bardzo &#347;wiadom tego, jaki jest stan rzeczy w jego zwi&#261;zku. Nie jest to do ko&#324;ca, tak przejrzyste, jak na pierwszy rzut oka mo&#380;e si&#281; wydawa&#263;. Pomi&#281;dzy nimi istnieje chyba mi&#322;o&#347;&#263;, cho&#263; na pewno dla Lek jest to trudny zwi&#261;zek. Nie chcia&#322;bym tego pochopnie jednak ocenia&#263;, ale wydaje mi si&#281;, &#380;e musi by&#263; jej by&#263; troch&#281; z tym ci&#281;&#380;ko. Jest pewnie ca&#322;y czas &#347;wiadoma, &#380;e w ka&#380;dej chwili mo&#380;e si&#281; to rozpa&#347;&#263;, a ona wtedy pozostanie na przys&#322;owiowym lodzie. </p>

<p>Taki los jest i tak o wiele lepszy od po&#322;o&#380;enia wielu m&#322;odych kobiet przybywaj&#261;cych do Bangkoku, Pattayi i Phuket g&#322;&#243;wnie z biednych region&#243;w p&#243;&#322;nocno-wschodniej Tajlandii. Cz&#281;sto zaczynaj&#261; one pracowa&#263; jako sprz&#261;taczki, ale jeszcze cz&#281;&#347;ciej ko&#324;cz&#261; jak prostytutki. W Tajlandii rol&#261; najstarszej c&#243;rki jest utrzymywanie rodziny. M&#281;&#380;czy&#378;ni pozbawieni s&#261; tego obowi&#261;zku. Ich &#380;ycie jest znacznie &#322;atwiejsze. Wszelkie pieni&#261;dze, jakie ma rodzina przeznaczane s&#261; na wykszta&#322;cenie i zapewnienie jak najlepszego startu m&#281;skim potomkom. &#379;yj&#261; oni beztrosko, sp&#281;dzaj&#261;c wolny czas na rozrywkach, piciu alkoholu i zabawach. Dziewcz&#281;ta traktowane s&#261; po macoszemu. Niewiele z nich ko&#324;czy wi&#281;cej ni&#380; 6 klas szko&#322;y podstawowej. Potem oczekuje si&#281; od nich zarabiania pieni&#281;dzy. Pieni&#261;dze s&#261; najwa&#380;niejsz&#261; rzecz&#261; w biednych wioskach na p&#243;&#322;nocy kraju. Wyznaczaj&#261; one status rodziny w wiosce. Kiedy m&#322;oda kobieta jedzie do Bangkoku i zaczyna si&#281; prostytuowa&#263;, aby je zarobi&#263; nie stanowi to dla rodziny problemu, o ile wysy&#322;a do domu du&#380;o pieni&#281;dzy. Je&#347;li zarabia niewiele, wtedy jest napi&#281;tnowana jako kobieta lekkich obyczaj&#243;w, ladacznica. Ale je&#347;li wysy&#322;a do domu wystarczaj&#261;co du&#380;e sumy, aby widocznie poprawi&#263; poziom &#380;ycia jej rodziny, nikt si&#281; jej nie pyta o &#378;r&#243;d&#322;o dochod&#243;w. <br />
Nie liczy si&#281; wtedy sk&#261;d pochodzi mamona, a tylko jej ilo&#347;&#263;. Ta presja w po&#322;&#261;czeniu z bied&#261; panuj&#261;c&#261; zw&#322;aszcza w p&#243;&#322;nocno-wschodnich regionach kraju powoduje, &#380;e tak wiele m&#322;odych kobiet znajduje zatrudnienie w seks biznesie, z kt&#243;rego s&#322;ynie Tajlandia. M&#322;ode kobiety, kt&#243;re pracuj&#261;c w prowincji Isam na roli, lub w fabryce, zarabia&#322;yby niewiele wi&#281;cej ni&#380; 100 USD na miesi&#261;c, mog&#261; w Bangkoku mie&#263; dochody powy&#380;ej 2000 USD. Pokusa finansowa jest wi&#281;c ogromna. Ponad 80% prostytutek pochodzi w&#322;a&#347;nie z Isamu, czyli najbiedniejszej cz&#281;&#347;ci Tajlandii. Wi&#281;kszo&#347;&#263; tych kobiet zaczyna prac&#281; jako niewinne m&#322;ode osoby, aby po roku by&#263; za pan brat z alkoholem i narkotykami. Wyniszczenie fizyczne jest jednak niczym w por&#243;wnaniu z moralnymi i psychologicznymi reperkusjami wykonywania tego najstarszego na &#347;wiecie zawodu. Podstawowym problemem jest fakt, &#380;e popyt na ich us&#322;ugi jest, dzi&#281;ki seks turystyce ogromny. Problemem numer dwa s&#261; socjalne uwarunkowania tego procederu, o kt&#243;rych wspomnia&#322;em. Osobn&#261; kwesti&#261; jest natomiast polityka tajlandzkich w&#322;adz, kt&#243;re nie usi&#322;uj&#261; w zasadzie tego procederu ograniczy&#263;, a tak&#380;e nie wprowadzaj&#261; praktycznie &#380;adnych reform, kt&#243;re zmieni&#322;yby sytuacj&#281; biednych ludzi p&#243;&#322;nocnych cz&#281;&#347;ci Tajlandii. Dodatkowo nak&#322;ada si&#281; na to jeszcze gigantyczna korupcja panuj&#261;ca we w&#322;adzach, a zw&#322;aszcza w policji, kt&#243;ra czerpie z seks biznesu ogromne zyski.</p>
]]></content:encoded>
		</item>

		</rdf:RDF>
